Ameba spotyka Kotwicę

Sytuacja przystępujących do decydującej fazy rozgrywek II-ligowych koszykarzy z Krakowa, Kołobrzegu, Leszna i Gdyni kojarzy się z pokerowym porzekadłem: „Jeśli siadając do stołu nie potrafisz znaleźć frajera, to znaczy, że sam nim jesteś”.

Tyle że w pokerowym rozdaniu pulę zgarnia tylko jeden, a tutaj będzie tylko jeden przegrany. Aż trzy zespoły z wymienionej czwórki uzyskają awans na zaplecze ekstraklasy, a jeden obejdzie się smakiem. W sobotę rozpoczynają się półfinały w parach: Kotwica 50 Kołobrzeg – AGH Kraków, Jamalex Polonia 1912 Leszno – Asseco II Gdynia. Walka toczy się do dwóch wygranych, pierwsze i ewentualne trzecie spotkanie odbędzie się u drużyn wymienionych na pierwszym miejscu. Zwycięzcy zdobędą awans i zagrają finałowy, towarzysko-prestiżowy dwumecz. Przegrani będą rywalizować – do dwóch zwycięstw – o trzecie miejsce, które również daje pierwszoligową promocję.
– Na tym poziomie nie da się nikogo nazwać „frajerem”, czyli stwierdzić, że odstaje od reszty, ma małe szanse – trener Kotwicy 50, Paweł Blechacz nie widzi zbyt wielu podobieństw z pokerowym hasłem. – Leszno i my od początku mówiliśmy, że interesuje nas I liga. AGH ma takie aspiracje już kolejny raz, przecież rok temu byli bardzo blisko. Asseco II to wprawdzie drużyna młodzieżowa, ale składająca się z wyselekcjonowanych zawodników, z dobrym trenerem. Uczestniczą w wielu rozgrywkach, dzięki czemu bardzo pewnie się czują.
– A nie sądzi pan, że mimo to w parach półfinałowych zarysowuje się podział: faworyt – pretendent? Za faworytów są uważane drużyny, które osiągnęły lepszy bilans w sezonie zasadniczym i mają przewagę własnego parkietu.
– Dopóki półfinały się nie rozpoczęły, to nic takiego nie można powiedzieć. Zawsze trzeba mieć szacunek dla przeciwnika. Jedyne co troszeczkę nas faworyzuje, to własna hala.

Kiedy Grzegorz Arabas w kwietniu 2002 roku, w barwach Pogoni Ruda Śląska rzucał Unii Tarnów 48 punktów, ustanawiając rekord życiowy w ekstraklasie, Bartosz Wróbel dopiero wybierał się do podstawówki. Do spraw szkoły elementarnej ograniczały się także horyzonty wielu jego obecnych kolegów z AGH, za to Paweł Kowalczuk pobierał nauki w ojczyźnie basketu, w college’u St. Francis. W sobotę staną naprzeciwko siebie w kołobrzeskiej hali, a 7 maja dojdzie do rewanżu przy Piastowskiej w Krakowie (ewentualna trzecia konfrontacja – 11 maja, znowu w Kołobrzegu). Obok Arabasa i Kowalczuka będzie jeszcze paru znanych zawodników, choćby Bośniak z polskim paszportem, Marko Djurić.
– Na kogo trzeba zwrócić szczególną uwagę? Na pierwszych dziesięciu ze składu – mówi z krzywym uśmiechem szkoleniowiec akademików, Wojciech Bychawski. – Nie będę wymieniał, bo mi się słabo robi. To goście, których dawniej oglądałem w telewizji. Ale ma to i dobrą stronę – nie trzeba się specjalnie ukierunkowywać taktyką.
Razem z Andrzejem Urbanem dopiero zaczęli rozpracowywanie przeciwnika. Wcześniej nie było wiadomo, czy sami wejdą do półfinału i na kogo się nastawiać (Kotwica również dopiero w środę uporała się z Górnikiem Wałbrzych). – Wie pan, że jestem przesądny, nic nie robiłem póki nie przeszliśmy UMCS – zastrzega Bychawski. – Może Andrzej oszukiwał i coś tam podejrzał, ale nie sądzę. Od ostatniej nocy to nadrabiamy i „skautujemy”.
– Ja właśnie siedzę i się tym zajmuję, tak jak i oni pewnie – śmiał się opiekun Kotwicy, gdy zadzwoniliśmy do niego w czwartek po południu. – W środę skończyliśmy mecz z Wałbrzychem wcześniej i śledziliśmy w internecie, co dzieje się w Krakowie. Czy miałem jakieś preferencje? Nie. Zdawałem sobie sprawę, że każda z tych drużyn będzie trudnym przeciwnikiem.

