A jutro znów pójdziemy na całość…

Reportaż ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 22 sierpnia 2003 r.

– Dla Wisły wszystko, prawda!? Wisła jest wielka! – mówi z egzaltacją Kasia o rudoblond włosach i okrągłej buzi, szczodrze obsypanej piegami. – Ja studiuję, kasę dają rodzice, nie mają innego wyjścia. Od drugiego miesiąca życia chodzę na Wisłę.
– Ja wyssałem Wisłę z piersi mojej mamy.

Wtorkowy wieczór. Zniknęło słońce, w którym Bruksela smażyła się przez cały dzień, zostawiając w spadku 30 stopni ciepła. Trening piłkarzy „Białej Gwiazdy” na stadionie Anderlechtu obserwuje kilkadziesiąt osób. Grupę trzydziestoparolatków zaprosił na mecz Michał Żewłakow. – Jesteśmy kibicami Michała, ale on ma nie grać, więc wtedy pokibicujemy Wiśle – wyjaśnia Wojtek Jagoda, niegdyś piłkarz Legii (ostatni wychowanek tego klubu, który strzelił dla niego bramkę – uściślają koledzy) i Polonii Warszawa. W tej drugiej przez pewien czas trenował przyszłego obrońcę reprezentacji i Anderlechtu.
– Ja przyjechałem tylko dla Wisły – dodaje Robert.
– Gdy jesteśmy w Warszawie, to kibicujemy Legii, ale kiedy Wisła gra w pucharach, to jesteśmy za nią – tłumaczą. – Nie można inaczej.

Robert, Tomek, Artur są stolarzami z Wołomina. Przez kilka lat pracowali w Belgii, teraz sprzedają tu wykonywane w Polsce meble. – Koledzy pokazują Belgom, jak należy robić meble – twierdzi Wojtek. – Po to, żeby Belgowie sprzedawali te meble z pięciokrotnym zyskiem na całym świecie.
– Jeździliśmy na montaże – opowiada Tomek. – Nasze meble ma Jean-Pierre Papin i syn tego słynnego aktora, Belmondo.
– Co tydzień gramy razem w piłkę – dodaje Wojciech Jagoda. – Ponieważ oni jeżdżą do Brukseli biznesowo, pomyśleliśmy, żeby tu przyjechać na mecz, ale jak będzie ważny. Przed losowaniem wszyscy siedzieliśmy i modliliśmy się o Anderlecht Bruksela dla Wisły. No i udało się!

– Michał nas bardzo serdecznie przywitał – opowiadają. – Wypiliśmy piwko.
– Michał colę!
– Tak, Michał colę. Dał nam bilety, siedzimy na miejscach rodzin zawodników Anderlechtu. Koledzy są po zakupie koszulek z numerem 6 i nazwiskiem Żewłakow na plecach. A serce po stronie Wisły. Sytuacja jest ciekawa, bo kiedy Wisła strzeli gola, nagle trzech debili w sektorze dla rodzin zawodników Anderlechtu skoczy w górę z radości – zaśmiewa się Wojtek. – Szef obiektu ostrzegał nas, żeby uważać ze sprzedawaniem emocji, bo miejscowi kibice mogą być agresywni. Podobno w przerwie meczu z Rapidem, gdy było 0:2, najbardziej impulsywni pukali już do gabinetu prezesa: „Co pan zamierza dalej robić?”.
Ich brodaty znajomy od 12 lat żyje w Brukseli. Pierwszy raz przyszedł na stadion Constant van den Stock, choć mieszka 200 metrów od niego. – Nie dostałem biletu, ale koledzy mi załatwili – wyjaśnia. – Tydzień temu, gdy Anderlecht grał z Rapidem Bukareszt aż słychać było ciszę, ale potem cała dzielnica huczała.

Zaczęło się od Stalina

Dzisiaj Bruksela to nieformalna stolica kontynentu. Parlament Europejski, dowództwo NATO, organizacje międzynarodowe, banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, korporacje gospodarcze. Cały czas przybywa instytucji, rosną nowoczesne budynki. Wszechobecnym elementem krajobrazu są ramiona potężnych dźwigów. Polacy stanowią znaczącą siłę robocza na niezliczonych placach budów. – Łopata, czy inne narzędzie, od rana do wieczora. Dziewięćdziesiąt procent naszych to robi, dziewczyny sprzątają – opowiadają Jacek i Wojtek. – Jutro będzie nas więcej na stadionie. W Brukseli pracuje kupa Polaków, większość z Podlaskiego. A Białystok jest za Jagiellonią i za Wisłą – zapewniają ze śpiewnym, kresowym akcentem.
– Ostatnio nie chodzę na „Jagę”, bo za daleko mam – żartuje mocno zbudowany, obcięty na jeża Wojtek. – Ale tam biega przedstawiciel mojego klubu – Tomek Frankowski.
– Żeby tylko jutro Wisła zremisowała, a w Krakowie na pewno wywalczy awans – zaciska pięści szczupły, z czarnym wąsikiem, Jacek.

– Panowie, macie złe informacje: Wisła jutro wygrywa, a ja w knajpie naprzeciwko stadionu piję piwo na koszt znajomych kibiców Anderlechtu – prostuje ich kolega, Edek, pracownik hotelu.
Wiosną, na przyjęciu w konsulacie przed meczem Belgia – Polska, poznał Mirosława Szymkowiaka. – Całe spotkanie z nim przegadałem, sympatyczny gość – charakteryzuje. – Dzisiaj idę sobie ulicą z siostrzeńcem, patrzę, a tu jakichś trzech chłopaków w koszulkach z reklamami Ery. Podchodzę bliżej, patrzę – piłkarze Wisły, a jeden z nich to Mirek. Znowu sobie pogawędziliśmy.
– Kiedyś Wisła miała kwaśny posmak, jak wszystkie kluby gwardyjskie i wojskowe – zapala się Edek, który amatorsko grywa w piłkę w Polonii Bruksela.
– A zaczęło się od Stalina – dowcipkują koledzy.
– W ostatnim roku jednak Wisła przełamała tematy regionalne, polityczne – nie zraża się. – Teraz utożsamia się ją z reprezentowaniem Polski. Na szczęście w Wiśle są ludzie spoza polskich klimatów, sposobu myślenia ograniczonego do korupcji, przekrętów. Korupcja to jest dobra sprawa, ale na poziomie miliardów dolarów.

Piwo to chemia

W Brukseli nie wszystko jest jak we flamandzkim przysłowiu: „Trawa po drugiej stronie płotu jest zawsze bardziej zielona”.
W wąziutkiej uliczce markizy ekskluzywnych restauracji niemal stykają się nad głowami. Przed każdym lokalem pracownik zachęca turystów do degustacji ostryg. Nieopodal żebrak kiwa się nad leżącym na ziemi kapeluszem, narkomani siedzą wprost na bruku. Wielu czarnoskórych, którzy wieczorami – w kolorowych, przypominających piżamy, szatach – okupują ławki i okienne parapety, też nie cierpi na nadmiar zajęcia.
Na małych plantach przed ministerstwem edukacji, tuż obok kolosa ze szkła i aluminium, dwóch bezdomnych gotuje sobie posiłek, stawiając osmolone rondelki na dziurkowanych puszkach, wypełnionych paliwem.

– Może byś gości z Polski oprowadził po Nordzie – podpuszczają Edka koledzy.
– Dajcie spokój, Nord to cienizna.
– Coś ty, wieczorami fajne panienki wychodzą – podpowiada Wojtek. – Duży wybór kolorystyczny.
Rozmowa schodzi z branży usługowej na spożywczą. Belgia szczyci się ponad stu gatunkami wytwarzanego tutaj piwa. – Byłem strasznym amatorem piwa, kupowałem je skrzynkami – zwierza się Edek. – Trochę mi przeszło, bo piwo belgijskie to chemia.
– Tylko skrzynki mu zostały w domu – żartuje Jacek.
– Piwo jest tutaj niesamowicie tanie – twierdzi Wojtek. – Za godzinę roboty masz zgrzewkę, 24 puszki. Przed meczem możesz pić, ale na stadion nie wejdziesz z alkoholem, nawet w plastikowym kubeczku.

