Bieg do Sydney

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 17 września 1997 r. Autor: Lech Ufel.*

– Byłem nałogowym palaczem i pijakiem – wspomina Roman Korban. – Nie miałem jeszcze dwudziestu lat, gdy wyszedłem z lasu. Zacząłem się uczyć i nadrabiać stracone wojenne lata. Trafiłem do OMTUR-u, gdzie był niby klub sportowy, lecz w ogóle nie było sportu. Pewnego razu, podczas hulanki i zabawy, szef tego klubu chodził od stolika do stolika i błagał, aby nazajutrz ktoś pobiegł na zawodach. Musiał kogoś zgłosić. „Daję pół litra za jedno okrążenie, a litr za dalsze” – zachęcał.
Nie wiedziałem jeszcze o jakie okrążenie chodzi, ale się wyrwałem. Zgłosiłem się na ochotnika. Jeszcze mi w głowie szumiało po całonocnym balu, ale zapaliłem sobie amerykańskiego „lucky strike’a” i lekko zawiany przebiegłem to jedno okrążenie na stadionie we Wrzeszczu. Uzyskałem na 400 metrów czas 55,3 sekundy. W finale zająłem trzecie miejsce, a wygrał wówczas znany dziś trener kanadyjskich sprinterów Gerard Mach.

W tym roku 70-letni Korban przyjechał do Sopotu z zamiarem pobicia rekordu Polski. Chciał wystartować w lekkoatletycznym memoriale Żylewicza. Niestety, kilka dni przed zawodami trochę się przeziębił, miał gorączkę i zrezygnował ze swoich planów. Rekord kraju na 800 metrów w tej grupie wiekowej wynosi 3:19.0, ale pan Roman szacuje, że potrafi wyśrubować wynik w granicach 3:00.0. W lecie ubiegłego roku też przyjechał specjalnie z Australii i pobił na stadionie w Sopocie rekord Polski na 400 metrów. Siwy, lecz żwawy biegacz pokonał tym razem jedno okrążenie w czasie 1:10.26.
– Pobiegłem pierwsze 200 metrów w 32 sekundy, zdecydowanie za szybko. Byłem tym strasznie przerażony. Za młodu miałem życiówkę 49.2, ale nigdy nie biegałem obecną metodą, czyli 200 m „do deski”, a resztę jak Bozia da. Na ostatniej prostej ze strachu wolałem nie patrzeć na metę. Powiedziałem sobie jednak, że trupem padnę, a rekord pobiję.

Bieganie zajęło mu wielki kawałek życia. Tak się jednak złożyło, że dopiero niedawno postawił stopę na tartanowej bieżni. Za sto dolarów kupił sobie na tę okazję specjalne kolce w Sydney, bo stare, w których śmigał na żużlu, leżą gdzieś w piwnicy u szwagra w Gdyni. Tartan mu jednak nie odpowiada, bo czuje się jakby biegł na trampolinie. Nie ma to jak twarda, żużlowa bieżnia lub zwykły asfalt.
– Mieszkałem na „czerwonym Grabówku” w Gdyni, w dzielnicy o niezbyt dobrej reputacji, byłem zadziornym, ambitnym chłopakiem. W tym czasie bardzo popularne były Biegi Narodowe. Namówiono mnie do takiej gonitwy na ulicy na 800 metrów. Poprzedniego dnia nie piłem zbyt dużo na zabawie, ale przed startem byłem kołowaty. No to wsadzili mnie pod pompę i przez kwadrans polewali lodowatą wodą. Wyszedłem całkiem skostniały z zimna, ale nie dawałem się. Kumple z Gdyni podtrzymywali mnie na duchu. Ruszyłem po starcie tak ostro, że po krótkim czasie byłem już metr przed Nowakiem, wtedy słynnym mistrzem Polski. Ciągłem się z nim ramię w ramię. Ja, Korban z Grabówka, miałbym przegrać?! Poszedłem w trupa. Wygrałem i po biegu drugi raz mnie wzięli pod pompę, żeby ocucić…

