Afera na czternaście fajerek

Tekst ukazał się w „Tempie” z 3 lipca 2003 r.

Było ich trzech, w każdym z nich jedna krew, ale ten sam – olbrzymi – piłkarski talent. Andrzej Iwan, Adam Nawałka i Piotr Skrobowski mieli wszelkie dane, aby wejść na szczyt futbolowego świata lat 80.
Początek jak z „Autobiografii” Perfectu lecz koniec różny. Kariery zawodników krakowskiej Wisły zostały złamane, ale dzisiaj zachowują większą pogodę ducha, niż bohater rockowego przeboju.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Najmłodszy był Skrobowski. Kiedy – jak tamci, w „szczenięcym” wieku – debiutował w reprezentacji, Iwan i Nawałka mieli już za sobą argentyńskie mistrzostwa świata, których stali się objawieniem. Ten ostatni zaczynał przegrywać z kontuzjami.
22 czerwca 1980 roku, przy stu tysiącach widzów na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, niespełna 19-letni Skrobowski wszedł na zmianę w meczu z Irakiem. Kilka dni później pojechał z seniorską reprezentacją na tournee po Ameryce Południowej. Na stadionie Morumbi w Sao Paulo zasiadło 130 tysięcy żywiołowych Brazylijczyków. – Nie sądziłem, że wyjdę na boisko, napakowałem w siebie jedzenia, sałatek, bo pierwszy raz w życiu ananasa widziałem – wspomina. – Kilka godzin przed meczem, na odprawie, nagle trener Kulesza mówi: „No i miła niespodzianka – nasz Piotruś zagra na Socratesa”. A Piotruś z nerwów na dwie godziny zablokował toaletę.

Już na boisku Socrates został zmieniony, bo nie mógł sobie dać rady z młokosem. – Graliśmy fenomenalnie – twierdzi. – Prowadziliśmy po bramce Laty, dopiero Nelinho wyrównał strzałem z 45 metrów.
W następnym meczu tournee Polacy roznieśli 4:1 Kolumbię. Na drugą połowę za Skrobowskiego wszedł kolega z Wisły, Kazimierz Kmiecik, któremu jeden z rywali złamał potem kość jarzmową policzka. – Podejrzewaliśmy, że Kolumbijczycy byli na narkotykach, z oczu aż im tryskała złość – opowiada „Skrobek”. – W ogóle, czuło się napięcie; w Kolumbii rządziła junta wojskowa, bali się przewrotu. Jechaliśmy na mecz w konwoju, w górze helikoptery, stadionu pilnowali żołnierze z karabinami maszynowymi.

Niespełna miesiąc po dziewiętnastych urodzinach Skrobowski zagrał przeciwko Hiszpanii w Barcelonie. Był nie do przejścia w defensywie, nasi pokonali gospodarzy 2:1, a dwie bramki zdobyte przez Iwana dały mu nieoficjalny tytuł najlepszego strzelca kontynentu w meczach reprezentacyjnych. Na trybunach siedział szkoleniowiec Brazylii, Tele Santana, który jeździł po Europie i obserwował ewentualnych rywali w następnych mistrzostwach świata. Na pytanie jednego z hiszpańskich dziennikarzy, czy chciałby mieć w swojej reprezentacji któregoś z widzianych piłkarzy, wskazał Iwana i Skrobowskiego. – Mam jeszcze w domu tę gazetę – uśmiecha się Piotr.

Za 15 piłek

Najbliżej z domu miał na stadion Clepardii. Trafił tam w wieku 14 lat, ale w świadomości tkwił mu inny azymut. We wtorki i czwartki były dni przyjęć do Wisły, przychodziło na nie regularnie 50-60 chłopców. Rozgrywali mecze testowe. Skrobowski próbował czterokrotnie, ale oddelegowany z milicji trener ciągle o nim zapominał. – W końcu przyszedł Lucek Franczak i mówi: „Tosiek, już czwarty raz go wyróżniasz, on jest tam najlepszy” – opowiada. – Problem był jeden: oszukałem ich, bo miałem już podpisaną deklarację zawodniczą w Clepardii. Franczak, żeby nie robić rozgłosu, wziął piętnaście piłek i zaniósł tam. To był mój pierwszy transfer.

