Bojaźliwi niech siedzą w domu

Wywiad ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „Przeglądu Sportowego” z 27 lutego 2004 roku

Legenda złotego skoku w Sapporo ciągle żyje, tak jak żywotny jest jedyny polski zwycięzca zimowej olimpiady. Przybyło lat i kilogramów, uwiera bagaż życiowych doświadczeń, ale Wojciech Fortuna pozostał energicznym człowiekiem, który niegdyś zadziwił świat skoków narciarskich.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Niespełna 52-letni Fortuna wciąż jest jedynym polskim zwycięzcą igrzysk olimpijskich. Niezmiennie interesuje się ukochaną dyscypliną – mimo niepowodzeń w obecnym sezonie – jest gorącym orędownikiem Adama Małysza i jego trenera Apoloniusza Tajnera. – Przecież w tamtym roku idealnie trafili z najwyższą formą na mistrzostwa świata – dowodzi pan Wojciech. – Gdybym był prezydentem, to Apoloniusza Tajnera odznaczyłbym za to Virtuti Militari. Mówię panu, że dzisiaj wszyscy byśmy żałowali, gdyby wtedy, po sezonie, Tajner powiedział w Polskim Związku Narciarskim: „Ja wam wszystkim serdecznie dziękuję”. Odszedłby w glorii, ale Adam zostałby sam.
– Apoloniusz Tajner spotyka się jednak ze sporą krytyką.
– Niektóre tytuły, ukazujące się na jego temat, są dla mnie uwłaczające. Czy ludzie zapomnieli, co on zrobił kilka lat temu, kiedy Małysz prawie zrezygnował z uprawiania sportu? Wyciągnął Adama za uszy. Tajner to były dwuboista, który umiał skakać – zresztą razem żeśmy startowali – wykształcony człowiek, a teraz jest bardzo dobrym trenerem. Nie wydaje mi się, żeby tam był jakiś konflikt. To tylko ktoś z boku próbuje wbijać szpile między wódkę a zakąskę. Ludzie widzą, że na zawodach Tajner machnie parę razy chorągiewką. Nikt nie zdaje sobie sprawy, jak oni ciężko na co dzień harują. Poza tym Tajner wprowadził naukowe metody do polskich skoków.
– Kiedyś tego brakowało?
– Powiem panu, co było ze mną. Szedłem do góry po pierwszej serii na Okurayamie, a każdy mi mówił: „Musisz jeszcze raz tak skoczyć”. Byłem sparaliżowany presją, nie wiedziałem jak zawiązać buta. Trener Fortecki, mądry człowiek, uspokajał: „Wojtek, tobie wystarczy dziewięćdziesiąt metrów”. Przydałby się jednak profesjonalista, tak samo w późniejszych latach. Wychodziłem na skocznię, spiker zapowiadał: „Wojciech Fortuna, mistrz olimpijski”, a ja byłem ugotowany.
– Największa zmiana zaszła jednak w sposobie skakania.
– „V” to wcale nie jest ładny styl. Jak mnie dawniej narta odeszła w bok, to punkty odejmowali. Wszystko jest inne. Nie wiem tylko, skąd to się wzięło, że chłopaki mają żołądki przyklejone do kręgosłupa? Skoczek musi być silny, a przede wszystkim szybki. Mieć „kopa”. Motyl nie poleci tak daleko. Teraz skocznie są trudniejsze, bardziej zjazdowe, niższy lot. Kombinezon to lotnia – gumowane wszystko, niesie cię. Dawniej kasków nie było – jak się przewróciłem, to dzwoniło mi w głowie. Narty są dwa razy lżejsze, a jednocześnie krótsze.
– W latach pańskiego dzieciństwa chyba nawet nart nie było.
– Ja już jestem powojenny, tata mi kupił narty, gdy miałem cztery lata. To przed wojną skakali na klepkach z beczki. Ale powiem panu, że w moich czasach pod względem sprzętu było lepiej niż dzisiaj. Polacy produkowali w Szaflarach narty skokowe – plastikowe, trzyrowkowe „Polsporty” – i można je było bardzo tanio kupić. Dlatego było tyle młodzieży uprawiającej narciarstwo. Obecnie nie ma już tej fabryki i młodzież jest do tyłu. W latach 70. najlepsze narty skokowe na świecie to były enerdowskie „POP-y”, wszyscy na nich startowali. Też były dostępne dla zwykłych ludzi. Skoki to była masówka; w moim klubie – Wiśle-Gwardii – ćwiczyła setka zawodników, a w całym Zakopanem było klubów kilka. Musiałem przejść kwalifikacje, żeby w ogóle wystartować na mistrzostwach Polski. W Zakopanem konkursy były co niedzielę; wszyscy z kościoła szli na skocznię i każda parafia kibicowała swojemu – Furmanowa za Staszkiem Bobakiem, Ciągłówka za mną. Ale „dymu” nigdy nie było, wracali razem.