Srogi Klemens

W swoim czwartym starcie wywalczył tytuł halowego wicemistrza Polski. Wtedy już przepadł dla sportu. Odstawił kielichy, rzucił papierosy i od tamtej pory jest absolutnym abstynentem. Ćwiczył biegi, harował jak wół. Początkowo szło mu trudno, bo zwiotczałe mięśnie próbowały stawiać opór. Ale, jak mówi, miał twardy, chamski charakter.
– Trafiłem do polskiej kadry średniodystansowców. Moim trenerem został Klemens Biniakowski z Nakła nad Notecią. Uparty chłop, który biegał już przed wojną. Okupację spędził w obozie, skąd wyszedł całkiem połamany. Startował jeszcze trochę po wolnie, płakał a biegał, taki twardziel. No i trafiłem w jego łapy. Zamiast na obóz kadry, PZLA posyłało mnie do Biniakowskiego nad Noteć. Stałem się niemal członkiem jego rodziny, siadałem do stołu razem z jego dziećmi. Nieraz Klemens gdzieś wyjeżdżał i nie mógł mnie przypilnować jak ćwiczę. „Ale pamiętaj, to i to masz zrobić” – ostrzegał.
Wcale nie chciałem słuchać. Leżę sobie w łóżku, ciepło i wygodnie. Błogie lenistwo. Traf chciał – co spojrzę na ścianę, widzę jak Klemens patrzy na mnie srogo. Naprzeciwko wisiał jego portret. Wiercę się, kręcę i nie wytrzymuję – idę na trening.

Saksy w Stanach

W 1952 roku Roman Korban wystartował na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach. W biegu na 800 metrów osiągnął czas 1:54.7. Nigdy nie zdobył olimpijskiego medalu, ale zasłynął niezwykle twardym charakterem. Mówiono na niego „Żyła”. Przeważnie za metą czekali na biegacza dwaj koledzy – Sidło i Żyliński. Zawsze ściągali prawie nieprzytomnego „Żyłę” z bieżni.
Po zakończeniu kariery pracowałem trochę w stoczniowym Bałtyku. Skończyłem studia na warszawskiej AWF i skierowali mnie, razem z Andrzejem Krzesińskim, do budowania warszawskiej Skry. Rozwinęliśmy tam lekkoatletykę. Potem wzięli mnie na szefa reprezentacji Polski juniorów, w której startował między innymi obecny prezydent Warszawy, Marcin Święcicki. Później zostałem szefem wyszkolenia PZLA, a padłem jako przewodniczący Centralnej Rady Trenerów. Wtedy o „Solidarności” nikt jeszcze nie myślał, kiedy zachciało nam się związku zawodowego trenerów. Wyrzucili mnie na zbity pysk i nawet w hotelu Skry zabrakło już dla mnie miejsca. Szwendałem się bez celu, w końcu z Andrzejem Krzesińskim pojechaliśmy na saksy do Anglii, a stamtąd do USA, do Chicago. Robiliśmy co popadło. Kłóciliśmy się obaj niemiłosiernie, ale trzymaliśmy się razem. Jak w nocy tyrałem, to w dzień buszowałem po strychach polonijnych domów. W ten sposób natknąłem się na materiały, dzięki którym napisałem pierwszą książkę o dziejach sportu polonijnego w USA. Ten pomysł podchwycił „Przegląd Sportowy”, który w odcinkach publikował moją pracę na swoich łamach. A tak na marginesie, to do dzisiaj nie dostałem za to ani centa.

Przez przypadek były średniodystansowiec został kronikarzem polonijnego sportu w USA. Wpadał na kilka miesięcy do kraju, znów starał się o wizę i wracał za ocean. Docierał do dawnych, wybitnych sportowców i działaczy, odkurzał stare zapiski i produkował książkę za książką. Przez przypadek znalazł się na obczyźnie, gdy w Polsce ogłoszono stan wojenny.
– Nie było sensu wracać wtedy do kraju, więc wybrałem się do Australii. Nie miałem tam żadnego adresu, nikogo ze znajomych. Zabrałem 120 dolarów do kieszeni i ruszyłem jak wariat. Na lotnisku w Sydney wziąłem książkę telefoniczną, próbowałem skontaktować się z jakimś polonusem. Nic mi nie wychodziło. Po dwóch godzinach miałem łzy w oczach. Gdy minęło pół dnia, byłem już załamany. Co robić. Nagle usłyszałem rozmowę po polsku. Padłem na kolana i uderzyłem w płacz. To był mój pierwszy dzień na emigracji w Australii.

