200 metrów życia

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „Przeglądu Sportowego” z 22 czerwca 2001 r.

Fenomenalny półfinałowy bieg Marcina Urbasia na mistrzostwach świata w Sewilli mógł się nie zdarzyć. Nie byłoby też sensacyjnego rekordu Polski na 200 metrów – 19.98 sekundy. W Boże Narodzenie 1979 roku plątający się po kuchni trzyletni chłopiec wylał sobie na plecy czajnik wrzątku.

-W ubraniu natychmiast wrzuciłem go do zimnej wody, do wanny – wspomina tamte dramatyczne chwile Adam Urbaś, tata Marcina. – Kilka miesięcy wcześniej się wprowadziliśmy, osiedle było w budowie. Nie mieliśmy telefonu, nie dało się znaleźć taksówki. Sąsiad naprawiał samochód, umył tylko ręce i zawieźliśmy owiniętego kocami Marcina na pogotowie, na Łazarza. Nie mieli tam prawie żadnych środków dezynfekujących, ale czymś mu te rany odkazili. Kiedy wracaliśmy, to ciężko oparzone dziecko śpiewało kolędy! Ten sąsiad mieszka tutaj do dzisiaj; ile razy mnie zobaczy, pyta: „Jak tam nasz kolędziarz? Gdzie startuje?”.

Po paru latach chłopca zafascynowały barwne przygody, przeżywane na celuloidowym ekranie przez Harrisona Forda. Pewnego razu Marcin z kolegami bawił się w Indianę Jonesa przy wznoszonym na osiedlu kościele. Intruzów zaczął ścigać po rusztowaniu ksiądz. – Z drugiej strony odciął im drogę dozorca – opowiada ze śmiechem Adam Urbaś. – A Marcin, który ma lęk wysokości, potrafił zeskoczyć z drugiego piętra na piasek i uciec. Kiedy indziej poszli grać w piłkę. Boże Ciało, procesja, a oni zaczęli biegać po dachu budowanego niedaleko sklepu. Dorwała ich milicja, to zmyślili fałszywe nazwiska.

Jedenastoletni Marcin przypiął sobie etykietkę bohatera. Na osiedlu, między blokami, w pobliżu rozdzielni gazu, wypalano trawy. – Nie wiem, co się temu dziecku ubzdurało, że jak ogień dojdzie do rozdzielni, to gaz wybuchnie i zniszczy całe osiedle – wspomina pan Adam. – Miał skórzaną kurtkę zagraniczną – wtedy taki szpan był – i tą kurtką zaczął gasić trawę. Wrócił do domu cały czarny, kurtka w strzępach. Wszedł z triumfującą miną i mówi: „No! Uratowałem całe osiedle od wybuchu!”. Nie można się było nawet na niego gniewać. Był troszkę urwisem, jak każde dziecko. Nie robił złych rzeczy, tylko takie psoty. Wiadomo, że nieraz klapsa zarobił. Bo z tym się nie zgadzał, albo z tamtym się nie zgadzał. Nie było z nim jednak większych problemów wychowawczych. Zresztą Marcin, mimo że taki ruchliwy, jest domatorem. Dawniej potrafił przez cztery godziny leżeć na podłodze przy adapterze i słuchać bajek o krasnoludkach z Marysią, Akademii Pana Kleksa.

Bez karty klubowej

Lech Salamonowicz, szkoleniowiec Urbasia, twierdzi, że przy wszelkich problemach z Marcinem jego największym sprzymierzeńcem był zawsze ojciec sprintera. Często bywa inaczej. Zmorą trenerów wielu dyscyplin jest „Klub Oszalałych Tatusiów” – gromada rodziców, mających ambicje kierowania karierą swych pociech, wtrącających się do wszystkiego, podważających decyzje szkoleniowe. – Nie, nie, broń mnie od tego Panie Boże – Adam Urbaś podnosi dłonie do góry. – Nigdy nie wchodziłem w te sprawy. Zawsze twierdziłem, że on jest od tego, żeby dziecko trenował i wychowywał je na stadionie czy w szkole, a ja jestem od tego, żeby Marcina jeszcze bardziej dopingować do ćwiczeń i stworzyć mu normalny dom. Zdanie pana Salamonowicza i moje nie powinno się różnić. Wiem, że ten człowiek chce dobrze dla Marcina, więc dlaczego mam go nie popierać?

Adam Urbaś zaprowadził syna na pierwszy trening do sportowej SP 91 i dosyć łatwo pogodził się z faktem, że Marcin wybrał lekkoatletykę zamiast uprawianej przez ojca, w krakowskim Hutniku, piłki ręcznej. – W szkole podstawowej Marcin zawsze przegrywał z mniejszym od siebie chłopakiem, który mieszkał tu niedaleko, w „piętnastce” – mówi pan Adam. – Poszedł do szkoły sportowej, żeby być lepszym o tamtego.
Rodzice wspierali psychicznie syna w momentach zniechęceń i przewlekłych kontuzji. – Namawialiśmy go z żoną, Lucyną: „Spróbuj, trzeba iść, jak ci nie będzie wychodziło, to zrezygnujesz, ale nie dziś. O widzisz już lepiej biegasz, wyżej kolana podnosisz”. Zresztą Marcin ma dużo samokontroli. Zawsze miał. Śnieg, deszcz; zbierał się i szedł na trening. Kiedyś mi się zwierzał: „Wiesz co, tatuś? Ubieram buty, biorę plecak, wychodzę z domu i na przystanku zaczynam się zastanawiać, gdzie ja właściwie idę. I przychodzi myśl – „No, na trening idę”. Wpadł w rutynę, miał to zakodowane.

To był kosmos

Uprawianie sportu miało zbawienny wpływ na rozpieranego przez energię chłopca. Wcześniej jego tato był częstym gościem w szkole. Nauczyciele skarżyli się, że syn w trakcie lekcji nagle zaczyna jeść drugie śniadanie, albo wychodzi z klasy. – Pytałem: „Dlaczego wyszedłeś?” – opowiada pan Adam. – „A co ja tam miałem robić, jak mi się nudziło?”. Umiał czytać i pisać jeszcze w przedszkolu, więc lekcje go nie interesowały. W szkole sportowej bardziej się wyżył, wydał z siebie tę energię i skończyły się problemy. Ósmą klasę trochę przewalił, doskonale o tym wie. Więcej czasu spędził wtedy na flipperach i grach komputerowych. Przez to nie dostał się do liceum sportowego. Skończył jednak szkołę zawodową, potem technikum i poszedł na studia, na AWF.

Pan Adam zawsze pasjonował się sportem („Znajomi się śmieją, że dla mnie na pierwszym kanale mógłby być Eurosport, na drugim DSF, na trzecim Wizja Sport, dalej następne stacje sportowe„). Na żywo najczęściej oglądał występy Marcina w zawodach międzyszkolnych, potem mityngach ogólnopolskich. Przyszła jednak chwila, że jego syn stał się jedną z głównych postaci wydarzenia, pokazywanego przez najpoważniejsze sportowe programy świata. 1999 rok, Sewilla. – To jest ten „kosmos”, to oberwało głowę. Siedzieliśmy tutaj z małżonką – pan Adam pokazuje tapczan narożny, stojący naprzeciwko telewizora. – Popatrzyliśmy z niedowierzaniem na siebie. Za chwilę informacja, że to drugi biały, który potrafił przebiec dwieście metrów poniżej dwudziestu sekund. I pytanie: Co on może jeszcze zrobić?. „Wyjechał się” w półfinale, trochę za dużo myślał o tym, co go czeka i medalu nie zdobył. Marzenia, które przeszły z niego na nas, spełniły się w ubiegłym roku. Udział w olimpiadzie, nobilitacja. Ilu tych olimpijczyków jest? Nie tak dużo. A Marcin znajduje się w tej elicie.

Mamusia, zrobisz pierogi?

Marcin Urbaś słynie ze swej gadatliwości. Mówi chętnie i dużo (tę cechę najwyraźniej przejął po ojcu…). Olbrzymią frajdę sprawia mu prowokowanie wszystkich naokoło. – Na treningach zawsze ma coś do dyskutowania – opowiada pan Adam. – Nieraz Lech Salamonowicz  się wkurzy i mówi: „Przestań, bo cię w końcu kopnę w tyłek”. „No proszę, niech trener kopnie”. „Wiesz co?! Pocałuj mnie… w czoło!”. Marcin leci: „Dawaj, dawaj, tylko w którą część, bo duże czoło”. Tyle lat już są razem, znają się i wiedzą, na co mogą sobie pozwolić; co jest żartem, a co nie do przyjęcia. Przez ten czas świetnie się dopasowali.
Myśli pan, że w domu jest inaczej? „Marcin, zjesz obiad?”. „No, dobra”. Za chwilę: „Nie, ja tego jadł nie będę, to za tłuste”. Później: „A, właściwie to mogę zjeść”. Normalnie buzia mu się nie zamyka. Przychodzi i opowiada co było na treningu, kogo spotkał, o czym z nim rozmawiał. Do domu lgnie. Tuli się do żony „przylepa”: „Mamusia! Mmmm” – cmoka – „Wejże, wypierz. Zrobisz mi pierogi?„.

Mimo całej rozmowności Marcina, o fakcie, że został wokalistą death metalowej grupy „Sceptic” rodzice dowiedzieli się po roku. Nie niepokoili się jednak – ciągnącymi się za subkulturami młodzieżowymi – fałszywymi i sprawdzonymi pogłoskami o narkotykach, satanizmie i przemocy. – Nigdy bym nie uwierzył, że wstąpił do jakiejś sekty: bez cudów, Panie Jezu – mówi ojciec. – Marcin od początku ma racjonalne podejście do życia, zdrową psychikę. Przecież w normalnym, katolickim domu się wychowywał. Jeśli ja czegoś nie wiem – usiłuje mnie przekonać. Mogę się z tym zgodzić, jeśli mi przedstawi rozsądne argumenty. Zapuścił długie włosy, teraz ściął. U niego nie jest tak, że dana dziedzina, to już do końca: długie włosy, skóra, wysokie buty – martensy.

