Bagietka posmarowana z obu stron

Dzięki domowemu zwycięstwu, 83:70, z Biofarmem Basket Poznań koszykarze Sokoła Łańcut będą po ósmej kolejce wiceliderem I ligi.

Przed meczem odbyło się pożegnanie Jerzego Koszuty, najwybitniejszego wychowanka łańcuckiego klubu, który zakończył w tym roku karierę (można poczytać o nim TUTAJ). Ledwo „Jerry” zdążył ochłonąć z największych wzruszeń, ułożyć koszulkę w antyramie i poprawić szalik, które otrzymał na pamiątkę, już trwał koncert, jakim postanowili uczcić go koledzy. Na początku partytury widniała solówka Marka Zywerta, zaliczającego w kolejnych akcjach: asystę, „trójkę”, „trójkę” z osobistym za faul, blok. Włączały się kolejne instrumenty, na pięciolinii najwięcej rozpisano rzutów za trzy, których w tej części trafili aż sześć, a „Maro” podzielił się po równo zdobyczami z Maciejem Klimą i Bartłomiejem Karolakiem.
Pierwszą kwartę zamknęli wynikiem 32:15, a kiedy w 14. minucie Artur Włodarczyk przeleciał pod „dziurą” od lewej do prawej i – zawisając tam – półhaczkiem umieścił w niej piłkę, na tablicy świeciło się 41:20. Była to druga dzisiaj (po 39:18) tak wysoka przewaga gospodarzy i… już ostatnia, gdyż nieoczekiwanie skończyła się gra jak z nut i zaczęło mozolne rzępolenie w obliczu strefy. – Rozbiliśmy się o nią – przyznaje Karolak. – Ale jeszcze bardziej zawodziliśmy w obronie, bo przecież oni rzucali z czystych pozycji.
Dobrą zmianę w Biofarmie dał Mikołaj Kurpisz, zdobywając 7 „oczek”, a jego drużyna zbliżyła się na 45:33. Marazm przerwał przechwytem Maciej Parszewski, Kamil Zywert rozprowadził pod obręcz Klimę, a jego brat – Rafała Kulikowskiego. 51:35, lecz Dawid Gruszczyński strzałem zza łuku tuż przed syreną przypomniał, że młodych poznaniaków ani na moment nie można spuścić z oka. 51:38.

Kiedy Bartłomiej podpisywał kontrakt z Sokołem można było zastanawiać się, jak w obfitującej w fizyczną walkę lidze poradzi sobie chudzinka, której sylwetka nie zmieniła się zasadniczo od piątej klasy szkoły podstawowej, gdy koledzy nazwali ją „Bagietką” (dzisiaj obowiązującym przezwiskiem jest „Bagiet”, ewentualnie „Bagieta”). – Sam się nad tym zastanawiałem – uśmiecha się 25-latek, występujący dotąd tylko w niższej klasie. – Wziąłem się ostro za siebie; dzięki właściwemu odżywianiu i siłowni przybrałem już 5 kilogramów mięśni, a chcę złapać jeszcze parę.
Waga nieważna, mięśnie są drugorzędne, bo z Bartkiem, dziedziczącym geny po mamie i dziadku z jej strony (jego tata, były koszykarz, Piotr Karolak i reprezentujący Trefla Gdańsk brat, Jakub to zupełnie inne typy fizyczne) jest jak z bokserem – można byłoby go znokautować, ale trzeba go najpierw trafić. A on przemieszcza się po parkiecie jak wiatr, kiedy zaś składa się do rzutu, nie patrzy, gdzie jest linia trzypunktowa, albo obrońca. Zdarza mu się mierzyć w odległości trzech metrów od niej. W trzeciej odsłonie stanął w pojedynkę do konkursu „trójek” z przyjezdnymi i nie pozwolił im za bardzo zredukować strat. Zrazu, gdy z dystansu celowali Filip Struski, Gruszczyński i Piotr Wieloch (57:47), a potem po serii 10 „oczek” z rzędu Jakuba Fiszera (69:50, 64:50, 64:57, 66:57).
W tej chwili Karolak legitymuje się wyśmienitą jak na debiutanta średnią 14 pkt, na starcie sezonu był jednak trochę jednostronny. Bazował na próbach z dystansu (notuje najlepszą w karierze skuteczność za trzy – 48%) i sprawiał wrażenie, jakby obawiał się penetracji. Symptomatyczna była sytuacja w Kłodzku, gdy podniósł piłkę, przeciwnik „wyrwany z korzeniami” doskoczył mu biodrem do twarzy, a Bartłomiej zamiast skorzystać z zaproszenia do wjazdu pod „deskę”, odwrócił się i puścił podanie dalej po obwodzie. – Na początku byłem zbyt „neutralny” – przytakuje. – W końcu jednak zrozumiałem, że trzeba odważniej poczynać sobie w tej I lidze.
Efekty tamtego wnioskowania widać co tydzień, dzisiaj finezyjnym lay-up’em prawą ręką uwieńczył kontrę po „czapie” Klimy. Miał wówczas 11 z 15 pkt zespołu w trzeciej kwarcie i 21 z 66 w konfrontacji, a po ostatnim gwizdku otrzymał nagrodę dla MVP.