Skierowano go do stolarza, który na emeryturze wziął się za wydawanie gazetki. Stolarz, Polak z pochodzenia, redagował pisemko trochę niezdarnie. Jego grube palce z trudem przebierały między prasowymi wycinkami, więc bardzo się ucieszył z fachowej pomocy.
– Po dwóch tygodniach znalazłem wreszcie stałe zajęcie. Wykonywałem katorżnicza robotę. Pracowałem w fabryce produkującej trutkę na szczury. Harowaliśmy w hali, gdzie było prawie 40 stopni ciepła, w maskach na głowie, w rękawicach.
– Szukałem innego zajęcia dla siebie. Trafiłem do kliniki, do zakładu rehabilitacji. Nosiłem nocniki, liczyłem ręczniki, ale byłem zadowolony, że przebywam w pięknym otoczeniu, wśród drzew i zieleni. Pewnego razu nie przyszła do pracy specjalistka, znana rehabilitantka. Poprowadziłem więc zajęcia ze sparaliżowanymi pacjentami. Dostrzegł to szef i zrobił straszna awanturę, że go oszukałem. Dlaczego nie ujawniłem, że znam się na rehabilitacji? Mój dyplom z Polski nie został zatwierdzony, ale i tak awansowałem i trafiłem do personelu w białych kołnierzykach. Wyrobiłem sobie markę. Od tego czasu prowadziłem już zajęcia w zakresie rehabilitacji. Jaka to piękna, humanitarna praca. Starałem się nieść pomoc ludziom, którzy wątpili już w sens życia. Trafił na przykład do mnie nieszczęśliwy rugbista, Maori z Nowej Zelandii. W czasie meczu uszkodzono mu piąty krąg szyjny. Wylądował na wózku inwalidzkim, był całkowicie sparaliżowany. Potrafił tylko lekko poruszać brodą, co pozwalało mu kierować elektrycznym wózkiem.
– Był tak załamany, że dwukrotnie chciał popełnić samobójstwo. Beznadziejne wydawało się mu życie, w którym jedynym marzeniem było, aby ktoś mu spędził muchę chodzącą po nosie. Po pół roku strasznych ćwiczeń, podczas których prosiłem, wrzeszczałem, błagałem i przeklinałem na przemian, wreszcie uniósł jedną rękę. Ze szczęścia wszyscy się popłakaliśmy.

Australijski prezes

Trener z Polski, absolwent AWF, który pracował w Sydney w charakterze instruktora rehabilitacji, zyskał ogromny rozgłos wśród pacjentów. Cieszył się opinią fachowca. Tryskał pomysłami racjonalizatorskimi. Wprowadzał do ćwiczeń elementy bardzo skuteczne, lecz w Australii jakby zupełnie nieznane. Osiągnął jednak wiek emerytalny i pożegnał się z ta pracą. Od pięciu lat poza stałą pasją biegania co rusz wyszukuje sobie nowe zajęcia. Zarejestrował już historię wszystkich polonijnych klubów sportowych, opisał niezwykłe życie Matta Adamczyka z Chicago – tego, który ufundował pomnik na cześć AK w Otwinowie koło Tarnowa. Wreszcie przystąpił do benedyktyńskiej pracy, jaką jest tłumaczenie historii Australii, ze szczególnym uwzględnieniem losów aborygenów. Wgłębia się w dzieje skazańców rzuconych na drugi koniec świata w 1787 roku. Największe emocje przeżywa jednak w związku ze zbliżającą się olimpiadą. Wybrano go bowiem w Sydney na prezesa Polsko-Australijskiej Rady Sportu.