Buźka, piątka, luz

Prawie każdy nastolatek przeżywa okres buntu. Rodzice nagle stają się istotami niezrozumiałymi, jakby z innego, hermetycznego świata. U Marcina ten czas minął bezboleśnie; z ojcem traktowali się na zasadach partnerskich. – Marcin się nie zmienia, zawsze potrafił słuchać i wyciągać wnioski. Jeśli się zgadzał z moimi sugestiami to tak postępował. To jego trzeba by spytać, dlaczego mam autorytet, bo właściwie nic nie robiłem, nie budowałem go karami, zakazami – wyjaśnia pan Adam, pracujący w Hucie Tadeusza Sendzimira jako suwnicowy. – Ufa nam. Buduje dom, ale wszystko zostawia na mojej głowie: „Tatuś tu masz dokumenty, pełnomocnictwo do banku, plan, a jak by co było, to zadzwoń. Ja się na tym nie znam, wiem, że ty zrobisz to tak, jak ma być”. Potem przyjeżdża i ogląda: „Super to zrobiłeś. Buźka, piątka”.

Nie wywyższa się, nie ma „sodówy”. Nigdy nie mówi do kolegów: „Ja jestem mistrz, ustaw mi płotki, porozkładaj bloki”. Robi to co wszyscy. Umie się znaleźć w odpowiedniej chwili, wie jak się zwrócić, czym zyskuje sobie wielu ludzi. Koledzy z grupy sprinterskiej go akceptują; przychodzą do nas do domu, z Marcinem wybierają się do kina, kawiarni, na Rynek.
Pamiętam jak przyjechał po Sewilli, przyszedł na trening, oni tak stali z boku i za bardzo nie wiedzieli, jak do Marcina podejść. A Marcin normalnie: „Piątka, piątka, cześć. No to dzisiaj nie trenujemy, luzy, bo ja jestem po podróży”. Salamonowicz na to: „Ja ci dam luzy i podróże!”, więc Marcin zaczął ćwiczyć z pozostałymi.

Przegonić muzykę

Przed kilkunastu laty Indiana Jones skakał z jednej wierzby na drugą. Gałąź się urwała i Marcin spadł na płot, łamiąc rękę. – W domu zdjął kurtkę, a tu kości sterczą – wspomina pan Adam. – Gdy na pogotowiu składali mu rękę, prawie nie płakał.
To chyba właśnie twardy charakter pozwolił Urbasiowi na sportowe osiągnięcia. Kiedy po kontuzji, ze względu na regres wyników, zrezygnowano z niego w reprezentacji, trener Salamonowicz zabrał go „na lewo” na makroregionalny obóz juniorów. Marcin spał na podłodze, żywił się obiadami, na które szkoleniowiec okazyjnie załatwiał bloczki.
Potem uzyskał na mityngu w Mielcu dobry rezultat, 20.80. – Jakiś trener powiedział wtedy: „Eee tam, w Mielcu, to on sobie mógł nabiegać” – wspomina pan Adam. – W kolejnych zawodach uzyskał podobny wynik. Całą kadrę narodową „zgrzał”. Podszedł do tego trenera i mówi: „W Mielcu się udało i tu się udało„.
To twardziel, ale jest bardzo wrażliwy, boli go niesprawiedliwość – później ją wypomni. Czasem płacze na wzruszających filmach, ostatnio oglądaliśmy „Gladiatora” i popłynęły mu łzy po smutnym zakończeniu. Do tej pory filmy dla dzieci ogląda.

Przed rokiem koledzy z grupy „Sceptic” zrezygnowali ze współpracy z rzadko dyspozycyjnym Marcinem. – Bardzo go to zabolało – mówi tato. – Jak coś go dręczy, ma inny humor. Przychodzi do domu, mało co rozmawia, tuszuje muzyką. Pytam go, odpowiada: „Nic się nie stało”, ale widać po zachowaniu.
Po udziale Urbasia w „Scepticu” pozostała jedna płyta – „Blind Existence”. Na większości utworów Marcin „smaży dołem” (jak fani metalu gwarowo nazywają niski, gardłowy śpiew – growling), na tle opętańczo dynamicznej muzyki, produkowanej przez pozostałych członków zespołu. Jedno jest pewne: jeśli kiedyś Urbaś zacznie biegać tak szybko, jak gra jego była kapela – Michael Johnson przestanie paradować w glorii rekordzisty świata na 200 metrów.
Może też tato dwudziestopięcioletniego sprintera wybierze się kiedyś za granicę, na wielką imprezę sportową. – Jeżeli Marcin zakwalifikuje się na olimpiadę w Atenach, pewnie tam pojedziemy z żoną i postaram się wejściówki na stadion lekkoatletyczny. Gdyby jeszcze wystąpił w finale i wygrał… Chyba bym tam padł na atak serca – pogodna twarz pana Adama rozjaśnia się coraz bardziej.
PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*