Piął się szybko, jako siedemnastolatek został włączony do zespołu seniorów. Niemal równolegle ze swym wychowawcą, Lucjanem Franczakiem, jednym z twórców „krakowskiej gry” – technicznej, ładnej dla oka piłki. – Byliśmy w nim zakochani; większość przechodziła przez taki warsztat – Grabka, Franczak, drużyna seniorów. Luckowi zamarzyło się wystartować na wyższym poziomie – przejął pierwszą drużynę i zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski, za Widzewem Łódź. Wtedy nagle pułkownik Michaliszyn, który był szefem sekcji piłkarskiej, zakomunikował, że Franczak zostanie zdymisjonowany, a naszym trenerem będzie Leszek Jezierski. 1981 rok, moda na strajki. Poszedłem do gospodarza obiektu, wziąłem od niego jakieś opaski, chodziliśmy z nimi na ramieniu. Jeden dziennikarz, drugi, zrobił się szum. Potem masażysta mówi do mnie: „Jesteś taką aferą, dzięki tobie Franczak został”.

Opowieść starego kibica: „Zasuwa gość lewą stroną, podbiega Piotrek Skrobowski, robi wślizg. Facet biegnie dalej, ale już bez piłki, a Piotrek podnosi się z nią przy nodze i inicjuje atak podaniem. Był mistrzem wślizgów, do tego fantastycznie grał głową„.
Praca na treningach była wtedy inaczej ukierunkowana: na przygotowanie techniczne – wyjaśnia bohater historii. – Poza tym przychodziłem codziennie rano i przez dwie godziny tłukłem piłką o betonową ścianę: uderzenie, podejście, przyjęcie, lewa, prawa. Wiedziałem, że to jedyna szansa wybicia się. Gdybym miał takie perspektywy, jakie obecnie ma młodzież, to bym spał na tym stadionie.
Ocenia. – Dzisiaj przede wszystkim uczymy ludzi biegać, poziom wyszkolenia technicznego jest mierny. Zawodnik nie wie, co to przyjęcie piłki, co to podanie różnymi częściami stopy. U nas facet, który miał więcej szczęścia, ma siłę, umie biegać, dośrodkować – i to nie za każdym razem, ale od czasu do czasu – jest gwiazdą.

Nowoczesny model milicjanta

Kiedyś polska reprezentacja grała jak równy z równym z najlepszymi na świecie. – Wychodziło się i nikt gaciami nie trząsł – obrazowo opisuje Skrobowski. – I to były fantastyczne mecze. W takiej Boliwii, Kolumbii, wygrywało się trzema-czterema bramkami. A teraz by się pojechało, to z piątkę by nam wsadzili.
Jesienią 1980 roku przegraliśmy na River Plate 1:2 z Argentyną. Do dzisiaj śni mi się sytuacja, jaka miałem w 5. minucie – po podaniu Ciołka uderzyłem głową z pięciu metrów. Jak ten Fillol to obronił, nikt nie wie – wszyscy myśleli, że bramka.
W ekipie mistrzów świata występował wówczas Diego Maradona. Kryty przez Skrobowskiego zdobył gola jedynie z wolnego, po meczu komplementował przeciwnika. Już drugi raz – rok wcześniej zmierzyli się w Japonii, na mistrzostwach świata juniorów.

Takie wyjazdy miały też drugą, tragikomiczną, stronę: instytucję opiekunów-dozorców z partyjnego nadania. – W Ameryce Południowej był z nami komendant milicji w Warszawie, taki „beton” – opowiada „Skrobek”. – Na tym tournee furorę zrobił Staszek Terlecki, wybitny piłkarz, a przy tym indywidualność – chodził własnymi ścieżkami. Ze zremisowanego meczu z Brazylią wracaliśmy w świetnych humorach, dostaliśmy po 25 dolarów premii. W szczerych polach, między stadionem a hotelem, zepsuł nam się autobus. Kierowca zmienia oponę, wszyscy wyszli, Staszek urwał duże liście egzotyczne, przyprawił sobie po bokach głowy i biegał wokół autobusu, wymachując rękami. Podbiegł i woła: „Panie komendancie, panie prezesie, to jest prototyp nowoczesnego milicjanta”. Wszyscy pokładają się ze śmiechu, a tamten tylko „hehe, hehe”, po dwudziestu sekundach przestał i mówi: „Wy, Terlecki, pierwszą rundę wygraliście. Ale ja wygram drugą”. No i Staszka skończyli, musiał uciekać z Polski.

