Adam Nowik: Kasuję część przeszłości

Najbardziej doświadczony i utytułowany, obok Bartłomieja Soroki, zawodnik Wandy Instal. I chyba najszybszy jej transfer. W przedsylwestrowy piątek został zgłoszony w PZPS, w poniedziałek po Nowym Roku pojawił się na pierwszym treningu krakowskiego zespołu, a w sobotę po Święcie Trzech Króli zadebiutował w jego barwach w I lidze. Przybył też kolejny zwolennik budowy północnej autostradowej obwodnicy Krakowa, gdyż do hali przy Ptaszyckiego dojeżdża ze Śląska, gdzie mieszka z żoną i dwójką dzieci. – Żartuje pan, a ja nigdy nie patrzę w ten sposób na przeciwności – podkreśla Adam Nowik, 36-letni, mierzący 205 cm środkowy. – Do wszystkiego się można przyzwyczaić. Trasa zajmuje mi półtorej godziny, czasem dwie, gdy są gorsze warunki. Najbardziej uciążliwy jest wyjazd ze Śląska po południu. Potem idzie już dość gładko.
– Podróże ma pan we krwi. Urodził się pan w Węgorzewie, tuż przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim – do Żor, w których pan osiadł, przejechał pan prawie całą Polskę.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Moja rodzina pochodzi z Białegostoku, tam się wychowałem i stamtąd wyruszałem, więc trasa była krótsza. Takie bywają wybory życiowe młodych ludzi. Zresztą najpierw trafiłem do Wałbrzycha, gdzie w sezonie 1995/96 grałem w Serii B w Chełmcu, a potem przeniosłem się do Radomia. Nie wiążę przyszłości ze Śląskiem, kiedyś przeprowadzimy się do Warszawy, do rodziny.
– Powiedział pan, że ma niewiele czasu na wywiad, bo sporo poświęca go rodzinie w domu. Wychowuje pan nowe siatkarskie pokolenie?
– Aleksander w tym roku skończy sześć lat, a Gabriela dziesięć. Zobaczymy, czy będą grać w siatkówkę, może zajmą się inną dyscypliną sportu. Ich wola. Warunki fizyczne mają genetycznie nie tylko po mnie, bo żona też jest wysoka. Gabrysię ciągnie do siatkówki, ale na razie odbija tylko z tatą. Na poważniejsze treningi jej jeszcze nie wypuszczę, bo jest nieprzygotowana fizycznie. Może kiedy pójdzie do czwartej klasy, jesienią.
– To przejdźmy do pańskiej przygody z siatkówką. Stwierdził pan ponoć na końcu grudnia: „Wydawało mi się, że mogę żyć bez siatkówki, ale jednak nie jestem na to jeszcze gotowy”.
– Siatkówka to moja pasja, więc ciężko się bez niej obejść. Pewnie i tak bym przy niej został, w inny sposób, grając choćby towarzysko. Nie ukrywam, że liczyłem na powrót do poważniejszej gry, trenowałem z drugoligowym Volleyem Rybnik, na siłowni Jastrzębskiego Węgla. Czekałem aż ktoś się odezwie. Minęła jednak „za pięć dwunasta”, było cicho, więc pogodziłem się, że już telefon nie zadzwoni. Dopiero „za minutę dwunasta” porozumieliśmy się z trenerem Grzegorzem Silczukiem i trafiłem do Wandy.
– W kwadracie rezerwowych, w pierwszym secie sobotniego meczu, chodził pan na palcach, podnosząc się i opuszczając. Rozgrzewał pan achillesy, czy sprawdzał czy nie zaczną boleć?
– Rozgrzewałem się, o kontuzji, którą odniosłem w ubiegłym roku postarałem się zapomnieć. Bardzo przykra historia, nie chcę do tego wracać. Zerwanie ścięgna, potem nieudana operacja, kolejne zerwanie, pomógł dopiero drugi zabieg. Kasuję tę część przeszłości. Czapka z głowy pod adresem doktora Łukasza Luboińskiego z Warszawy, który mnie wyleczył. Teraz muszę wrócić do pełnej sprawności na boisku.
– W sobotę nieźle to wyglądało, jeśli chodzi o atak.
– (śmiech) Nieźle? Nie. Spodziewałem się po sobie więcej. Cóż, powoli musze wracać do tego, co było dawniej, a zostało przerwane przed prawie rokiem. To wybiło mnie z rytmu. Siatkówka jest trudną dyscypliną; ważne w niej jest, żeby trenować w grupie i razem z nią podnosić umiejętności.
– Jak to ma wyglądać w przypadku Wandy? Gra bywa dobra, ale sytuacja w tabeli ciągle jest skomplikowana. Czuje się pan ratownikiem drużyny?
– Musimy walczyć, walczyć, walczyć i coraz więcej od siebie wymagać. To jest najważniejsze. A poza tym – szukać punktów. Nie udało się z Bielskiem, trzeba szukać szukać dalej. Chyba łatwiej się utrzymać w I lidze, niż awansować do niej z drugiej. Ale też łatwo potracić punkty. Na pewno ten zespół stać, żeby za rok również grał w pierwszej lidze. I to jest cel nadrzędny. Moje cele są mniej ważne – zostaną zrealizowane przy okazji – powrót do formy, zaistnienie znowu w siatkówce.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj