21 kilometrów do nieba

Tekst ukazał się w „Tempie” z 17 września 1991 r. Autor: Waldemar Bałda.*

1. W linii prostej, jak samolot szybuje, to całkiem niedaleko. Od Soniny podłańcuckiej na lotnisko w Jasionce jest tylko 21 kilometrów. Ale gdy się ma naście lat i nie widać Dedala, który przyprawiłby skrzydła, wcale nie jest tak bliziutko.
Bo Sonina to już koniec Polski. Samoloty nie zapędzają się tam – po co? Lotniska dalej na wschód nie ma; lepiej kierować się w każdą inną stronę, ku Krosnu choćby, niż tam, na przemyski szlak. Toteż i pilota we wsi nie uświadczył, dokąd Wacław Nycz nie zaczął próbować swych sił z powietrznymi wirami, dopokąd nie zaczął przylatywać, gdy mu tylko obowiązki zelżyły, pomachać mamie skrzydłami czy to Wilgi, czy Zlina, czy innego jeszcze aparatu, nad braterskim domem pokołować. To jego właśnie droga z tych podłańcuckich miedz na najszersze gościńce była taka nieprosta.

Sąsiedzi jeszcze pamiętają, że ducha miał w sobie niespokojnego. Najpierw marzył o strażackim kasku, toporku za pasem, ratowaniu od czerwonego kura ludzkich majątków. Potem, kiedy całą Polskę młodoletnią szał czterech pancernych owładnął, to o tych czołgach myślał. Nie o czymś spokojnym, bezpiecznym, zawsze czegoś mocnego szukał.
Ale pierwsze sportowanie było z tych bardziej cichych, bieganie narciarskie. Pod okiem ojca, zawodnika i trenera, któremu całą rodzinę udało się tym zajęciem zainteresować. Siostra była z trójki najlepsza, brąz w biathlonie na mistrzostwach Polski wybiegała, brat też sporo czasu na nartach zmitrężył, a on sam do ósmego miejsca na trzy kilometry doszedł.
Wyżej nie zdążył. Samoloty zawładnęły jego duszą. Choć nikt mu nie powiedział, że pod bokiem ma lotnisko, aeroklub. Myślał, że do latania jedyna droga wiedzie przez wojsko. A do wojska warto by z czymś konkretnym przyjść.

2. Więc poszedł do Rzeszowa się uczyć, do Technikum Mechaniczno-Elektrycznego. I – trzeba trafu – jak raz ogłoszenie zobaczył, że jest nabór do szkolenia szybowcowego. Wszystko w odstawkę poszło. Podanie – badania – i szkolenie. Choć po prawdzie, to już wtedy cały czas myślał o lataniu samolotowym, ale jak tego nie było – to i szybowiec wdzięcznie przyjął.
Początek miał zupełnie inny. Żeby czasu na podjęcie nauki szybowniczych mądrości nie tracić, skokami się zajął. Ze spadochronem. To był 1971 rok.
Szef wyszkolenia szybko ustawił sprawę: albo skoki, albo latanie. Adept nie zastanawiał się ani chwili, poprosił tylko, żeby mu pozwolić oddać ten 13. skok, przed którym niejeden się wzdrygnie. Bo czy wierzyć przesądom?
Skoczył. Nic się nie stało. Tylko potem dostał wyróżnienie. Za to szybowcowe latanie. To było ważne przy kwalifikacji na samoloty. I pomogło, gdy w 1973 pierwszy raz wsiadł do kabiny. A po czterech latach dostał potwierdzenie słuszności wybranej drogi: brązowy medal mistrzostw Polski juniorów.