– Dzisiaj najlepsi doskonale zarabiają…
– Kiedy trafiłem do kadry, dostałem 450 złotych stypendium. Śmieszne pieniądze, ale nie liczyłem, że będę z tego żył, miałem nadzieję, że zarobię, jak zrobię wynik. Nagroda za szóste miejsce w konkursie olimpijskim na średniej skoczni wynosiła 150 dolarów, pan wiceminister wręczał od razu w Sapporo. Wychodzę, patrzę do koperty – tylko pięćdziesiąt. Wracam: „Panie ministrze, pan się chyba pomylił”, a on odpowiada: „Co wy, nie wiecie, gdzie my jesteśmy; przecież to inny kontynent i nam też są dewizy potrzebne”. Za te pieniądze kupiłem rękawiczki skokowe z japońskim słoneczkiem, w których wystartowałem na Okurayamie. Chciałem ładnie wyglądać. Zresztą kombinezon też sobie wtedy kupiłem, to znaczy wyhandlowałem za kryształ. Promowałem hutę szkła „Julia”…
– Po zwycięstwie na dużej skoczni też pana „oszyli”?
– Do podpisania na kwicie było trzysta dolarów, a w kopercie sto pięćdziesiąt. Wie pan, ile to było? Parcela w Zakopanem kosztowała trzysta dolarów, a dzisiaj wziąłby pan pięćdziesiąt tysięcy. Zostałem okradziony.
– Siostra Warszawska podobno powiedziała: „Ale cię sk… skrzywdziły. Nie przejmuj się, odrobisz to sobie”.
– Dokładnie nie pamiętam, nie będę wody lał. Za to nigdy nie zapomnę, że siostra Warszawska przybiegła do mnie przed wyjazdem na olimpiadę. Dała mi grosik: „Masz go zamienić na złoty medal”. Zaszyłem go sobie w kombinezon, do dzisiaj mam go w domu.
– Pański pierwszy trener, Jan Gąsiorowski powiedział kiedyś: „Takich talentów jak Wojtek było wiele, ale brakowało im wytrwałości albo szczęścia”.
– Na przykład Czesiek Janik, który pobił rekord świata na igelicie. Kiedyś przed zawodami siedzieliśmy w pokoju w hotelu i biliśmy się dla hecy poduszkami. Przy zamachu wypadła mu ręka z barku. Potem wygrał jeszcze mistrzostwa Polski, dwa lata był w kadrze, ale ta ręka co raz wypadała aż do kostek. Wisiała na ścięgnach. Musiał skończyć karierę, bo każdy upadek groził poważną kontuzją. Staszek Kuruc był mistrzem Polski na dużej skoczni, gdy miał 15 lat. Grał w zespole na gitarze, wyszedł z imprezy, zawiało go, dostał zapalenia płuc. Też niedługo skończył karierę, bo zrobił się chorowity.
– Panu nie przydarzały się kontuzje?
– Ile razy spadłem na d…, to nie policzę. Takich rzeczy się nigdy nie pisało: że do szpitala mnie wieźli przynajmniej raz w sezonie. Bo noga, bo ręka, obojczyk, wstrząs mózgu.
– Nie rodził się strach?
– Proszę pana, kiedyś Stanisław Marusarz powiedział: „Bojaźliwi niech siedzą w domu”. Pamiętam kolegów, którzy do średniej skoczni skakali bardzo dobrze, ale jak wychodzili na dużą, to się piętnaście razy żegnali i schodzili na dół, bo „pierdziel”. Kiedy miałem piętnaście lat, skakałem już sto metrów. Wtedy jeden z trenerów zapytał dziadka Marusarza: „A będzie co z tego Fortuny?”. A on na to: „Jak go wrony na gniazdo nie wezmą, to może i będzie”.
– Nigdy się pan nie bał?
– Nie. Jak złapałem wiatr, to kładłem się na narty i do końca walczyłem o odległość. Nie myślałem, że mi się coś może stać.
– Góralski charakter.