W minionym sezonie Blechacz dwukrotnie zmierzył się z AGH, ulegając różnicą 35 i 32 punktów. Tyle że prowadził młodziutki zespół rezerw Trefla Sopot, który miał nabierać doświadczenia w konkurencji seniorskiej. I przyniosło to efekty w postaci mistrzostwa Polski juniorów U-20. Poza praca z młodzieżą ma za sobą ciekawe asystentury (choćby w Zastalu Zielona Góra), ale i pracę w roli pierwszego trenera Kotwicy w Tauron Basket Lidze. Tamtego klubu jednak już nie ma, za to po kilku latach pobytu poza Kołobrzegiem wrócił do tego, który współzakładał.
– Został nazwany wtedy Kotwica 50, bo powołaliśmy go na pięćdziesięciolecie powstania tamtej Kotwicy – opowiada. – Szkoliliśmy młodzież, nasi wychowankowie występują w różnych ligach. W Kołobrzegu jest wielu kibiców koszykówki i walczymy o pierwszą ligę właśnie dla nich.
Co ciekawe, w minionym sezonie Kotwica 50 w podobnym składzie nie zakwalifikowała się do rundy finałowej II ligi, plasując się poza czołową piątką swojej grupy. Odmieniło ją dopiero ubiegłoroczne przyjście Blechacza, który jednak o swoich zasługach mówi skromnie: – Wszystko się na to złożyło po trochu. Jesteśmy troszkę silniejsi kadrowo, bo dołączyło kilku nowych zawodników, mamy troszkę inny system grania.

Spotkanie w Kołobrzegu zaplanowano na g. 18 w sobotę, ale „Agiehowcy” wyruszyli tam już w czwartek wieczorem, dobę po zakończeniu przeprawy z domlublin.pl AZS UMCS, którą opisywaliśmy TUTAJ. Będą podróżować całą noc autokarem, po przyjeździe pójdą spać. W piątek o godzinie 20 będą trenować w hali, w której odbędzie się mecz.
– To było najlepsze rozwiązanie, choć męczące – uważa ich szkoleniowiec. – Nie ma co płakać. Rok temu w lepszych okolicznościach udaliśmy się do Kłodzka; dużo odpoczywaliśmy, spokojnie ćwiczyliśmy, patrzyliśmy z tarasu na góry. Brakło właściwie tylko sesji z modelkami z Playboya. A potem dostaliśmy „w pałę”…
Niezależnie od klasy rywala i od przewagi parkietu, jaką on posiada (tu czkawką odbija się krakowianom porażka ze spadkowiczem, MOSiR Cieszyn, bez której mieliby lepszy bilans), Bychawski uważa, że jego podopieczni mają szanse w konfrontacji z Kotwicą 50. – Jeśli jeszcze mocniej „zagryziemy” w defensywie i będziemy trafiać, to możemy wygrać. A przewaga hali? Mieliśmy ją w ćwierćfinale, a potem okazało się, że i tak musimy zwyciężyć w Lublinie, żeby awansować – przekonuje.
Liczy na walkę swoich podopiecznych nie mniej zażartą jak z UMCS. Jeszcze teraz ekscytuje się akcją defensywną Michała Borówki, który dogonił lublinianina biegnąc od połowy, „zaczapował” go przy rzucie za trzy i zainicjował kontrę. – On broni jak ameba, całym sobą – charakteryzuje. – Upadnie, a jeszcze choćby palec wyciąga w kierunku przeciwnika.

Półfinały mają większą niż dotąd wagę, wszak dają wejście do I ligi. Z drugiej strony, inaczej niż w trzech poprzednich rundach, porażka nie jest końcem sezonu i nadziei. – To zmniejszy nieco presję. Ale też musimy zrobić wszystko, żeby załatwić kwestię awansu teraz, nie przedłużać nerwówki. Marzę o fajnym, spokojnym meczu finałowym… – uśmiecha się Paweł Blechacz.
– Uważam, że nie ma co z góry patrzeć na drugą szansę w spotkaniach o trzecie miejsce. Jeśli ktoś teraz będzie szukał takiej „podpórki”, to i później sobie nie poradzi – podsumowuje Wojciech Bychawski.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.