A ja cię z wdzięczności całuję

Sokół Łańcut znalazł się o jedno zwycięstwo od półfinału I ligi koszykarzy, po tym jak rozbił dzisiaj Pogoń Prudnik, 105:77, przez moment prowadząc nawet różnicą 37 pkt.

Na tydzień przed Świętami Wielkanocnymi, będącymi uniwersalnym symbolem wskrzeszenia nadziei, odrodził się łańcucki team. Wstrząsany kontuzjami, sfrustrowany, kipiący od pretensji, ponoszący pięć porażek z rzędu. W ten weekend – mimo że problemy personalne bynajmniej nie ustąpiły – zwarty, ofiarny, nabuzowany ambicją, prezentujący ładny, pełen polotu, a chwilami wręcz koncertowy basket. – O play off mówi się, że to nowy, zupełnie inny rodzaj rozgrywek. Każdy się spiął, bo wiemy, że walka idzie o wielką stawkę – tłumaczy Alan Czujkowski, jeden z bohaterów dwumeczu z Pogonią. – Tamte pięć porażek nie miało aż tak dużych konsekwencji, a teraz wiedzieliśmy, że po trzech przegranych bylibyśmy poza sezonem.
Tę samą świadomość mieli prudniczanie, więc niedzielna konfrontacja zaczęła się od wzajemnego, głębokiego masażu w defensywie. Wynik też był zrazu wyrównany (po „trójce” Michała Krawca zrobiło się nawet 9:10), ale potem wsad Rafała Kulikowskiego po podaniu Marcina Sroki kozłem zza łuku, penetracje Jerzego Koszuty i Sebastiana Szymańskiego oraz błyskotliwy pick’n’roll tego ostatniego ze Sroką wywindowały go na 25:14. Rzuty za trzy Adriana Mroczka-Truskowskiego i Tomasza Prostaka odroczyły egzekucję, a kwartę zamknął zapis 27:20.

I to było na tyle, jeśli chodzi o dzisiejsze nadzieje gości, bo odtąd tak jak pudłowali pod presją miejscowych (0 z 8 za trzy w drugiej części), tak tamci niemiłosiernie karcili ich strzałami zza linii 6,75 m. Kiedy przymierzyli Sroka i Czujkowski, zostało to przyjęte naturalnie, ale już Kulikowski wysadził w powietrze ławkę Sokoła. 38:22. Koszuta zapalił w podobny sposób na tablicy 47:28, a Szymański – po tym jak kozłem w przód i w tył, między nogami, wybił z równowagi obrońcę – 55:34.
Przyjezdni starali się opóźniać przeciwnikom wyprowadzanie piłki, ale ci trafiali w końcówkach długich akcji. Do tego sporo innych było bardzo dynamicznych, napędzanych przez Bartosza Czerwonkę, Koszutę, Jacka Balawendra, czy dzisiejszego MVP – Szymańskiego, który w pierwszej połowie czterokrotnie wjechał pod obręcz z Prostakiem lub Mateuszem Moczulskim, utrzymywanymi na prawym bądź lewym barku. Raz dostarczył piłkę gdzie trzeba, niosąc ją w całym dwutakcie na wyciągniętej, odwiedzionej w prawo ręce.
W trzeciej odsłonie chwilę trwała wymiana koszy, przerwana brutalnie przy stanie 60:43. Run 17:0, w tym dziesięć „oczek” Czujkowskiego, kąsającego to w kontrze, to w półdystansie (z odejściem), to składającego się z daleka, w wyśmienitym rytmie. I każdorazowo całującego wytatuowaną we wnętrzu prawego nadgarstka literę N. – To inicjał mojej narzeczonej, Natalii. Bardzo mnie wspiera, chcę w taki sposób wyrazić swoją wdzięczność – tłumaczy Alan, który nominalnie jest zawodnikiem obwodowym, ale w tyłach musiał opiekować się graczami wysokimi. – Co wolę? Zdaję się na trenera. Taka była potrzeba, zresztą nie tylko ja spełniałem te zadania; dobrze poradzili sobie także Jurek i Jacek. Mieliśmy o tyle łatwiej, że kontuzja wyłączyła Patryka Nowerskiego, więc nie było u nich żadnego podkoszowego „siłacza”.

Po trzydziestu minutach spotkania miejscowi mieli blisko 70-procentową skuteczność rzutów z gry, a w ciągu dwudziestu minut drugiej i trzeciej kwarty wykorzystali 10 z 14 prób zza łuku. Najbardziej widowiskowo uczynili to Sroka, który zebrał, wykozłował i obrócił się znienacka oraz „Czerwony”, ładując z ośmiu metrów na 83:47.
Najwyższą dzisiaj przewagę, 93:56, podopieczni Dariusza Kaszowskiego osiągnęli na starcie czwartej odsłony, po dwóch akcjach „Sroczka”.
Później zadebiutował w Sokole Jakub Misiąg, który w ten weekend po raz pierwszy znalazł się z kadrze meczowej zespołu. Przez pewien czas po parkiecie biegało jednocześnie czterech rodowitych łańcucian: Czerwonka, Adrian Inglot, Patryk Buszta i Balawender, który rozbił pierwszą w tym sezonie „setkę” w tutejszej hali. Poszedł za ciosem – po własnym przechwycie i zbiórce asystował Krzysztofowi Krajniewskiemu (wsad) tudzież Inglotowi (lay-up z obiegnięciem). 105:71, 105:77.
Rywalizacja w ćwierćfinale play off toczy się do trzech zwycięstw i teraz przenosi się do Prudnika, jednak wznowiona zostanie dopiero 22 kwietnia, po Wielkanocy. – Gdybyśmy byli normalną drużyną, to lepiej byłoby zagrać z nimi już w najbliższą sobotę, na fali. Ale pamiętajmy o naszych kłopotach zdrowotnych; jest szansa, że dzięki tej przerwie jedni koledzy się doleczą inni wyleczą – przekonuje Alan Czujkowski. – Mam nadzieję, że tydzień później też dokończymy dzieła zniszczenia.
PAWEŁ FLESZAR

Relację z I meczu play off można przeczytać TUTAJ

SOKÓŁ Łańcut – meritumkredyt POGOŃ Prudnik 105:77 (27:20, 28:16, 30:16, 20:25)
Sędziowali: Adam Krasuski, Mirosław Wysocki, Mateusz Skorek. Widzów: 650.
SOKÓŁ: Sroka 23 (3×3, 6 zb.), Czujkowski 19 (4×3, 4 zb.), Szymański 18 (1×3, 4 as.), Kulikowski 17 (1×3), Koszuta 9 (1×3) oraz Krajniewski 6 (7 zb., 4 as., 2 prz.), Czerwonka 5 (1×3, 6 as., 4 zb.), Buszta 4, Balawender 2 (8 as., 5 zb.), Inglot 2, Misiąg. Trener: Dariusz Kaszowski.
POGOŃ: Nowakowski 20 (11 zb.), Krawiec 16 (2×3), Prostak 12 (1×3, 7 as., 4 zb., 2 prz.), Bogdanowicz 10 (1×3, 4 zb., 2 prz.), Mroczek-Truskowski 7 (1×3) oraz Bartkowiak 9 (1×3, 5 zb.), Moczulski, Kujon. Trener: Tomasz Michalak.

Komentowanie zablokowane.