– Wielu go miało. Taki Zbyszek Derczyński miał kopa nie z tej ziemi, był kozak – nie „peniał” nigdy. No i nogi miał niesamowicie silne – z miejsca wskakiwał na stół. Kiedyś skakał na Średniej Krokwi, dostał z boku podmuch wiatru, zniosło go i wylądował na zeskoku Małej Krokwi. I ustał! A przy tym pięknie tańczył po góralsku, dziewczyny leciały na niego. Jak zatańczył, to cztery, pięć bab obok niego płakało ze szczęścia.
– Pełnią szczęścia dla kibiców był pański złoty medal w Sapporo. Denerwują pana opinie, że to był fart?
– Przecież ja już na średniej skoczni w Sapporo miałem drugą długość, tylko punktowany byłem jak chłopiec, bo mnie sędziowie nie znali, nic poważnego wcześniej nie wygrałem. Gdybym troszeczkę dłużej skoczył w drugiej serii i lepiej technicznie wylądował, miałbym brązowy medal.
– Problemy z lądowaniem zdarzały się panu częściej.
– Kiedyś, w początkach kariery, upadłem i zepsułem sobie ścięgno. Potem już miałem odruch, że coś się może stać z nogą, będę leżał. Trzeba było skakać daleko i lądować bez telemarku.
– Ktoś powiedział, że był pan cichy, a potem zrobił się gadułą.
– Póki nie skoczyłem sto metrów, to nie mogłem się wtrącać. Byli lepsi, ja tylko się przyglądałem. Po Sapporo może się i rozgadałem, jak se ćwiartkę wypiłem.
– Powiedział pan nawet, że niemieccy skoczkowie w pańskich czasach brali doping.
– Cytowałem słowa doktora Aschenbacha, świetnego skoczka, mistrza świata i olimpiady, który to ujawnił. Nie wiem, na co miał im doping pomagać, bo efekty były różne. Kiedyś, w Innsbrucku Adam Krzysztofiak pokazuje: „Wojtek, zobacz, co oni robią”. A tam cała niemiecka drużyna onanizuje się w lesie. Tak byli naładowani!
– Nie żałuje pan przebiegu kariery po Sapporo?
– Niczego nie żałuję. Skończyłem ze sportem, chciałem wyjechać za granicę, to pięć lat mi nie dawali paszportu. Prosta odpowiedź: „Paragraf pięć – inne względy społeczne”. Pytam: „Co to znaczy?”, „Za to, że wódkę pijesz”. To nie było tak, że strasznie piłem, że każdy mógł się ze mną napić. Nie chodziłem „wysmarowany” Krupówkami. Ludzie przesadzali, wystarczy, że siedziałem przy herbacie, to mówili: „On tam ma alkohol”. Wydałem już jedną książkę, ale jeszcze kiedyś coś na ten temat napiszę. Teraz wódki nie piję, czasem drineczka w towarzystwie.
– Niedawno był pan więźniem, a nie czuje się pan zakładnikiem sławy? Pańskie sprawy prywatne, zdarzające się w wielu domach, są nawet dzisiaj rozpatrywane na forum ogólnopolskim.
– Bandziora ze mnie zrobili, ale jeszcze będą mnie przepraszać. Nie ukrywałem się przed żadnymi sądami, policją. Czy człowiek czujący się winnym wraca do kraju? Posiedziałbym jeszcze w Stanach i sprawa by się przedawniła. Ja nie czuję się winny, ale wrobiony. A z tą kobietą to nie był żaden konkubinat – osiem miesięcy znajomości. Nie będę jednak nikomu robił reklamy – w sądzie się wytłumaczę.
– Mieszkający w USA Polacy twierdzą, że dobrze się pan tam ustawił.
– Trzy razy Ameryka mi ratowała życie. W swojej firmie w Stanach zatrudniam dziesięciu pracowników. Dom za pół miliona dolarów sobie kupiłem, potem zresztą go sprzedałem. Dostałem pożyczkę w banku, a tu się nie kwalifikowałem. Nie narzekam – są Polacy, którzy w Stanach nie mają na bilet powrotny. I to mądrzy ludzie, wykształceni. Tyle, że teraz dolar mniej wart. Kiedyś za sto dolarów się wesele urządzało.
– To dlaczego pan wrócił?
– A czemu mam orać? Chcę być w Polsce, a tam firma na mnie zarabia. A pojechać, to zawsze jeszcze pojadę.
– Nie kusiła pana praca trenera?
– Bardzo, ale jak ktoś namawia: „Włącz się do pracy”, ja pytam: „Na jakich warunkach?”, „No, na razie społecznie”. Społecznie to ja osiemnaście lat pracowałem w Polsce. Społecznie to mi się nawet gadać nie chce. Podjąłbym się takiej pracy, ale nie za frajer. Przecież to już nie jest komuna!
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj