Bieg przez życie

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 17 maja 1993 r. Autor: Ireneusz Pawlik.*

W butach chodziło się tylko w zimie i do kościoła. Ale i tak zawsze par nóg było więcej niż obuwia. Zakładali je więc na zmianę i nigdy cała rodzina nie mogła wspólnie opuścić chałupy. Od kwietnia do listopada chodziło się na bosaka, nawet po rżysku, które rozkoszą może być tylko dla fakira. Zrogowaciałe stopy miażdżyły zżęte kosą, zaschnięte i ostro zakończone łodygi, które sterczały z ziemi, jak zatemperowany częstokół.

Matka-góralka w wieku 13 lat przybyła spod Tymbarku do Zakrzowa, wsi między Wieliczką a Niepołomicami, na służbę do bogatego gospodarza nazwiskiem Buzała. Jego syn był księdzem, a potem prałatem w Niegowici i u niego w parafii młody kapłan Karol Wojtyła wygłaszał swoje pierwsze kazania do wiernych. Wszystkie drogi prowadzą wszak do Rzymu.
Ojciec nie ma grobu. W 1942 r. zabrali go Niemcy i ślad po nim zaginął. Pracował na kolei, gdzie wykryto sabotaż, a hitlerowcy nie byli drobiazgowi i zamiast szukać sprawców, wybierali odpowiedzialność zbiorową. Edward Stawiarz miał wtedy półtora roku. Matka wyszła za mąż po raz drugi.
– Krów to ja się napasłem, oj, napasłem. Ile ja się za nimi naganiałem… – wspomina. – Dzieci na wsi cały czas są w ruchu, zmuszają je do tego naturalne warunki. Nie ma wind, tramwajów, ani autobusów. Matki nie prowadzą ich za rączki, biegają samopas. Gdy chodziłem do szkoły zawodowej w Krakowie, miałem do stacji kolejowej 2,5 kilometra. Jak zaspałem, musiałem podbiec. Po powrocie do domu trzeba było pomóc na 2,5-hektarowym gospodarstwie. Na rozgrywki zostawała niedziela, nie było telewizji ani dyskotek, od świtu do zmroku graliśmy w piłkę, wcześniej w klipę.

Na prostych zasadach

Miał 15 lat, kiedy Rada Powiatowa LZS zaczęła organizować wiejską ligę piłkarską. Pojechali do Krakowa, Rada Powiatowa mieściła się wtedy tam, gdzie dziś ma siedzibę Teatr STU, i zgłosili się do rozgrywek. Edward Stawiarz był ojcem chrzestnym nazwy klubu, który teraz gra w B-klasie. LZS Iskra Zakrzów.
Chodził do zawodówki przy ul. Skrzyneckiego. Urządzono w niej eliminacje do reprezentacji szkoły na Biegi Narodowe. W sprawnych i powyciąganych granatowych spodenkach wygrał bieg na 1000 m i udowodnił, że nie szata czyni biegacza. Nosił wtedy przeszyte i przefarbowane przez matkę mundury ojczyma, który był pracownikiem fizycznym na kolei.
W 1958 r. parę dni spędził z uchem przy odbiorniku radiowym: słuchał natchnionych opowieści Bohdana Tomaszewskiego o zwycięstwach Zdzisława Krzyszkowiaka. Tam ME w Sztokholmie, a on na powiatowych mistrzostwach LZS w Zabierzowie. Dwóch zawodników, Łanoszka i Bułat, chciało pobić rekord województwa na 10 km. Regulamin wymagał, żeby w takim biegu brało udział minimum trzy osoby, więc zaczęto namawiać Stawiarza: „tylko wystartuj, potem zejdziesz”. Wystartował, nie wycofał się, zdublował Łanoszkę i Bułata, a rekord pobił on – nie oni.

Biegał i pracował. Za pierwszą w jego życiu robotę płacono 1 złoty 25 groszy za godzinę kopania. Gdy budowano Nową Hutę, to piach na nasypy brano spod rodzinnej wsi Stawiarza – Zakrzowa. Odkryto wtedy prasłowiańską osadę i chłopców ze wsi najęto do wykopalisk.
Po zawodówce dostał pracę w powiatowej radzie LZS. Jeździł po wsiach i organizował zabawy, festyny, dożynki i oczywiście zawody sportowe, w których również sam startował. Wszystko było naturalne, uczciwe i na prostych zasadach. Ludzie garnęli się z entuzjazmu.

Desant

Miał 19 lat i przyszła na niego pora: pobór. Marzył o desancie, a niełatwo było się do tej formacji dostać, mimo że jeszcze wtedy było to wojsko, a nie ochronka jak dzisiaj. Była to prawdziwa szkoła życia dla twardych mężczyzn. Na obóz zimowy do Istebnej, gdzie spali pod namiotami, drałowali na własnych nogach, po drodze forsując rzeki. Trasę z Krakowa do Doliny Chochołowskiej, na obóz wspinaczkowy, też pokonywało się na butach. Skoki spadochronowe oddawali w najrozmaitszych warunkach: na teren przygodny, w nocy, do wody? Stawiarz ma na koncie 11 skoków.
W jednostce szturmowej nie służył pełnych dwóch lat. Po biegu patrolowym Szlakiem Zdobywców Wału Pomorskiego, z Sypniewa do Jastrowa, zakwalifikował się do reprezentacji 6. Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej i skierowano go do Stanisława Ożoga, który wtedy był trenerem w Wawelu Kraków. W drużynie oprócz niego byli: reprezentant Polski juniorów, późniejszy mistrz kraju w maratonie, Marian Jurczyński, Jan Pucher i Leszek Pierzynka, kuzyn maratończyka z lat 80. – Zbigniewa. Wspólnie zwyciężyli w mistrzostwach wojska.
Od tej pory zawsze po godz. 15 zwalniano go na treningi. Przez 15 lat był zawodnikiem Wawelu i tylko parę razy miał okazję założyć mundur. Po Olimpiadzie w Meksyku Andrzej Badeński przybył na spotkanie z ministrem obrony narodowej, gen. Wojciechem Jaruzelskim, ubrany w mundur, ale pod spodem miał bluzę od dresu. Od tej pory Jaruzelski kazał przychodzić sportowcom po cywilnemu. W barwach Wawelu Stawiarz brał udział w zawodach II-ligowych, pierwszy raz na stadionie żużlowym MKS Kraków, gdzie na 5 km uzyskał czas 15,04. W Polonii Warszawa biegała już wtedy Irena Kirszenstein.

Etat w kadrze

W lipcu 1960 r. otrzymał swoje pierwsze powołanie na obóz kadry Jana Mulaka i od tego czasu był stałym członkiem reprezentacji. Kiedyś 200-osobowa kadra stawiła się na zgrupowanie do Wałcza, a na miejscu okazało się, że akurat w nocy ośrodek spłonął. Nikt nawet nie pomyślał o odwołaniu obozu, kwatery wynajęto u chłopów, pozostali uczestnicy spali w stogach siana.
Edward Stawiarz zadebiutował w reprezentacji w meczu z Grecją. Wygrał, a upał był tak straszliwy, że drugiego Polaka, Zbigniewa Motłocha karetka odwiozła do szpitala: padł od udaru słonecznego.
Stanisław Ożóg powiedział mu, żeby znalazł sobie innego trenera, bo ludzie podejrzewają, że trenuje go tak, żeby uczeń nie prześcignął mistrza. Stawiarz udał się do Tadeusza Kępki, ale ten wkrótce wyjechał do Meksyku. Potem trafił do swojego młodzieńczego idola, Zdzisława Krzyszkowiaka, lecz mistrz olimpijski z Rzymu niebawem przestał być trenerem kadry. Nie chciał zmieniać trenerów w każdym sezonie i od tej pory postanowił trenować sam. Czasem tylko zwracał się o radę do Andrzeja Biernata lub Janusza Jackowskiego.

Dzisiaj ocenia, że nie postąpił wtedy właściwie. Był bowiem zawodnikiem ambitnym i twardym, nic nie było w stanie zawrócić go z treningu. Forsował siły, stawy i mięśnie, a nieraz korzystniej było wyluzować i odzyskać świeżość.
Ale i tak sześciokrotnie zdobywał tytuły mistrza Polski w biegach długich i w maratonie, był etatowym reprezentantem kraju w takich prestiżowych meczach, jak z Anglią i NRF. W 1965 r., na stadionie White city w Londynie, ograł renomowanych Anglików i ustanowił rekord życiowy na 10 km – 29.03, o minutę lepszy od poprzedniego. Przebił się wtedy na czołówki gazet.
Z imprez mistrzowskich jedynie ME w Budapeszcie’66 może zaliczyć do udanych. Na 5 km był 11. z czasem 13.50, który był jego rekordem życiowym. Aby wejść do finału, musiał pokonać rekordzistę świata na 3000 m, Niemca z NRD, Siegfrieda Hermanna.
Do olimpiad nie miał szczęścia. Meksyk, wiadomo – Europa w biegach, zwłaszcza długich, nie odegrała żadnej roli. Przed Monachium trenerzy kadry mieli swoich pupilów i Stawiarz, żeby zakwalifikować się na igrzyska, musiał w ciągu 3 miesięcy wystartować w zabójczej dawce trzech maratonów. Za każdym razem pokonywał faworytów trenerów, ale na olimpiadzie zdychał, choć wcześniejsze wyniki wskazywały, że spokojnie zmieści się w „10”. był to jedyny bieg w jego życiu, którego się bał, na treningach już po 20 km miał dość. Gdyby nie był to maraton olimpijski, to dawno by opuścił trasę. Wcześniej wycofywał się tylko trzykrotnie, za każdym razem z powodu kontuzji.

