By ręce zdążyły, nim pomyśli głowa

W konfrontacji, której stawką było uplasowanie się na podium fazy zasadniczej I ligi koszykarzy Rawlplug Sokół Łańcut uległ Czarnym Słupsk 73:79.

W tej chwili Sokół musiałby odnieść dwa zwycięstwa więcej niż Czarni, by ich wyprzedzić, a o trzy zwycięstwa więcej od WKK. Natomiast Górnika Wałbrzych podejmie w pierwszą sobotę marca, ale tu poza poprawieniem bezpośredniego bilansu (82:76 jesienią dla rywali), wiele będzie zależało od pozostałych wyników.
Zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby dzisiaj łańcucianie pokonali gości, zwłaszcza wyżej niż siedmioma punktami, które stanowiły różnicę jesiennego spotkania w Słupsku (95:88). A przez pewien czas byli na dobrej ku temu drodze. Szczelna obrona (4 „oczka” stracone we wstępnych 6,5 minuty), odważne manewry Szymona Pawlaka pod obręczą, parę strzałów z dystansu jego kolegów owocowały prowadzeniem 7:2, 11:4, 13:7, 13:10 i 18:10 – na koniec pierwszej kwarty.
Wymiana „trójek” (4 w 2 minuty, a 6 w 4 minuty) zakończyła się remisowo, choć najlepsze noty za styl zebrał Bartłomiej Karolak, trafiając spod dwumetrowego centra i z ręką obrońcy na twarzy. Kiedy jednak Dawid Zaguła pokazał rzut kelnerski lewą ręką z trzech metrów, tablica zaświeciła z aprobatą 33:21, a wkrótce 35:23.


Kryminał autora tej relacji, Pawła Fleszara, można kupić TUTAJ, a 50 z 57 recenzji „Powodzi” można przeczytać TUTAJ.

Jeszcze szybciej jednak miejscowi tę przewagę stracili, gdyż Damian Janiak i Patryk Pełka utrzymali dyspozycję na obwodzie, a Wojciech Fraś dołożył akcję 2+1. 36:34 na koniec pierwszej połowy, na starcie drugiej zaś run Czarnych (a właściwie to Pełki i Adriana Kordalskiego) 9:2, którym odwrócili zapis na 38:43. I mieli inicjatywę aż do stanu 58:64 w czwartej odsłonie, z krótkim przerywnikiem (51:51) w postaci „trójki” i osobistego Pawlaka.
W tym spotkaniu zdarzyło się wiele zagrań, które bardzo dobrze się… zapowiadały. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że jego uczestnicy często zbyt szybko mieli w głowie wizję ich finalizacji, bądź przynajmniej dalszego ciągu, zanim starannie wykonali podstawowy element: pewne złapanie piłki w dłonie, utrzymanie jej osłoniętej w górze, kozioł przed ruchem nóg, dokładne podanie. W efekcie często ją gubili.
Tak wyglądała pierwsza zwrotka piosenki (początkowe dwie minuty meczu), stały refren i jeden z ostatnich akordów, kiedy Zaguła inteligentnie rzucił kozłem w „trumnę”, lecz adresata tam nie było, bo przysnął lub nie spodziewał się tego.
Wcześniej jednak, przez całą drugą połowę, to Dawid kierował grą zespołu i dzierżył jednocześnie na barkach znaczną część jej ciężaru, zdobywając 13 z 37 punktów. Wraz z Bartoszem Ciechocińskim i Szymonem Szymańskim wyprodukowali run 10:0, a po smeczowym bloku i wsadzie tego ostatniego zrobiło się 68:64.

Wydawało się, że to moment, kiedy goście definitywnie pękną. Wszak w ciągu 9 dni rozgrywali trzeci mecz (przy czym pierwszy został wzbogacony o dogrywkę), trzykrotnie przejechali Polskę (do Opola i z powrotem oraz do Łańcuta), występowali w dziewiątkę, przez co wspomnianą dogrywkę kończyli we czwórkę, bo pozostali wyczerpali limit fauli, no i ponieśli dwie porażki, co zawsze przygnębia dodatkowo.
Sokół poprzednią sobotę miał wolną, a w środę wybrał się do Tychów, gdzie pokonał tamtejszy GKS, jednak po raz drugi dzisiaj nadział się na kontrę. Także dosłownie, bo Kordalski w taki sposób zaliczył 2+1 i zniwelował straty do 70:69. Kiedy znowu wjechał błyskawicznie w strefę gospodarzy, został sfaulowany i niemal spod tablicy gruchnął o parkiet. Długo leżał pod konstrukcją kosza, przez co nie można było wznowić gry, Pełka wachlował go zdjętą koszulką, a zgromadzeni wokół bali się dotknąć Adriana, bo mógł mieć uszkodzony kręgosłup. Jeszcze bardziej przerażające wrażenie wywarł, gdy się poruszył – przewrócił z pleców na brzuch i tak, tyłem, wypełzł spod kosza. Później okazało się, że to na szczęście „tylko” bardzo mocne stłuczenie – po masażu workiem z lodem podniósł się i utykając ruszył w kierunku swojej ławki, akurat kiedy jego kumple rozstrzygali rezultat na swoją korzyść.

Zastępujący go Wojciech Jakubiak wyegzekwował osobiste (70:71), a Filip Małgorzaciak przymierzył z dystansu. Wprawdzie od razu tym samym zrewanżował się Karolak, ale po kolejnym trafieniu Janiaka było 73:77. Damian stanowił dzisiaj najbarwniejszy przykład opisanych wcześniej cech; w licznych akcjach miewał gorącą głowę, niekiedy bywał wręcz wariatuńciem, ale na łuku zachowywał zimną krew aligatora i nie pomylił się w żadnej z czterech prób.
Przyjezdni znowu się wybronili, potem zagrali bardzo długą akcję, w której nie interesował ich kosz, zostawiając przeciwnikom kilkanaście sekund. Nie dopuścili ich jednak do dogodnej pozycji rzutowej, zebrali piłkę, a Małgorzaciak został sfaulowany. Ubiegłosezonowy gracz Sokoła prezentował się dzisiaj nierówno, jednak nie zawodził w najważniejszych momentach, a teraz dwoma wolnymi ustalił wynik na 73:79.
PAWEŁ FLESZAR

Galerię z meczu można obejrzeć TUTAJ

RAWPLUG SOKÓŁ Łańcut – CZARNI Słupsk 73:79 (18:10, 18:24, 17:21, 20:24)
Sędziowali: Adam Krasuski, Marek Czernek i Jakub Adameczek. Widzów: 600.
SOKÓŁ: Karolak 15 (5×3, 4 zb.), Pawlak 10 (1×3, 6 zb.), Wieloch 3, Klima 2 (6 zb.), Kulikowski 2 oraz Zaguła 18 (1×3, 6 zb.), Ciechociński 9 (1×3, 4 as.), Szymański 8 (1×3, 4 as.), Sewioł 6 (4 zb.), Czerwonka. Trener: Dariusz Kaszowski.
CZARNI: Małgorzaciak 5 (3×3), Kordalski 12 (5 zb., 4 as.), Pełka 11 (3×3, 8 zb.), Fraś 11 (10 zb., 2 bl.), Wyszkowski oraz Janiak 18 (4×3, 6 as., 5 zb., 2 prz.), Dutkiewicz 6 (2×3), Dlugosz 4 (2 bl.), Jakubiak 2. Trener: Mantas Cesnauskis.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.