Na czwartą część, przy stanie 68:59, miejscowi wyszli bardzo pobudzeni. Twardą defensywą wymusili między innymi dwa błędy 24 sekund i choć sami też nie powiększali konta, to uniemożliwili to rywalom. Bilans pięciu minut tej odsłony wynosił 3:2, a całość dorobku Sokoła stała się udziałem wykazującego w tym fragmencie najwięcej werwy Kamila Zywerta, inaugurującego akcje zespołu nawet nie dryblingiem, ale już zbiórkami.
Mimo to ciągle istniało realne zagrożenie, zwłaszcza że zacięła się strzelba Karolaka. – Brakowało mi trochę siły, jak chyba większości z nas. Nie wychodziłem mocno z nóg i stąd pudła – wyjaśnia.
Obawy rozwiali jednak bracia Zywertowe i Kulikowski (2+1), modelując rezultat od 74:65 do 83:68.
Łańcucki team nie opuszcza I-ligowej czołówki; teraz z trzeciego miejsca wspiął się na pierwsze, po całej 8. kolejce będzie drugi (żeby nie stracił fotela lidera, Spójnia Stargard musiałaby przegrać w niedzielę w Warszawie różnicą 46 pkt, co jest nierealne). Już w najbliższą środę zmierzy się w Siedlcach z SKK, a w sobotę, 11 listopada, o g. 17.30, podejmie jednego z największych beneficjentów letniego okienka transferowego: GKS Tychy.
PAWEŁ FLESZAR

SOKÓŁ Łańcut – BIOFARM BASKET Poznań 83:70 (32:15, 19:23, 17:21, 15:11)
Sędziowali: Marek Czernek, Robert Rydz i Grzegorz Łata. Widzów: 650.
SOKÓŁ: Karolak 21 (5×3), Klima 19 (2×3, 7 zb., 4 prz.), M. Zywert 16 (3×3, 3 bl., 2 prz.), K. Zywert 11 (6 as., 5 zb., 2 prz.), Kulikowski 10 oraz Włodarczyk 4 (5 as.), Parszewski 2, Warszawski (2 prz.). Trener: Dariusz Kaszowski.
BIOFARM: Fiszer 21 (2×3, 4 zb.), Struski 13 (3×3, 6 zb.), Metelski 10 (4 zb., 2 bl.), Gruszczyński 10 (2×3, 5 zb.), Wieloch 5 (1×3, 8 as.) oraz Kurpisz 7 (1×3, 4 zb.), Samsonowicz 2, Smorawiński 2, Czyż, Tomaszewski. Trener: Przemysław Szurek.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.