Być jak Kazimierz Deyna

W konwencji komediowej odnajdzie tu siebie każdy, kogo w dzieciństwie rodzice nakłaniali, zachęcali bądź przymuszali do uprawiania sportu. Ale i każdy, kto z lekkim sentymentem wspomina młodość spędzoną w latach 80. bądź 90. ubiegłego wieku.

Film ma jednak pewien feler, bo brakuje w nim tego, co obiecuje tytuł. Przynajmniej zarysu historii brzmiącej dzisiaj jak bajka o żelaznym wilku; jak to polskie kluby i reprezentacja nie były pośmiewiskiem, a bywały postrachem. Jak choćby Legia Warszawa, awansująca w 1970 r. do półfinału Pucharu Europy – protoplasty Ligi Mistrzów, w którym występowali tylko mistrzowie krajów. Jak biało-czerwoni zdobyli złoto (1972) i srebro (1976) igrzysk olimpijskich, w których nie mogli jednak występować piłkarze z lig zawodowych (te z krajów socjalistycznych za zawodowe uznawane nie były…). I jak już bez żadnych niedomówień zajęli trzecie miejsce na mistrzostwach świata w 1974 r., w decydującym meczu pokonując Brazylię, a wcześniej trochę pechowo przegrywając wejście do finału z gospodarzami, RFN. A kiedy następne mistrzostwa skończyły się lokatą 5-8, zostało to powszechnie uznane za porażkę…

Rozgrywającym wszystkich tych drużyn był Kazimierz Deyna, a charakter ówczesnego futbolu sprawiał, że rola zawodnika na tej pozycji sytuowała się znacznie bliżej niż dzisiaj koszykarskiego playmakera i siatkarskiego „sypacza”. Od niego zresztą zależało jeszcze więcej, wszak na olimpiadzie w 1972 r. został, z 9 trafieniami, królem strzelców .
Trzykrotnie wybierano go do czołowej dziesiątki najbardziej prestiżowego plebiscytu – tygodnika „France Football” – w tym: na 3. miejscu w 1974 r., kiedy we wszelkich indywidualnych klasyfikacjach wyprzedzali go tylko Franz Beckenbauer i Johan Cruijff. Był na liście życzeń Realu Madryt, AC Milan, Interu Mediolan. Ta półka.
Ze względu na restrykcyjne przepisy komunistycznego państwa, mógł wyjechać dopiero w jesieni kariery, po trzydziestce. Niespełna trzy lata grał w Manchesterze City, a potem długo w amerykańskim San Diego Sockers. Skończył tragicznie. Najpierw nieuczciwy wspólnik ukradł mu większość pieniędzy (zresztą ten sam człowiek oszukał również obecnego trenera Wisły Kraków, Franciszka Smudę). A we wrześniu 1989 r. Deyna wjechał z dużą szybkością samochodem w ciężarówkę stojącą na awaryjnym pasie kalifornijskiej autostrady. Jak pisze w swojej książce Stefan Szczepłek – znajdował się pod wpływem alkoholu, a policja nie stwierdziła śladów hamowania.

Na trzeźwo był cudownym technikiem; akcja filmu zaczyna się w dniu, kiedy strzelił Portugalii gola bezpośrednio z rzutu wolnego. Urodzonego tego dnia chłopca tata od małego ćwiczy na podwórku, a potem prowadzi na treningi do klubu. Historia stara jak sport, w którym często dzieci realizują niespełnione ambicje rodziców. Jedni zrobili dla swych pociech wiele dobrego, inni wiele złego. Szczególnie jaskrawe przypadki zdarzają się w tenisie, a ojciec Mary Pierce, krzyczący do córki podczas meczu juniorskiego: „Zabij tę sukę!„, nie jest bynajmniej największym psycholem.
W „Być jak Kazimierz Deyna” wygląda to mniej groźnie, podane w zabawnym sosie. To generalnie, na poły nostalgiczna, na poły wesoła, opowieść o dzieciństwie, z jego wysublimowanymi rozrywkami w stylu plucia do celu i siusiania na odległość, czy pierwszymi poważnymi problemami uczuciowymi – jak zauroczenie nauczycielką z podstawówki. I o schyłku peerelu, z zezującą „Niewolnicą Isaurą” w telewizji, „Radio Wolna Europa” łapanym dzięki drutowi rozciągniętemu od odbiornika do wazonu, szkolnymi mundurkami z tarczami, albo polskimi samochodami, z których niezawodnie odpadają części.

Odbijają się tu też dwie kolejne dekady polskiej rzeczywistości, najwyraźniej – rodzący się kapitalizm, w którym białe skarpetki były symbolem szyku, a na handlu nimi można było świetnie zarobić. Natomiast sam film najwięcej zyskał dzięki rewelacyjnej roli dziadka w wykonaniu Jerzego Treli, z jego złotymi radami, w rodzaju: „Niech cię ręka boska broni, żebyś był porządny, z niską emeryturą i bez żony„, „Jak się dziewczynie dobrze przyjrzysz, to w każdej coś zobaczysz„. Tyle że w jego ustach brzmi to nieporównanie śmieszniej.
PAWEŁ FLESZAR

BYĆ JAK KAZIMIERZ DEYNA. Produkcja: Polska. Rok: 2012. Reżyseria: Anna Wieczur-Bluszcz. Scenariusz: Radosław Paczocha, Anna Wieczur-Bluszcz. Muzyka: Łukasz Matuszyk. Zdjęcia: Tomasz Naumiuk. Obsada: Przemysław Bluszcz, Gabriela Muskała, Jerzy Trela, Małgorzata Socha, Marcin Korcz, Kamil Kulda, Mateusz Sacharzewski, Jadwiga Gryn, Sonia Bohosiewicz, Rafał Królikowski, Julia Kamińska, Krzysztof Kiersznowski.
*stopka na podstawie filmweb.pl

Komentowanie zablokowane.