Dzisiaj, kiedy niejednym mistrzostwem życiorys już sobie ozdobił, ten medal ma nadal mocny blask. Od niego się wszystko zaczęło, bez niego – i bez tego drugiego, rok później zdobytego złota najlepszego juniora – nie byłoby całej reszty: dwóch mistrzostw świata, dwóch mistrzostw Europy, trzech mistrzostw państw socjalistycznych, czterech mistrzostw Polski. O które wcale nie jest łatwiej, niż o te laury międzynarodowe. A często trudniej zgoła, bo każdy kto odrobinę słyszał o polskich pilotach wie, że to czołówka światowa najściślejsza? A trenerzy kadry narodowej, w której Wacław Nycz nieprzerwanie do 1977 roku swe miejsce ma, dbają zawsze by maksymalnie te zawody utrudnić, by było ciężej jeszcze, niż potem na Florydzie, w Skandynawii, czy Niemczech…

3. Trenerzy… Pierwszym w kadrze był Zdzisław Dudzik, człowiek wspaniały, niezapomniany, który – chciał tego czy nie – wyrył głębokie piętno na Nyczowym życiu. To był nie tylko trener, a przyjaciel, więcej może nawet. On go pod swe skrzydła wziął i troskliwie hołubił. Dzięki niemu talent podłańcuckiego chłopaka nie zmarnował się. Bardzo z sobą byli zżyci?
I był jeszcze Janek Baran, kolega z jednego aeroklubu serdeczny. Przyjaciel starszy, doradca. W jednej załodze latali, on pilotował, młodszy Nycz nawigował. Sporo z doświadczeń Janka czerpał. I w tym mistrzostwie nie cegiełka, ale mur cały jest wzniesiony przez przyjaciela. Zginął w locie, w Irlandii, po mistrzostwach Europy…
A potem był Witek Świadek, z którym pół świata przelecieli, i Krzysztof Wyskiel, szybownik, też z Jasionki wzbijający się wśród ptaki. Obaj zginęli lotniczą śmiercią…

To są chwile najcięższe. Tego się nie przeżywa w ciągu dnia. Nie wtedy, gdy się przyjaciela chowa, gdy łzy ulgę niosą, bo lotnik nigdy nie płacze. To w człowieku tkwi, zwłaszcza przychodzi tam w górze, gdzie cisza, spokój, samotność i czasu do rozmyślań mnóstwo. A wtedy szczególnie te wspomnienia dręczą, zwłaszcza gdy wywołują je sytuacje niejednoznaczne, rodzące wątpliwości, niewiadome. I nie chodzi o lęk o własną skórę; tę świadomość ryzyka piloci mają już w swą miłość wkalkulowaną, chodzi o coś innego. Bo gdy samemu jest się na pokładzie, to ryzykuje się tylko sobą – a gdy wiezie się pasażerów, dzieci…
Dlatego aż cztery lata Wacław Nycz latał sam. Taka nerwica dziwna, z której powoli się wychodzi, a która żadnych oznak dostrzegalnych dla postronnych nie ma. Nawet własnych pociech nie chciał w powietrze zabrać, aż się obrażały? Taki uraz.
Dziś ma to za sobą. Czas leczy rany. Ma zaufanie do samolotu, do mechanika. I do własnych umiejętności. Wyniki są niezłe, kondycja rośnie. To dobrze, bo z taką blokadą latać nie sposób. Z podświadomości wypełza lęk, paraliżuje umiejętności.
A może to cena, cena za sprzymierzenie z trzecim żywiołem? Za niezgodę z jego surowymi prawami?

4. To dziwne, ale gdy szuka w pamięci własnych, przeżytych tam w górze niebezpieczeństw – niesporo mu to idzie. Nie pamięta nic szczególnego, groźnego, czym dałoby się epatować. Nazywa to jedynie – jeśli już coś, to ten lot na mistrzostwach świata w Hiszpanii, brązowym medalem zwieńczony, wspomni – „lotem w trudnych warunkach”…
A było tam tak, że w górskiej kotlinie ich samolot – leciał z Marianem Wieczorkiem – nakryły chmury. Zrobiło się naprawdę niewesoło, bo każda chwila, każdy niewielki błąd groził katastrofą. Inne załogi, które miały jeszcze możliwość manewru, wylądowały, oni lecieli uparcie, uznając, że należy walczyć do końca.
O wiele chętniej opisuje radość z jaką ich rywale powitali na ziemi, niż skalę trudności tego lotu. Ale to łatwe do wytłumaczenia: on, a zresztą nie tylko sam, bo cały świat pilotów czuje tak samo, swój zawód kocha. Nie wstydząc się słów. Choć ten zawód – to bardziej hobby, niż profesja, z której ma się żyć.

