45 stopni strzeleckiej gorączki

Koszykarze Wisły prowadzili w Krakowie z MKKS Rybnik 19 punktami, potem tylko trzema, aby ostatecznie triumfować 67:60.
– To jest właśnie mój zespół: jeszcze nie zawsze wierzy w siebie, choć ma spore możliwości i przez to gra nierówno – mówi Piotr Piecuch, szkoleniowiec gospodarzy, którzy do dzisiaj odnieśli jedno zwycięstwo. Na spotkanie ze śląską ekipą, która rozstrzygnęła na swoją korzyść 5 z 7 dotychczasowych konfrontacji, wyszli bez leczących urazy stawów skokowych Michała Chraboty i Jana Reraka, a za to z Wojciechem Gorgoniem już jakiś czas temu przestawionym awaryjnie na „jedynkę”.
I to Wojtek otworzył zapis rzutem z obwodu, po szybkim wyjściu zza zasłony. A w swojej nowej roli pokazał się ośmiometrowym podaniem w „trumnę” do Macieja Gębali, który natychmiast oddał w prawo Jakubowi Żaczkowi, a ten wbiegał już pod „wyczyszczoną” tablicę.
5:0, 10:2, 16:4. Przyjezdni często pudłowali, nawet w bardzo dogodnych pozycjach. – To prawda, marnowaliśmy sytuacje, z którymi normalnie nie mamy problemów – kiwa głową trener MKKS, Łukasz Szymik. – Przewaga Wisły mogła być mniejsza, mniej energii zużylibyśmy potem na odrabianie strat i może nie zabrakłoby nam jej w końcówce.
Wraz z podopiecznymi miał w pierwszej połowie sporo pretensji do sędziów, za co zostali ukarani dwoma przewinieniami technicznymi. W ostatnich minutach inauguracyjnej kwarty sforsowali jednak mocny pressing przeciwników i zdobyli trochę łatwych punktów, a Adam Białdyga, do wtóru syreny, „trójką” z lewego skrzydła zmniejszył różnicę na 18:15.

W drugiej odsłonie goście stanęli strefą, lecz niepraktyczność takiego postępowania dobitnie uświadomił im Jakub Natkaniec, czterokrotnie, ze 100-procentową skutecznością, trafiając zza linii 6,75 m. Tyleż waleczny, co pechowy był Jakub Wojciechowski, który pomógł odzyskać wiele piłek w obronie, ale żadnej nie udało mu się wrzucić do „dziury” na drugim krańcu boiska. 28:15, 31:19, 33:24, 40:24, 42:26.
Wiślaków dopingowała silna grupa rodzinna, której żeńska część stworzyła żywą definicję określenia „cięty jak osa”. – Panie sędzio, ale to były małe kroki. Trzy małe kroki można zrobić – panie prześcigały się w kpinach, gdy arbiter odgwizdał błąd rybniczaninowi. Nad okrzykami „brawo! dobra decyzja!” kwitującymi chybiony rzut (zwłaszcza „niedolot”) nie ma się co rozwodzić, bo to standard na wielu widowniach w kraju.
W przerwie goście wrócili z szatni bardzo późno, widać było, że mocno się mobilizują. Zaczęli jednak od straty, a po strzale za trzy Wojciechowskiego zrobiło się nawet 47:28 i wkrótce 49:30. Była to już dziewiąta „trójka” krakowian, z czego siedem wcelowali z tzw. pozycji 45 stopni, wyznaczonej przez kąt pomiędzy linią prowadzącą od niej do obręczy a linią końcową – sześć z prawej strony (w tym wszystkie Kuby Natkańca) i jedną z lewej. – Taką mieliśmy taktykę rozbijania strefy; w tamtych miejscach tworzyły się możliwości – uśmiecha się Piecuch.

A potem gra miejscowych… kompletnie się posypała. Głupio, na przykład podając wszerz boiska, tracili piłki, kompletnie nie radzili sobie w ataku. MKKS napędzał się do coraz lepszej defensywy i niszczył ich kontrami. – Wcześniej strefa nic nam nie dała, ale postanowiłem jeszcze raz nią zaryzykować – tłumaczy korzystne rozwiązanie Szymik.
– Mówiłem chłopakom przed drugą połową, że niezależnie od wyniku ten mecz dopiero się zaczyna. Niestety, wtedy się to sprawdziło – komentuje opiekun Wisły.
W trzeciej kwarcie udaną passę miał choćby Tomasz Tomanek, w czwartej pałeczkę przejął od niego Krzysztof Zieliński, który zaliczył double-double. Pomiędzy 26. a 34. minutą zrobili run 11:0, na tablicy świeciło się 55:52.
Lewym hakiem i osobistym przełamał jednak niemoc Żaczek, a na finiszu, który Łukaszowi Szymikowi skojarzył się z 12. rundą pojedynku wagi ciężkiej (bokserzy słaniający się na nogach), brakujące elementy do miana bohatera skompletował Natkaniec. Po raz piąty ukąsił zza łuku (tym razem niemal z jego szczytu), dołożył przechwyt, natomiast na 37 sekund przed ostatnim gwizdkiem, przy stanie 65:60, kiedy rywale ruszali do natarcia – zabrał im piłkę leżąc na środku parkietu. Podał ją do Michała Ejiofora, który po dwóch pierwszych sobotnich wejściach kwalifikował się do odesłania do domu – wszystko leciało mu z rąk. Jednak każdym następnym pojawieniem się na placu przynosił kolegom coś dobrego, a teraz zapakował oburącz, ustalając rezultat.

Nie jestem trenerem, który pochopnie by kogoś skreślał, a Michał za to super odpłacił – podkreśla Piotr Piecuch. – W ogóle szacunek dla wszystkich chłopaków, że odbudowali się w najtrudniejszym momencie. Powtarzam im, że nasza przyszłość to szarpanie przez 40 minut.
Już w najbliższą niedzielę jego team, w ramach X kolejki, zmierzy się na wyjeździe z Politechniką Śląską Gliwice. Dla znacznej części wiślaków będzie to czwarta konfrontacja w ciągu ośmiu dni, bo do trzech II-ligowych dołączyła środowa, w mistrzostwach juniorów starszych. – Trudno, muszą jeszcze raz się zebrać. Za to w przyszły weekend mamy pauzę – kwituje szkoleniowiec.
PAWEŁ FLESZAR

WISŁA Kraków – MKKS Rybnik 67:60 (18:15, 24:11, 13:19, 21:15)
Sędziowali: Maciej Guzik i Michał Cieśla. Widzów: 100.
WISŁA: Żaczek 16 (1×3, 8 zb., 5 as., 3 bl.), Gorgoń 7 (1×3), Łucka 6 (1×3, 3 prz.), Wojciechowski 5 (1×3, 6 zb., 3 prz., 2 bl.), Gębala 3 (1×3) oraz Natkaniec 15 (5×3, 2 prz.), Ejiofor 12 (5 zb.), Czajka 3, Miszkurka, Rumian. Trener: Piotr Piecuch.
MKKS: Białdyga 12 (1×3, 2 prz.), Ochodek 7 (5 zb.), Tomanek 6 (2 prz.), Piórkowski 6, Grzybek 3 (1×3) oraz Zieliński 15 (13 zb., 2 prz.), Czajkowski 6 (8 zb., 2 prz.), Szczepaniak 3 (1×3, 4 zb.), Tomko 2, Sidor. Trener: Łukasz Szymik.

Pozostałe wyniki i tabelę II ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.