Kunta Kinte na śniegu

Wpatrzony w kolegę z drużyny, Adama Nawałkę, ten sam ubiór, uczesanie. I śmiertelnie poważne podejście do piłki nożnej. – Kiedyś postanowiliśmy: „Dajemy sobie czadu. To będzie nasz sezon, ale trzeba zacząć zdrowo się odżywiać” – opowiada „Afera”. – Przed obozem kupiliśmy na Kleparzu worek marchewki, wziąłem z domu sokowirówkę. Rano, przed treningiem, obierało się marchewkę i dalej! Wyobraża pan sobie – litr soku z marchwi dziennie? Dobrze, że wątroba to wytrzymała. Wróciliśmy z obozu, gramy sparing na kortowym boisku, sędziuje Suchanek. Przebiega obok i tak dziwnie patrzy na mnie. I coraz bliżej przebiega i coraz dziwniej patrzy. Śnieg, a ja na tym śniegu ciemny jak Kunta Kinte. Tyle się karotenu odłożyło. Przerwał, woła lekarza: „Skrobowski ma żółtaczkę, wieźcie go do szpitala!”.

Grali cudownie i bawili się z fantazją. – Generalnie jednak byłem taka „bojąca dupa” – zastrzega. – Nie chodziłem na imprezy, do 30. roku życia nie wiedziałem, co to upić się. O 22. w łóżku, gazetka, pełna kultura. Zawsze trenerzy mnie wybierali kapitanem, żebym dawał dobry przykład profesjonalizmu. Kiedyś na zimowym obozie w Nowym Sączu wyszedł nam świetny sparing z Jugolami. Wszyscy zadowoleni. Chłopaki mówią wieczorem: „Skrobek, my ruszamy do Krynicy, ty musisz udawać, że tu wszyscy śpią?. Traf chciał, że Lucek Franczak wyczaił. Przychodzi do pokoju, ja chrapię, udaję jak mogę. Wydarł się: „Gdzie oni są!?”, „Wyszli siusiu” – odpowiadam. „Co ty, będziesz mnie oszukiwał!? Nie kryj ich!”. „Trenerze, bo ja śpiący jestem”. „Ja ci dam spać, gdzie oni pojechali? Powiedz!”. „Nie wiem, ja spałem oni wyszli”. Lucek czekał na nich i zasnął. Chrapie jak cholera, ja nie mogę spać. Wstaję, a Lucek się budzi: „Gdzie!? Nie będziesz ich ostrzegał, ja tu ich muszę wszystkich złapać!”. Zasnął znowu. Najpiękniejsza heca była, gdy tamci wrócili rano i poszli do jadalni, a Lucek zaspał na śniadanie.

Kelnerki z Playboya

Na mistrzostwach Europy juniorów, gdzie Polska zdobyła srebrny medal, „Skrobek” dostał nagrodę dziennikarzy dla najlepszego obrońcy turnieju. – Ciszewski wziął mnie prosto z samolotu do programu „Echa stadionów” – wspomina. Wtedy też, w 1980, został wybrany w kraju odkryciem roku.
W 1979 r. na Turnieju Wielkanocnym w Monaco, kapitan Skrobowski odbierał puchar za drugie miejsce od prześlicznej księżnej, byłej aktorki, Grace Kelly. Niedługo później czwarta pozycja w juniorskich mistrzostwach świata zaowocowała zaproszeniem od prezydenta Filipin, osławionego Ferdinanda Marcosa, na pokazowy mecz z ZSRR. – Manila, co ja tam widziałem! – uśmiecha się. – Rozkosz, proszę pana, raj. Raj! Prezydent pana zaprasza, wszystko co najlepsze dla pana. Manila była zlotem najbogatszych ludzi Ameryki – kluby rozrywki, kluby rozpusty. Kelnerki, które wcześniej uczestniczyły w sesjach „Playboya”. Byliśmy na bankiecie w pałacu prezydenckim, potem córka Marcosa wzięła nas do najpopularniejszej dyskoteki w stolicy, pierwszy się z nią bawiłem.