Bo czy najwyższej klasy pilot nie jest godny większych apanaży, niż 830 tysięcy zł podstawowej pensji? Ze wszystkimi dodatkami sięgającej najwyżej półtora miliona miesięcznie? Nie rozpieszcza się w Polsce lotników; to nie piłkarze, czy na przykład bokserzy. Oni premii za zwycięstwo nie mają: sport nieolimpijski. Choć zwożą z każdej imprezy, bez względu na rangę, najcenniejsze trofea, traktuje się je jak coś oczywistego. Bywa, że nawet na czołówki gazet już nie trafią; to nudne tak bez ustanku wygrywać…
Bo czego on sam, 11-krotny mistrz, się dorobił? Mieszkanie – żony, dostała je, bo rodzinny dom uległ rozbiórce, 5-letniej „Łady”, na którą talon – i tylko tyle! – wręczył mu za mistrzostwo świata wojewoda rzeszowski, stopnia podporucznika WP bez żadnych sortów mundurowych czy innych deputatów, i Złotego Krzyża Zasługi. Oraz kilku innych dystynktoriów, których niedługo nawet przypiąć się nie da, bo całkiem minie ich czas.

Już i tej miłej przecież każdemu człowiekowi, który lubi by jego osiągnięcia były dostrzeżone, uwagi władz nie ma. Miesiąc minął od powrotu Nycza ze zwycięskich mistrzostw Europy, a żaden prezydent miasta, żaden wojewoda nie uznał za stosowne głupiego „gratuluję” z siebie wydobyć. Bo ani chybi ten sport polski ma za dużo sukcesów, a lotnictwo to branża na świecie nieważna, skoro najlepszy pilot kontynentu niewart jest słówka jednego uznania? Tylko dziekan jego wydziału ekonomicznego filii UMCS Rzeszowie zaprosił go na spotkanie z rektorem…
Ale łaska pańska niebawem do pilotów przyjdzie, o to nie ma obawy. Przed wyborami, niech tylko kampania się rozhula. Znają już te obiecanki w Jasionce: przed ostatnimi sejmowymi wyborami przyjaciół mieli w bród, każdy chciał się blaskiem sławy pilotów ozłocić, każdy się wtedy do nich przyznawał, cuda obiecując, które miały nastąpić po złożeniu przysięgi parlamentarzysty. Tylko że te wszystkie zapewnienia psu na budę się zdały? Przyjaciele zasiedli w Warszawie, a swym ubogim krewnym, suplikującym o pomoc w zdobyciu środków na utrzymanie szerokiego szkolenia młodzieży, kazali sobie na ten zaszczyt zarobić. Bo jak nie umiecie, to niech na lotnisko wyjdzie ktoś inny, kto potrafi… I tyle było tych zysków: głupie rady.

5. Na szczęście w górze jest inaczej. Tam jest czysta gra. Jest człowiek, ze swymi słabościami i swoją siłą, jest powietrze, sprzyjające zdolnemu, nieprzychylne lekkoduchom. To taka szkoła życia, choć określenie to nadużywane zaczęło trącić blichtrem. Ale tam naprawdę nie ma oszukaństwa. Musisz sobie sam radzić, nie schowasz się za plecami; sam podejmujesz decyzje, nie dla zabawy, ale by ratować życie. W każdej chwili.
To ciągły stres, który trzeba przełamać, trzeba wytrzymać, aby potem przeżyć niesamowitą satysfakcję, że się nie sprostało tej próbie. Dlatego ci najlepsi szukają nowych doznań. Jak to latanie sportowe, rywalizacja. Półtorej godziny w górze – ale na maksymalnych obrotach, fizycznych i psychicznych. Utrzymywanie regularności lotu, stała kontrola położenia, porównywanie terenu z mapą, szukanie punktów kontrolnych na trasie, zleconych do odnalezienia obiektów, kontrola pracy silnika, ciągłe manewrowanie, całą masą elementów do przeanalizowania – i który z nich ważniejszy?

