Brudna gra

Rzadko zdarzają się powieści osadzone w świecie sportu lub w jego tle, jeszcze rzadziej – takie, w których sportowe realia są częścią intrygi. Debiutancki kryminał Nikodema Pałasza łączy obydwie te cechy.

Zasadniczym zajęciem autora jest menedżerka i marketing. Kreował wizerunek gwiazd sportu, zwłaszcza tenisa, a w pierwszej powieści zrobił coś zgoła przeciwnego – obnażył całe paskudztwo dyscypliny, jak na ironię nazywanej „białym sportem”. – Czy myśmy jakąś puszkę Pandory znaleźli? – mówi jeden z prowadzących śledztwo w sprawie zabójstwa najlepszego polskiego gracza, dokonanego niedługo po jego triumfie w prestiżowym turnieju w Londynie.
Pałasz dysponuje poważnym atutem, bo zna tenisowy cyrk od podszewki; maluje mięsiste obrazy z życia zawodników poza kortem. I nawet jeśli sugestie o dopingu, czy ustawianiu meczów są nieco przesadzone, to pokazuje też mechanizmy uniwersalne, charakterystyczne dla Polski. Zwłaszcza te polegające na przerabianiu środków publicznych w prywatne zyski, co zdarzało się w korzystających z państwowych dotacji związkach sportowych w najróżniejszych dyscyplinach. Spółki, spółeczki, spółunie, w każdej rządzi ktoś z licznego zastępu krewnych i znajomych Królika, a wszystkie realizują popłatne zlecenia związkowe. Już o tym słyszeliście, prawda?

Książka mnoży intrygujące wątki kryminalne, znalazło się w niej również sporo zabawnych zapożyczeń popkulturowych. Zwłaszcza cytaty z „Ojca Chrzestnego”, czy „Człowieka z blizną”, pogwarki o Playstation, FIFI-e (jak można było kupić Marka Saganowskiego do Manchesteru United?).
No i nieco przypraw w dowcipnych dialogach.
– Mam nóż na gardle – narzeka jedna z kobiet.
– Pokaż – mówi jej równie pijana koleżanka.
Para policjantów odwiedza podejrzanego działacza, mężczyzna na pożegnanie daje mu wizytówkę, prosząc o sygnał, gdyby dowiedział się czegoś więcej o sprawie.
– A czy od pani też dostanę numer telefonu? – śliski facet pyta znacząco jego partnerkę.
– 997 – odwija ona.

Głównym bohaterem jest podinspektor Wiktor Wolski, który poza śledztwem zmaga się z własną, mroczną i tragiczną przeszłością. Metody ma w najlepszym razie nieortodoksyjnie, a często wręcz bezprawne. Chwilami nawet nie da się go lubić, co w przypadku bohatera powieści jest przydatne, a bywa nieodzowne.
Warto jednak przemóc wstręt do niektórych działań Wolskiego i się z nim zaprzyjaźnić, bo w kolejce czekają już dwa kolejne kryminały z nim w roli głównej. Zapalnikiem akcji „Sam na sam ze śmiercią” jest wyglądające na rytualne morderstwo utalentowanego piłkarza polskiego klubu Molokiego Mooketsi. Wolski prowadząc śledztwo poznaje korupcję, hazard, alkoholizm i temu podobne filary polskiego futbolu.
W trzeciej części cyklu, wydanym jesienią ubiegłego roku „Zabójczym tie-breaku”, ginie siatkarka reprezentacji Izraela, uczestnicząca w odbywających się w Polsce mistrzostwach świata. To jednak tylko początek opowieści.

Cała trylogia jest udana i wyróżnia się w polskich realiach gatunku. Jednak nie cieszy się adekwatną popularnością, zwłaszcza w konfrontacji z kilkoma ewidentnie słabszymi rodzimymi autorami. Ale na tym rynku łaska czytelników i wydawców na pstrym koniu jeździ – a jego kopyta stukają nawet niekiedy po suficie.
Nie tylko w Polsce, co pokazuje historia Roberta Galbraitha, którego debiutancka powieść, „Wołanie kukułki”, ukazała się w kwietniu 2013 roku. I był to bardzo zręczny, taki typowy angielski kryminał sprzed lat, lecz osadzony w cyfrowym świecie współczesnego Londynu. Mimo to sprzedawał się kiepściutko, 1500 egzemplarzy w ciągu trzech miesięcy. Póki „The Sunday Times” nie przeprowadził śledztwa w sprawie tej książki (ciekawe, dlaczego wzięli na cel niszowe dzieło anonimowego autora…) i zlecił uniwersyteckiemu profesorowi literatury porównanie jej treści z serią o Harrym Potterze (ciekawe, dlaczego akurat z nią…). I okazało się, że „Wołanie kukułki” musiała napisać J.K. Rowling, która wkrótce przyznała się do autorstwa. Książka zaczęła sprzedawać się nieporównanie lepiej i w stosownym rankingu serwisu Amazon awansowała z pozycji 4709. na pierwszą…
A ci co ją przeczytali, poznali Cormorana Strike’a, oryginalnego prywatnego detektywa, kibica Arsenalu. Pewnej niedzieli Cormoran oglądał w telewizji derby Londynu. Po pierwszej połowie jego drużyna prowadziła z Tottenhamem 2:0. Usatysfakcjonowany wyłączył na chwilę odbiornik, aby w przerwie postudiować spokojnie akta prowadzonej właśnie sprawy. Zagapił się trochę, a kiedy po upływie kilkunastu minut drugiej części włączył telewizor, było już 2:2. Wściekły, zgasił go znowu.
Czy ktoś lepiej podsumował postawę „Kanonierów” w ostatnich latach?
PAWEŁ FLESZAR

Nikodem Pałasz: BRUDNA GRA. Wydawnictwo Muza, Warszawa 2014

Komentowanie zablokowane.