Europejski wymiar

Grand Place, zabytkowy rynek Brukseli. Przepych fasad barokowych kamienic, przytłaczany przez Hotel de Ville – gotycki ratusz ze strzelistą wieżą. Kibice w czerwonych koszulkach Wisły siedzą przy kawiarnianych stolikach. – Jazda, jazda, jazda! – krzyczą.
– Biała gwiazda! – jak echo odpowiada im przez całą szerokość placu inna grupa.
Rozebrany do pasa, pokryty tatuażami fan miesza rękami wodę w fontannie przed teatrem królewskim. Potem, z kilkunastoma towarzyszami, wchodzi do wody, aby uwiecznić się na zdjęciu. W innym miejscu ktoś pije wódkę wprost z litrowej butelki.
Spotkanie z portugalską wycieczką owocuje wspólnymi fotografiami, kilka szalików Wisły pojedzie do Lizbony. Na skrzyżowaniu wiślaccy kibice zatrzymują furgonetkę z napisem „Antwerp”. – Royal Antwerp?
Mężczyzna za kierownicą potakuje energicznie głową.
– Anderlecht Bruksela?
Szofer składa ręce w „geście Kozakiewicza”, nagrodzony pieszczotliwym poklepywaniem po karku.

Na przywitanie zajeżdżającego pod stadion autokaru z fanami „Białej Gwiazdy”, mężczyzna w koszulce Anderlechtu rozebrał się do naga. – Chciał nam chyba pokazać europejski wymiar penisa, ale mu nie wyszło, bo do polskiego brakło cztery centymetry – kpi jeden z krakowian.
– Małą średnią mają!
– Pokazywał nam, żebyśmy mu coś miłego zrobili, ale u nas nie ma gejów.
Chuligani spod znaku Anderlechtu umawiali się w internecie na bijatykę z Polakami („To okropne, co się teraz dzieje” – biadała czterdziestoletnia pracownica klubu). Ich nieliczni odpowiednicy w barwach Wisły zrobili sobie na stacji benzynowej „promocję”, nie płacąc za towary. Przed meczem doszło do małego starcia, szybko interweniowała policja.
Jeszcze o północy, dwie godziny po spotkaniu, na przystadionowym parkingu stał jeden autokar, otoczony kordonem policjantów z psami. Odjechał z honorami, eskortowany przez motocyklistów. Dwóch krakowian spędziło noc w areszcie.

Wisła z piersi mamy

Znaleźć tani nocleg w Brukseli jest równie trudno, jak trzeźwego na wiejskiej zabawie. Pięćdziesięcioosobowa grupa, która przyjechała już we wtorek wieczorem, spała w Charleroi w hotelu Formuły 1 („360 złotych, proszę pana, cały wyjazd, z noclegiem, z wyżywieniem, z ubezpieczeniem, full, wszystko. Do tego bilet za 15 euro„). Podróż autokarem trwała 20 godzin. Pojawiło się w Brukseli około tysiąca kibiców z Krakowa i okolicznych miejscowości: Libiąża, Niepołomic, Proszowic, Bochni, Brzeska. – Więcej ludzi chciało przyjechać, ale finansowo nie dali rady. Od października wejdą te loty po 99 złotych i wtedy dużo nas więcej będzie – twierdzą. – No i z biletami jest problem. Za mało dostaliśmy, nikt o nas nie walczy.
– Jesteśmy jednymi z najwierniejszych kibiców Wisły; jeździmy za nią, jeśli tylko czas nam pozwoli – tłumaczy mężczyzna koło czterdziestki („Chytry Łakomy Marek jestem”). – Na zagranicznym meczu to jesteśmy na każdym.
– Jesteśmy stworzeni do wyższych celów. Polskę bardzo kochamy, szanujemy, ale w dobie zjednoczenia Europy musimy coraz więcej obserwować – mówi inny kibic.
– Mamy potrzebę poznania czegoś, żeby nasz intelekt się rozwijał przy okazji – dodaje chłopak, trzymający w ręku zwiniętą flagę.