Na meczu oświetlenie było jakby z lamp ulicznych. Kiedy bramkarz wykopnął piłkę, to ginęła w mroku i wszyscy nasłuchiwali gdzie spadnie. Nienawidziliśmy się z Ruskimi, kopaliśmy się z nimi przez cały mecz, a na koniec pobiliśmy się. Filipińczycy zgasili światło, chyba bali się, że wojna wybuchnie.

B12 w tyłek

W listopadzie 1981 r., w ostatnim meczu sezonu – pucharowym, ze Stalą Rzeszów – przypadkowo doznał złamania kości strzałkowej nogi. – Tak mnie puścili do domu – opowiada. – Na drugi dzień, wyjąc z bólu, tłukłem do sąsiada, żeby wezwał pomoc, bo nie miałem telefonu. Wsadzili mi nogę do gipsu, po tygodniu kazali wyciągnąć. Pojechałem z reprezentacją do Haduszoboszlo na ciepłe wody. Od tego miała mi się noga zrosnąć?!
Zaczęło się jednak już w wieku juniora, kiedy rozgrywałem po dwadzieścia meczów w miesiącu – uważa. – Przecież to jest nienormalne! Do tego przygotowania. Pojechałem na obóz do Limanowej; ubrali mi pięciokilowe obciążniki, w śniegu po pas. Płotki, piłki lekarskie. Zwymiotowałem sześć razy, już nie było czym. W tym czasie na zachodzie grało się na trawie.

Wiosną 1982 roku był podstawowym zawodnikiem reprezentacji Antoniego Piechniczka przygotowującej się do mistrzostw świata w Hiszpanii. Grywał jako forstoper bądź defensywny pomocnik. Waldemar Matysik, który później zrobił furorę na tej pozycji, był tylko jego dublerem. W sparingu z czołowym niemieckim klubem, VfB Stuttgart, Skrobowski zdobył dwie bramki, nie dał pograć piłkarzowi roku 1980 w Niemczech, Hansi Muellerowi.
Potem w meczu „Żonaci” – „Kawalerowie” został kopnięty w złamaną wcześniej nogę. Plotkowano, że zataił kontuzję, aby móc pojechać na mistrzostwa.
– Wydawało się, że to tylko stłuczenie, dopiero prześwietlenie w hiszpańskim szpitalu wykazało złamanie – tłumaczy „Afera”. – W sumie tę nogę miałem złamaną cztery razy. Taka mieliśmy „opiekę” medyczną, do tego zerowe wspomaganie. Dzisiaj ogląda pan Beckhama i myśli pan, że on jest inny? A gościu zasuwa jak nakręcony. Czy ten Carlos, który wali lewą raz za razem, na kotletach jedzie? Jest glukoza, witaminy, dozwolona chemia, przetaczanie krwi. A naszą formą podbudowania organizmu była tylko witamina B12 w tyłek. Oleisty zastrzyk, tak bolesny, że pan nie pamiętał o grze. I kokaboksylaza, albo scorbolamid. To wszystko.