To największa przyjemność Wacława Nycza. Im lot trudniejszy, tym więcej doznań mu dostarcza, więcej zadowolenia. A po akrobacji wstępuje w niego jakieś wspaniałe rozluźnienie, spokój wszechobejmujący. I radość, z tej boskiej umiejętności panowania nad maszyną i przestworzem.
Dlatego że ciągle mu mało, że ciągle nowych wrażeń szuka, tak bardzo pragnie zostać pilotem komunikacyjnym. Doświadczenia już niejakie ma, prowadził między innymi An-24, lecz marzy mu się praca regularna, na różnych dużych samolotach. To ciekawa sprawa wymagająca innych doświadczeń niż rajdowe czy precyzyjne latanie: wyłącznego praktycznie posługiwania się w pilotażu przyrządami nawigacyjnymi. W aeroklubie lata się „na przyrządach” wyłącznie w sytuacjach wyreżyserowanych, generalnie – „na horyzont”. A w lotnictwie komunikacyjnym, na dużych wysokościach, posługiwać się należy wyłącznie wskaźnikami. Tam tylko im można ufać; brak punktu odniesienia, jakim jest horyzont, powoduje różnego rodzaju odczucia psychofizyczne, częstokroć mogące – jeśli im dać pełną wiarę – doprowadzić do katastrofy. Precyzyjne opanowanie umiejętności latania według przyrządów, to kolejny krok do lotniczej maestrii.

Ale z tym spełnieniem następnego marzenia będzie musiał mistrz poczekać, jeśli w ogóle zdąży. Spóźnił się o rok i teraz tkwi w kolejce oczekujących na miejsce w „Locie”. Jego tytuły, umiejętności, żadnych referencji nie dają. Pozostaje cierpliwość.
I nadzieja, że trafi się może jakiś sponsor, który pozwoli mu w dalszym ciągu nie tylko pożytecznie wykonywać zawód, nie tylko czynić zadość sportowym pasjom, ale i swój dług wobec przyjaciół spłacać: szkolić młodzież. Bo już tylko w sponsorach nadzieja i aż dziw, że do mistrzów nad mistrze, jakich w polskim sporcie niewielu, nikt jeszcze nie przyszedł, by ich o zgodę na reklamowanie swej działalności poprosić.
A jeśli się nie znajdzie, jeśli się sytuacja na tyle nie opamięta, by nie niszczyć dorobku dziesięcioleci całych, i pokoleń polskich lotników. Wtedy… Nie, nie: jednego można być pewnym – droga z Soniny nie zawiodła Wacława Nycza na manowce. Tych długich, bardzo długich 21 kilometrów nie przebył na próżno. Bo nie szukał lekkiego życia w powietrzu, ale sposobu na nie. Na życie. I znalazł. Jeszcze jeden romantyk polskich skrzydeł…
WALDEMAR BAŁDA

Wacław Nycz, ur. 19 kwietnia 1954 roku w Łańcucie. Od 1971 członek Aeroklubu Rzeszowskiego.
Dwukrotny mistrz świata w lataniu precyzyjnym (1983 Floryda, 1987 Finlandia), wicemistrz świata (1988 Anglia) i brązowy medalista MŚ (1986 Hiszpania) rajdowo-nawigacyjny. Dwukrotny mistrz Europy w lataniu precyzyjnym (1988 Anglia, 1991 Niemcy). Trzykrotny mistrz państw socjalistycznych w lataniu precyzyjnym (1986-88). Czterokrotny mistrz Polski (1980, 1982, 1987-88).

* To kolejna pozycja nowego działu, w którym przedstawiane będą archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.