– Pieniądze skąd? To jest po prostu praca, pracujemy ciężko, więc mamy pieniążki.
– Dla Wisły wszystko, prawda!? Wisła jest wielka! – mówi z egzaltacją Kasia o rudoblond włosach i okrągłej buzi, szczodrze obsypanej piegami. – Ja studiuję, kasę dają rodzice, nie mają innego wyjścia. Od drugiego miesiąca życia chodzę na Wisłę.
– Ja wyssałem Wisłę z piersi mojej mamy.
– A ja zostałem wciągnięty w kibicowanie w 1978 roku, kiedy Wisła zdobyła mistrzostwo Polski – wyjaśnia Chytry Łakomy Marek.
– Tego bakcyla połknąłeś.
– Tak połknąłem. I swojego syna staram się uświadamiać.

Już się nie odkochasz

– Kibicuję od trzydziestu lat – zwierza się pani Miecia, ubrana w białą bluzkę i długą spódnicę. Na niej wzór z jaskrawych kwiatów. Na ramionach klubowy szalik. – Byłam w Rzymie, Gelsenkirchen, Parmie, Barcelonie.
– Cały czas liczymy na Ligę Mistrzów, trzeba w to wierzyć – wyrywa się drugi Marek (cechy szczególne: schrypnięty głos, brak siekaczy). – Chodź, Robercik, na wypowiedź.
– Marzy się nam Real Madryt.
– I Wyspy, Manchester – dorzuca pani Miecia.
– Przyjechali, zobaczyli, uwierzyli! – krzyczy Chytry Łakomy Marek. Intonuje na schodkach trzynastowiecznej katedry św. Michała: „Wisła to jest potęga, Wisła najlepsza jest!…” – ryk z kilkunastu gardeł odbija się od białych kamiennych murów. „Legła, legła Bruksela! Legła, legła Bruksela!”.

– Wisła opanowała miasto; ulice nasze, metro nasze! – entuzjazmuje się Kasia. – Z całego kraju ludzie zjeżdżają, nawet jeden pan z Kanady z nami jest, co do Polski przyjechał na urlop. Niech się wszyscy uczą od nas zachowania, jak prawdziwy kibic wygląda. Nie ma tu chamstwa, a jak powiemy, że jesteśmy z Krakowa, to się zatrzymują i nam klaszczą. Zdjęcia z nami robią, nawet dostaliśmy czekoladki.
– Byliśmy pod Heysel, stadion pozamykany, ale i tak chłopaki weszli.
– Ja wszedłem do szatni, jak się przebierali.
– W centrum oprowadzał nas taki Polak, który tu mieszka. Mecz jest meczem, ale trzeba też zwiedzić zobaczyć.
– Jest to piękne przeżycie, niech każdy jedzie.
– A jak raz pojedzie, to wtedy już do końca życia – przekonuje Marcin („Z krakowskiego Kazimierza„).
– Taak! Jak się zakochasz, to się już nigdy nie odkochasz – uśmiecha się Kasia.

***

Na przytulnym, kameralnym stadionie Constant van den Stock, wraz z Polakami mieszkającymi w Belgii, wypełnili pięć sektorów. Wywiesili klubowe flagi, zdzierali gardła przez trzy godziny, już od początku rozgrzewki. Nie wyszło. Edek musiał zapłacić za piwo, stolarze z Wołomina nie mieli zbyt wielu okazji, aby zaszokować rodziny piłkarzy Anderlechtu. Przyblakł sen przyjezdnych o Lidze Mistrzów.
Ale piosenka pozostanie ta sama. Przy kawiarnianym stoliku w jednym z zaułków starówki śpiewało kilku chłopaków w towarzystwie ponętnej brunetki: „A jutro znów pójdziemy na całość/ Za to wszystko, co się w życiu nie udało/ Za przyjaciół, których jeszcze paru nam zostało/ Za marzenia, których ciągle mało”.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.