Trzy tygodnie w agonii

Po paśmie urazów nie wrócił już do światowego poziomu, stracił miejsce w reprezentacji. Z Wisły przeniósł się do Lecha Poznań, zabierając ze sobą pecha. – Jestem na obozie i dostaję ogromny, niewiarygodny ból – wspomina. – Jadę na pogotowie, a lekarz – pierwszy sekretarz POP PZPR szpitala w Cieszynie – mówi: „Panie Skrobowski, ja pana wyleczę, pan ma po prostu zatrucie. Dieta, lewatywy i wszystko będzie dobrze”.
– Trzy dni w szpitalu, gdzie już prawie umieram, nie wiem co się dzieje dookoła, i on mnie wypuszcza. Znowu tracę przytomność; z rozlanym brzuchem, z zapaleniem otrzewnej i wyrostka robaczkowego, byłem prawie na tamtym świecie, trzy tygodnie w agonii. Rodzina szykowała się już, żeby mnie pochować.
Wyszedłem ze szpitala, stan zapalny się odnowił, następna operacja. Jestem tak pocięty, że jak się rozbieram na plaży, to ludzie myślą, że harakiri próbowałem popełnić.

17-letnia sprzątaczka

Z Lechem zdobył Puchar Polski, po finałowym meczu z Widzewem, o którym mówiło się, że został kupiony. – To jest świetne u nas; jak pan wygrywa, to pan kupił, a jak pan przegrywa, to pan sprzedał – ironizuje „Afera”. – Jeszcze w Wiśle graliśmy na wyjeździe ze Śląskiem Wrocław, który miał zdobyć mistrzostwo. Orkiestra, generałowie, wszyscy czekają. Strzeliłem gola, wygraliśmy i dostaliśmy premie od Widzewa, który został mistrzem. Ale czy ja sprzedałem mecz, bo walczyłem, żeby wygrać?!

Na dwa lata trafił jeszcze do Olimpii Poznań, z którą zajął 4. miejsce w lidze, a potem został wytransferowany do szwedzkiego Hammarby za sto tysięcy dolarów. – W Hammarby był taki profesjonalizm amatorski. Płacili wszystkim – mnie najwięcej, bo byłem jedynym zawodowcem – ale traktowali piłkę bardzo zdrowo: jeden był malarzem, drugi hydraulikiem, trzeci kimś jeszcze innym. To była dokładna odwrotność Polski, gdzie mieliśmy niby-amatorstwo, ale wszyscy na lewych etatach. W wieku 17 lat zostałem zatrudniony jako sprzątaczka w zakładach Szadkowskiego na Grzegórzeckiej, żeby mi wysługa lat szła. Przedstawiłem się w kadrach i już się tam nie pojawiałem, wysyłali mi pensję do klubu.

Przeleciał nas sędzia

Przyjechał do Krakowa z pewnym kapitałem i recepturą otrzymaną od poznanego w Sztokholmie „Króla pizzy”, Tomasza Oziemkowskiego. Sieć restauracji „Grace” (nazwanych tak od licealnej ksywy żony, Grażyny) okazała się strzałem w dziesiątkę – krakowianie i turyści czasem nawet po kilkadziesiąt minut czekali na miejsca przy stoliku.
Do tego inwestycje w rakietę rozbuchanego, młodego polskiego kapitalizmu – giełdę, własne biuro maklerskie.

W 1994 roku, po spadku piłkarzy Wisły do II ligi, brakowało pieniędzy nawet na sprzęt sportowy i wyjazdy na mecze. Został prezesem Autonomicznej Sekcji Piłkarskiej, wziął na utrzymanie kilkunastu zawodników, znalazł sponsorów. Później zarzucano mu, że za każdego pobierał prowizje. – Powiedziałem to od razu: „Muszę założyć firmę, której pracownicy będą szukać pieniędzy”. To im płacono – tłumaczy. – Znaleźli środki, o jakich nikt wcześniej nie marzył; za prawa telewizyjne od UFY wzięliśmy więcej w II lidze, niż wiele klubów ekstraklasy.
Zatrudniał na ogół trenerów, u których sam grał. – Wojtek Łazarek mnie zawiódł – mówi. – Olisadebe był nasz. Nikt go nie chciał, przyjechał Szuster – jego menedżer – i mówi: „Macie”. Wystarczyło 25 tysięcy dolarów pierwszej raty, druga po pół roku. A Łazarek powiedział, że on takich Murzynów, którzy z drzewa pospadali, to może nawieźć pół wagonu. I Olisadebe poszedł do Polonii Warszawa.

