A w Dobczycach coś się dzieje

Klub niesłusznie mylony z barem o bardzo podobnej nazwie, choć wymyślony przy piwie. Posiadający motto z osławionego kazania, ale powstałe przed jego publikacją na YT. Jego wiodącą drużyną są siatkarze, lecz najchętniej zatrudnia trenerów wprawionych w pracy z kobietami.

Feniks Dobczyce to w gruncie rzeczy, w dobrym sensie tego słowa, ekipa akademicka – w formie i treści. Bo i amatorski status łączą z przyzwoitym siatkarskim poziomem, większość zawodników studiuje na krakowskich uczelniach (najbogatszą reprezentację ma Uniwersytet Jagielloński), a łączą ich mocne kumpelskie więzy. Bywa, że wszyscy, z sympatiami i znajomymi bawi się razem, a potem w większości nocują u mieszkających na miejscu kolegów.
Zresztą zaczęło się od imprez tyleż sportowych, co towarzyskich – amatorskich turniejów, na które jeździła skrzyknięta ekipa z Dobczyc. – Za każdym razem skład był inny – wspomina Mateusz Hankus, prezes i rezerwowy rozgrywający. – Ale też widać było, że jest tu sporo ludzi chętnie grających w siatkówkę.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

W 2010 roku założyli klub, jednak z braku funduszy dopiero w sezonie 2011/12 zgłosili się do IV ligi. Kilka lat wcześniej na tym poziomie wystartowała drużyna Orła, z leżącej nieopodal Nowej Wsi. – Tam jednak nikomu nie zależało na siatkówce, może poza zawodnikami. Jeździliśmy za własne pieniądze na mecze, a po roku wszystko się rozsypało – opowiada występujący tam wówczas Mateusz. – Liczę, że nasze obecne dzieło przetrwa.
Żartuje, że idea założenia klubu w Dobczycach, jak wszystkie najlepsze pomysły, narodziła się przy piwie. I nazwali go Feniksem, który – w nieco zmodyfikowanym na ich potrzeby starożytnym micie – jest odradzającym się z popiołów wspomnianym Orłem. – Choć niektórym wydaje się, że to od istniejącego w miasteczku baru „Fenix”, bo wszyscy tam chodzą – śmieje się prezes.
Jako motto na stronie internetowej umieścili hasło „…wiedz, że coś się dzieje”, które wszyscy kojarzą z osławionym kazaniem. Mateusz zapiera się, że wymyślili to niezależnie od niego. – Siedzieliśmy z kolegą, omawialiśmy, jak ma wyglądać strona i któryś z nas rzucił, żeby coś takiego umieścić na winiecie. Wkrótce zobaczyliśmy na You Tube kazanie, gdzie to stwierdzenie pada wielokrotnie…

Mają zastanawiające upodobanie do trenerów kobiecych drużyn. Jako pierwszy prowadził ich w lidze Łukasz Mastalerz, na co dzień pracujący z dziewczętami Dwójki Kraków, a po Tomaszu Gajewskim, w bieżącym sezonie objął ich Jakub Zacharski, równolegle opiekujący się kadetkami i młodziczkami Salosu Kraków – w tej drugiej kategorii zresztą kilka lat temu zdobył brązowy medal mistrzostw Polski. – Przypadkowo się złożyło z tymi „żeńskimi” trenerami; każdego znaliśmy wcześniej prywatnie, o Kubie w lecie dowiedzieliśmy się, że nie będzie opiekował się trzecioligową drużyną w Salosie, więc ma więcej wolnego czasu – tłumaczy Mateusz.
Nie jest to funkcja łatwa. Połowa drużyny Zacharskiego to albo trenerzy (Michał Flaszowski, jego były asystent, przejął po nim seniorki Salosu, Mikołaj Wojtyczka pracuje z młodzieżą w MKS MOS Wieliczka, a Tomasz Wątorek – w Wiśle Kraków, natomiast Maciej Dietl prowadzi dziewczęca ekipę Feniksa, występującą w rozgrywkach TKKF), albo działacze (poza Hankusem i Dietlem, zawodnikami w zarządzie są Michał Smatras i Szczepan Ciętak). – Dobrze się wszyscy dogadujemy; z działaczami mamy jasny układ: oni rządzą przed treningiem, a ja w trakcie – tłumaczy Jakub. – Czy łatwiej się pracuje z dziewczynami czy z chłopakami? Łatwiej z chłopakami, którzy realizują wszystko co im się powie. U dziewczyn bywa z tym różnie… Żałuję tylko, że nie możemy mieć większej ilości zajęć w tygodniu.

Droga przez III ligę nie jest łatwa, długo gnębiły ich kontuzje, ale dużo bardziej kręta był szlak do awansu. – Książkę można by o tym napisać – żartuje Mateusz, który niegdyś parał się dziennikarstwem, do „Dziennika Polskiego” i jednego z serwisów internetowych pisząc o piłce nożnej, która do 19. roku życia była jego sportem numer jeden.
Zaczęło się od ich przegranej konfrontacji z Podhalańskim Czarny Dunajec na koniec rundy zasadniczej minionego sezonu IV-ligowego, przełożonej na zbyt późny termin. – Sądziliśmy, że mamy akceptację tego przełożenia, skoro sędziowie się zgodzili – twierdzi prezes. – Potem było kilka zmiennych decyzji, co do uczestników i miejsca turnieju barażowego.
Ostatecznie impreza odbyła się w hali Regionalnego Centrum Oświatowo-Sportowego w Dobczycach. Gospodarze w ciągu dwóch dni zaliczyli 20 setów i zajęli trzecie miejsce, nie dające awansu, lecz później zakwalifikowali się do ligi zamiast jednego z wycofanych klubów.
Występują we wspomnianym nowiutkim, bardzo ładnym obiekcie RCOS, gdzie czasem ogląda ich nawet 200 widzów. – Tu dawniej brakowało siatkówki, co widać po popularności jaką się cieszy, atmosferze na meczach – podsumowuje Mateusz.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.