Najcenniejszą nagrodą jaką zdobył w całej karierze był rożen. Za 4. miejsce w maratonie w Enschede dostał maszynkę do golenia o wartości 80 dolarów, zwycięstwo w maratonie o mistrzostwo Polski – książkę „Historia kultury fizycznej w PRL”, którą wręczył mu pisarz polarny Czesław Centkiewicz. Nikt wtedy nie dawał pieniędzy. Kiedy Ron Clarke bił na Bislett Games rekord świata w biegu na 10 km i poprawił go o 30 sekund, gdy 40 tysięcy ludzi na stojąco klaskało w rytm jego kroków, Australijczyk otrzymał w nagrodę… marynarkę z samodziału.
W 1975 r. Stawiarz wziął udział w Biegu Sylwestrowym w Stargardzie Szczecińskim, choć nie był w pełni sił po grypie. Na trasie miał atak kolki nerkowej. Po biegu zaczęła mu drętwieć ręka. Zrobiono EKG i lekarz stwierdził stan przedzawałowy. Znalazł się w szpitalu, gdzie wykryto u niego arytmię serca. Tak wyglądał koniec jego kariery.

Wyławianie talentów

Jeszcze w 1967 r. zaczął parać się trenerką. Przez wiele lat przygotowywał reprezentację Warszawskiego Okręgu Wojskowego na mistrzostwa wojska. W jednostkach wynajdywał wytrzymałych rekrutów, którzy potem stawali się sportowcami. W 1973 r. znalazł Zbigniewa Sawickiego, który potem przyprowadził brata Wiktora. Stawiarz przez 10 lat był jego trenerem.
Kiedyś trafił do niego Władysław Kazimierowski, który wsławił się później tym, że po decyzji o wycofaniu Polski z igrzysk w Los Angeles w 1984 r. wysłał do PKOl list, w którym zaproponował, że wystartuje w koszulce z napisem „Solidarność” na stadionie, gdzie w 1932 r. zwyciężał Janusz Kusociński. Kazimierowski wyjechał potem z Hutnikiem na zawody do Holandii i już do Polski nie wrócił. Obecnie jest masażysta Martiny Navratilovej i innych czołowych tenisistów świata.
Serce trenera się krajało, gdy po dwóch latach służby odchodzili od niego zawodnicy. Niektórzy potem robili postępy, jak np. późniejszy zwycięzca Maratonu Pokoju – Waldemar Lenda. Inni wybierali zakłady kuśnierskie lub specjalistyczne gospodarstwa rolne ojców, jak biegacz o warunkach Juantoreny, który na mistrzostwach kraju potrafił wygrać z rekordzistą Polski – Gęsickim.

Przez dwie kadencje był wiceprezesem KOZLA, organizował imprezy szkolne, podczas których nie tylko Wawel, ale i inne kluby mogły wyławiać talenty. Taką drogą trafili do sportu zawodnicy, którzy są obecnie nadzieją polskich biegów długich, Jacek Kasprzyk i Marek Sukiennik.
Przewinęło się setki młodych ludzi, niektórych z nich sport uratował przed wykolejeniem. Nieraz trzeba było wstawiać się za hultajami, którzy okradali altanki na działkach, a potem odnosili sukcesy na bieżni. żaden z wychowanków Stawiarza nie pali papierosów.
Żona trenera dawno już się pogodziła z trybem życia męża. Nawet dzieci przeciągnął przez sport. Dariusz z biegania zrezygnował w klasie maturalnej, skończył AGH i obecnie uczy w szkole matematyki. Jarosław teraz biega, ale zaczynał od chodu, był nawet w kadrze juniorów. Trener chodem zajął się z musu. Po prostu z poboru trafiali do Wawelu tacy chodziarze jak Jan Kłos czy Zbigniew Sadlej i nie miał się kto nimi zająć. Sadleja w ciągu dwóch lat doprowadził do klasy mistrzowskiej międzynarodowej.

Parę lat temu spadła na jego barki troska o całą krakowską lekkoatletykę. Został prezesem KOZLA i mimo licznych interwencji, pisemnych i osobistych w urzędach, bezradnie obserwuje utratę kolejnych stadionów lekkoatletycznych, kasację następnych sekcji, ubywanie zawodników.
Przed drugą edycją Maratonu na Raty wokół Błoń w poszukiwaniu sponsorów odwiedził 36 firm i w zaledwie trzech spotkał się ze zrozumieniem. Edward Stawiarz wciąż nie ustaje w interwencjach, bo nie chce zasłużyć na miano ostatniego w historii prezesa KOZLA.
IRENEUSZ PAWLIK

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, poruszające tematyką, niekiedy wręcz paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.