– Wśród 17 milionów mieszkańców Australii, 150 tysięcy ma polskie korzenie. W niedawnym spisie ludności do używania języka polskiego w domu przyznało się tylko 74 tysiące osób. W poprzednich wyborach do Sejmu RP, mimo olbrzymiej agitacji polskich organizacji, zagłosowało w Australii zaledwie 650 osób. Stara Polonia australijska się wykrusza, młoda zajęta jest pracą i spłacaniem kredytów wziętych na budowę domów. Dlatego organizacje polonijne przeżywają w Australii ogromne kłopoty. Poupadały nasze kluby sportowe, które pozostały w zasadzie tylko w Sydney i Melbourne. Mimo to, nie wypadało nam siedzieć z założonymi rękami przed olimpiadą. Przy pomocy polskiego konsulatu założyliśmy organizację, która promuje nasz sport w Australii, która zamierza współpracować z PKOl przy organizacji rekonesansu polskich sportowców przed igrzyskami. Chcemy pomóc, na ile tylko potrafimy, naszym sportowcom w czasie igrzysk w 2000 r.

W tym roku Korban znowu uciułał na bilet lotniczy. Przyleciał do Polski prywatnie, ale podczas pobytu w Warszawie specjalnie wybrał się do PKOl. Do lokalu przy ul. Frascati szedł z ogromną nadzieją. Niósł bogaty pakiet ofert i propozycji dla polskich olimpijczyków. Polonusi z jego organizacji zbierają już w Sydney wszelkie informacje, które będą przydatne rodakom w 2000 roku. Zabiegają o zarezerwowanie atrakcyjnych ofert hotelowych, myślą o rozkręceniu polskiej wioski. Chcą przyjmować zawodników, którzy będą przyjeżdżać do Sydney na przedolimpijski rekonesans, po prostu chcą czuć się potrzebni.
Z lokalu PKOl wyszedł jednak Korban strasznie załamany. Sekretarz generalny PKOl rozmawiał z nim tak, jak dawny aparatczyk partyjny z dokuczliwym petentem. Inni olimpijscy urzędnicy okazali więcej cierpliwości, ale nie ustalono żadnych konkretów.
– Byłem sfrustrowany i załamany. W PKOl zignorowano nie tylko mnie, ale tę całą grupę działających społecznie ludzi, którzy z ogromną pasja przygotowują się do przyjęcia polskich sportowców. Przebywali już u nas w Australii na rekonesansie dwaj żeglarze z Polski – Mariusz Delgas i Adam Jankowski. Myśleliśmy, że będziemy wyglądać o świcie na lotnisku w Sydney (samolot z Polski przylatuje o 5.20 rano) kolejnych zawodników. Ale nasza pomoc jak się okazuje nikomu tu niepotrzebna, więc chyba rzucę to wszystko i wrócę do swojego tłumaczenia historii Australii. Do aborygenów i ich obyczajów.

***

Czasem pan Roman położy się w swoim łóżku w Sydney, zamknie oczy i widzi jak biegnie ulubioną trasą w Gdyni. Wyrusza ze Wzgórza, mija stadion Arki, wpada na plażę i zmierza do Orłowa. Robi kilka tempówek po 100 lub 200 metrów, sprawdza tętno, a kiedy forma dopisuje, gna po piachu, że tylko furczy, aż do samego Sopotu.
Dopiero tu, w Australii, dowiedziałem się, że słynny Ron Clarke już dawniej był zawodowcem. Clarke przyznał się teraz, że za 1 metr biegu otrzymywał 1 dolara. Jestem człowiekiem starej daty, może dlatego jak przyglądam się przygotowaniom do Igrzysk w Sydney mnóstwo spraw mnie oburza. Widzę, że wiele ideałów olimpijskich legło już w gruzach. Nie ma przyjaźni, nie ma równości. Prasa australijska grzmi, że bilety będą tylko dla garstki bogatych szczęśliwców. O medale będą się ubiegać sportowcy, za którymi stoją bogaci sponsorzy. Gdy spojrzeń na sportowy świat, to coraz więcej powodów do frustracji. Na szczęście zawsze mam przy sobie w torbie trampki i dresy. Codziennie ćwiczę, a po biegu czuję się jak nowo narodzony.
LECH UFEL

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.