Już pierwszy sezon o mało nie zakończył się awansem („Przeleciał nas sędzia we Wrocławiu” – twierdzi), udało się w następnym. Rok później zaczął rozmowy z właścicielem Tele-Foniki, Bogusławem Cupiałem. Po przejęciu Wisły przez myślenicką firmę, przez trzy miesiące był prezesem, ale potem zrezygnował, sprzedając złote akcje.
Z dawnego wiślackiego nadania zasiada za to w zarządzie Polskiego Związku Piłki Nożnej. Choć z tą instytucją wiąże się fatalna przygoda z nowiutką Toyotą Land Cruiser. – Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, że nie ubezpieczyłem tego auta od razu po kupnie – opowiada. – Pojechałem na zjazd PZPN, który odbywał się w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego w Warszawie. Jaruzelski ogłaszał stamtąd stan wojenny – pan sobie zdaje sprawę, co to za jednostka? Żeby tam wjechać, potrzebne były trzy przepustki. Po 10 minutach uzmysłowiłem sobie, że zapomniałem dokumentów. Wychodzę – nie ma samochodu.
Polskie radio nadało komunikat, zrobił się szum. Zgłosili się złodzieje, pojechałem z okupem – pieniądze wzięli, samochodu nie dostałem. Po trzech miesiącach się znalazł, wyjeżdżał z przebitymi numerami. Stoi na granicy na parkingu i od siedmiu lat nie mogę go odzyskać. Wziąłem właściciela salonu, wszyscy stwierdzili, że to jest ten samochód. Prokuratura twierdzi jednak, że nie ma takiego punktu w przepisach, na podstawie którego można go wydać. Bo ten, który kupił – kupił w dobrej wierze. Nieważne, że facet siedzi cztery lata w więzieniu za złodziejstwo.

Czy mnie jeszcze pamiętasz?

Giełda, która dała mu fortunę, w 2000 roku okazała się wilczym dołem. Nie poddał się, rozkręcił kilka innych biznesów. Handluje urządzeniem dostępowym do internetu, do którego nie trzeba komputera. Mieszka w popularnej dzielnicy Krakowa, w sąsiedztwie – Anna Dymna, członkowie grupy „Pod Budą”, aktorzy, artyści filharmonii i opery.
Dwudziestoletni syn Bartek przed rokiem przestał grać w piłkę w Wiśle („Za grzechy ojca-prezesa, z powodu rozgrywek personalnych paru osób” – uważa Piotr), zaczyna za to treningi w klubie siedmioletni Błażej. Jego bliźniaczka Julia chodzi na zajęcia z gimnastyki. Ich tata mecze ogląda w telewizji.

– Jestem ciągle zakochany w piłce, ale unikam rozgłosu. Szczyt popularności już przeżyłem, w wieku dwudziestu, dwudziestuparu lat. Dzisiaj to mnie nie podnieca, wolę czas poświęcić rodzinie – zwierza się.
Jak zawsze jest uśmiechnięty, dowcipny, sypie anegdotkami. – Dzisiaj dla młodych te historie brzmią jak dla mnie opowieści Messu Gracza: „My to na mecz jechaliśmy dorożką, wszyscy na cyku. I zrzucali mnie na boisko, a ja sześć bramek strzeliłem” – opowiada. – Kiedy synowi wspominam moją karierę, on odpowiada: „OK. A żyje jeszcze ktoś, kto to pamięta?”.
PAWEŁ FLESZAR

SKROBOWSKI W DATACH I LICZBACH
Urodzony: 16 października 1961 r. w Krakowie. Wzrost: 181 cm, waga: 72 kg. Kariera klubowa: Clepardia Kraków (1975-77), Wisła Kraków (1977-85), Lech Poznań (1985-88), Olimpia Poznań (1988-90), Hammarby IF (1990-92). Kariera reprezentacyjna – seniorów: 15 meczów, 0 goli (bez sparingów); juniorów: 65 meczów, 5 goli. Sukcesy – seniorskie: 3. miejsce MŚ 1982, 1. miejsce PP 1988, 2. miejsce MP 1981; juniorskie: 2. miejsce ME 1980, 4. miejsce MŚ 1979.

Komentowanie zablokowane.