Bliżej do normalności

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 12 lipca 1994 r. Autor: Anna Idzikowska.*

Ruszcza. Tu już właściwie kończy się Kraków. Dookoła pola i łąki, wśród nich jeden potężny gmach. W tym miejscu czas płynie nieco inaczej, jego rytm wyznacza – i od rzeczywistości oddziela – gruby mur i kraty. Trafiają tu najczęściej skazani za przestępstwa alimentacyjne, sprawcy kradzieży, rozbojów, włamań, także ci, którzy odbywają końcówki kar za ciężkie przestępstwa. Dni, które tu spędzają, są bliźniaczo podobne do siebie. Przy powszechnych trudnościach z pracą zdarza się, że niektórzy przez większą część czasu pozostają na terenie zakładu.

Nieomal równo z pierwszym gwizdkiem w piłkarskich mistrzostwach świata do swoich zawodów wzorowanych na tej właśnie imprezie przystąpili skazani. Zorganizowali się w piłkarskie trójki, przybrali nazwy poszczególnych drużyn występujących w World Cup. Na czwartkowe popołudnie wyznaczyli sobie mecz o trzecie miejsce (Hiszpania – Kolumbia) i wielki finał, w którym zmierzyły się Brazylia z Boliwią. Ich pucharem świata, nagrodą za wygranie całego turnieju, miały stać się 2 miliony złotych. Kupią za to nowe stroje piłkarskie, kawę, papierosy, bo tego najczęściej im brakuje.
Pomysł zainteresowania ich sportem bardzo szybko trafił na podatny grunt. 2,5 roku temu wychowawca Adam Samek uznał, że to jedna z najprostszych i najbardziej bezpośrednich form dotarcia do jego podopiecznych. Naturalna potrzeba ruchu, wyniesione jeszcze ze wczesnej młodości zainteresowanie sportem, wszystko to sprawiło, że odbywający tu kary chętnie uczestniczyli w przedsięwzięciach swojego wychowawcy. I tutaj, i w wielu innych przypadkach sportowej rzeczywistości nieodzowny okazał się zapał i wytrwałość. Boisko, na którym rozgrywano m.in. „mistrzostwa świata”, to nic innego jak niewielki kawałek placu więziennego, ławki imitować mają bramki. Adamowi Samkowi, który chodził po prośbie do różnych klubów, udało się też załatwić siatkę, kilka piłek. Czasami grają piłkami mocno już zdezelowanymi, pocerowanymi. Jest urządzona także świetlica ze stołem do tenisa stołowego, o piłeczki pan Adam musiał postarać się we własnym zakresie. Ba, na terenie zakładu istnieje nawet prawdziwa siłownia. Ostatnio postarano się także o sprzęt do tenisa ziemnego.

– Te ostatnie rozgrywki cieszą się bardzo dużą popularnością – mówi Adam Samek. – Zgłasza się po 30-40 osób. Są wśród nich tacy, którzy już coś w tej grze potrafią, ale i tacy, którzy po raz pierwszy wzięli rakiety do rąk. Na ogół skazani chętnie uczestniczą w zajęciach sportowych i właśnie głównie – jeśli nie jedynie – tym wypełniają sobie wolny czas. Za zwycięstwa w rozgrywkach, czy wygrane mecze są premiowani np. dłuższymi widzeniami z rodzinami. Ale jest i grupa takich, najczęściej starszych, których sport w ogóle nie interesuje.
Rygor tego zakładu pozwala na ożywione życie sportowe. Czy jest on jednak w stanie oderwać przebywających tutaj od zakodowanego chociażby w podświadomości przeświadczenia, że nie są wolni, że losowe zakręty zamknęły ich życie w czterech ścianach? Czy sport w tych twardych warunkach może faktycznie coś tu zmienić poprawić, a może po prostu zabić nudę i powracanie pamięcią do tego, co kiedyś się stało?

Siedzący obok mnie na ławce jeden z wielu obserwatorów piłkarskich rozgrywek żywiołowo reaguje na poczynania kolegów. Sam też kiedyś uprawiał sport. Był bokserem w jednym z tarnowskich klubów ligowych. Przygodę ze sportem zakończył jednak w wieku juniora. Nigdy nie marzył o wielkiej karierze. W Ruszczy odsiaduje wyrok za rozbój.
Dlaczego w pewnym momencie przestałem uprawiać sport? Nie wiem, może nie chciałem stać się workiem treningowym dla innych. Poza tym życie roztoczyło wtedy przede mną wiele pokus. Wódka, panienki, tego typu towarzystwo – to mi się najbardziej podobało. Potem niekiedy natura brała górę. Byłem pewien swojej siły i kiedy sytuacja mnie do tego zmuszała – wykorzystywałem ją. Każdy ze spędzanych tutaj dni uważam za stracony. To dobrze, że chociaż sport je w jakiś sposób wypełnia. Każdy człowiek musi przecież się w jakiś sposób wyżyć, rozładować agresję. Ja w sporcie nie zaznaczyłem swojego miejsca, ale obiecuję, że mój syn, który już uczy się grać w piłkę w klubie, w 2002 roku wystąpi z reprezentacją Polski na mistrzostwach świata.
Tymczasem skończył się mecz o trzecie miejsce. Kolumbia pokonała Hiszpanię 2-1.
– Gdyby takim wynikiem skończyły się prawdziwe mistrzostwa świata, Escobar z pewnością by żył – zagaduję swojego rozmówcę.
– Rozumiem emocje, wściekłość, agresję, ale przecież nigdy nie znajda się argumenty na pozbawienie człowieka życia – odpowiada.

Jeden z zawodników, którzy jeszcze przed chwilą toczyli mecz, przysiadł się na chwilę. Był mocno zmęczony. Na jego zakurzonej twarzy widać było pewną surowość zamknięcie. Podczas gry rzadko wykazywał radość, nie emocjonował się tym specjalnie. Jemu w więziennych murach życie wyznaczyło szczególnie trudne zadanie. Osądzono go za najcięższe przestępstwo, tu w Ruszczy odbywa końcówkę kary. To co się stało można jakoś przemyśleć, przetrawić, ale los tak do końca przecież nigdy nie pozwoli na ustawienie tego w normalnym życiowym szyku.
Kiedyś jeździłem na nartach. Tam, skąd pochodzę, wręcz nie można było tego sportu nie uprawiać. Wiedziałem jednak, że w naszych warunkach nie mam większych szans na zrobienie kariery, później zresztą jakoś tak samorzutnie wszystko się urwało. To co zrobiłem, to był wypadek. Życie za kratkami – zwłaszcza poprzednio, w cięższym rygorze – to koszmar. Bez żadnej odskoczni, bez nadziei. Tam czas po prostu stoi, nie płynie. W Ruszczy, dzięki temu, że uprawiamy sport, mamy się przynajmniej czym zająć, czym pocieszyć. Zawsze bardzo angażuję się w grę, choć nawet pod wpływem tych emocji trudno jest tak do końca zapomnieć. Najważniejsze jednak, że czasem dzięki temu potrafię się uśmiechnąć.

Rozpoczął się wielki finał. Brazylia wyraźnie zdominowała Boliwię, prowadzi dwoma bramkami, choć pod koniec meczu jej przewaga stopniała i omal nie doszło do karnych. Ostatecznie Brazylia pokonała rywala 3-2. Jest w jej drużynie zawodnik, który wyróżnia się na tle pozostałych.
Grzegorz ma dopiero 18 lat. Grę w piłkę zaczynał w Prokocimiu. Potem dostrzegli go działacze jednego z większych krakowskich klubów, był w nim dobrze zapowiadającym się juniorem. Miał gotowe wzorce do naśladowania wśród pierwszoligowych starszych kolegów. W czasie, gdy oni sięgali po laury, on oglądał już tylko cztery ściany więziennej celi.
Wtedy po raz pierwszy w życiu byłem pijany. Razem z kolegami z osiedla włamaliśmy się do samochodu. Muszę odsiedzieć półtora roku. Tak bardzo marzyłem o wielkiej piłkarskiej karierze. Nie wiem, dlaczego wtedy tak odbiła mi palma. Mogłem przecież pojechać z kolegami na turniej do Francji. Nigdy już nie wrócę do więzienia. Chcę skończyć szkołę, wrócić do piłki. Mogę ciężko pracować, byleby dostać się do zespołu. Teraz tylko najbardziej się boję, że ten jeden wyskok mógł mnie kosztować całą karierę, że po tym okresie może już nie będę potrafił grać. Cieszę się, że tu trenuję, ale to przecież nie to samo, co na prawdziwym boisku.

Od początku rozgrywkom piłkarskim przyglądała się 10-osobowa grupa kobiet odbywających kary po drugiej stronie żelaznej bramy. Nie trzeba specjalnie przekonywać, jakie znaczenie dla skazanych, zmuszonych do oglądania wciąż tylko swoich twarzy, ma kontakt, chociażby tylko wizualny, z płcią przeciwną. Toteż rozgrywki siatkówki mikstowej okazały się bardzo chwytliwym pomysłem. Nie mniej emocji, czasem śmiechu, wzbudzał pojedynek pań z oldbojami. Życie sportowe Ruszczy nie zamyka się jedynie w więziennych murach. Piłkarze grają mecze z miejscowym B-klasowym LZS Płomień. Co prawda, trudno mówić w tych nieco spartańskich warunkach o podnoszeniu umiejętności, ale to czego skazani się tu nauczyli, czy udoskonalili, wystarczyło na pokonanie Płomienia w jednym meczu. Zawodnicy spotykają się też z drużyną zakładu karnego w Trzebini.
Do późnej nocy trwało w Ruszczy życie podczas MŚ. Większość bowiem, za zgodą naczelnika, oglądała wszystkie transmisje ze Stanów Zjednoczonych. Emocjonowały się meczami także panie. Najbardziej przeżywały spotkania Rumunii. – To taki biedny kraj, chciałyśmy, żeby ten zespół wygrywał – mówią.
Małgorzata zmierza powoli do swojej małej celi. To drobna blondynka o ładnej, wysportowanej sylwetce, sprawnie poruszająca się po boisku. Była kiedyś uczennicą szkoły sportowej. Jest dobra w ping-pongu, gra w siatkówkę. To osoba pogodna, uśmiechnięta. W Ruszczy odsiaduje 5-letni wyrok.
Musiałam kraść, bo nie miałam za co nakarmić trójki dzieci. Czym jest teraz dla mnie sport? Jestem ruchliwa, uwielbiam coś robić, grać, trenować. Ciężko byłoby mi bez tego żyć, zagłuszać tęsknotę za wolnością. Przede wszystkim za dziećmi, którym coraz trudniej wytłumaczyć, dlaczego mama po przepustce wyjeżdża na tak długo. Może dzięki temu, że gramy jesteśmy bardziej ze sobą zżyci, po prostu jest tu trochę bliżej do normalności…
ANNA IDZIKOWSKA

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.