Cała doba dla koszykówki

Weterynarz, który został przedstawicielem handlowym. Przedstawiciel handlowy, którego los zmusił do pełnienia roli bramkarza w nocnym klubie. Szkoleniowiec z osiągnięciami, który woli być nazywany aplikantem trenerskim. Wbrew pozorom jednak, prowadzący AGH Alstom Kraków Wojciech Bychawski dobrze wie, czego chce od życia.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– A „Szewcu” spudłuje, bo chociaż jest najbardziej doświadczony w zespole, to ma psyche przedszkolaka – trener stojący tuż obok wykonującego rzut osobisty sączył mu głośne kpiny niemal do ucha. Ćwiczenie polegało na trafieniu przez koszykarzy określonej ilości wolnych z rzędu, w wyznaczonym czasie. Każde pudło kasowało dotychczasowy dorobek, a kiedy czas mijał – drużyna robiła pompki. I od nowa…
Michał Szewczyk jednak wcelował, podopieczni pochichotali ze szkoleniowca, zajęcia się skończyły. Były kolejnymi charakterystycznymi dla AGH Alstom Kraków i Bychawskiego: koktajl autokratycznego stylu kierowania z kumpelskimi relacjami na bazie ogromnego entuzjazmu. Ale kiedy Bychawski mówi, że żyje dla koszykówki, to jest w tym więcej niż w haśle rutynowo powtarzanym przez pasjonatów.

Przeszedł w odwrotnym kierunku na drodze wielu hipisów z lat 60. i 70., którzy zaczynali od kontestacji, a potem pogodzili się z rzeczywistością zarabiając setki tysięcy dolarów jako prawnicy i ekonomiści. Bychawski po studiach na Uniwersytecie Rolniczym pracował przez pięć lat dla dwóch dużych korporacji jako przedstawiciel handlowy. Wysoka pensja, służbowy samochód, hotele. Plus klimaty jak z Orwella.
Samochody miały zamontowany gps, zdarzało się, że kontroler śledził, co robisz – opowiada. – Na każde spotkanie wyznaczono 25 minut. Jeśli samochód stał choć trochę dłużej, facet telefonował i pytał, dlaczego nie jesteś w ruchu. Kiedyś zadzwonił z pretensjami, dlaczego lokalizator pokazuje, że jestem przy restauracji. Odpowiedziałem, że mam tutaj spotkanie z klientem, to usłyszałem kolejne pouczenie, gdzie i w jakiej formie mam się spotykać. W pewnym momencie miałem dosyć zajmowania się rzeczami, które mnie guzik obchodziły i uśmiechania do ludzi, których niespecjalnie lubiłem. Zająłem się tym, co poza synem jest moją największą miłością – koszykówką.

W zimnej wodzie kąpany

Najzabawniejsze, że ten fanatyk długo nawet nie wiedział, jak wygląda piłka do kosza. Wychował się w Radziszowie, gdzie dzieciaki miały przeróżne sportowe zajęcia („Plus łażenie po drzewach„), jednak nie było wśród nich basketu. Po podstawówce wyjechał do technikum weterynaryjnego do Nowego Targu i tam z nową miłością poznał go Witold Chamuczyński, ongiś niezły zawodnik, a od kilkunastu lat nauczyciel i trener koszykówki na Podhalu.
W drużynie ligowej, miejscowych Gorców, zadebiutował mając 19 lat. Potem zaliczył rajd po małopolskich klubach; przede wszystkim Koronę Kraków, ale i Staco Niepołomice, Basket Nowa Huta, Limblach Limanowa, aż po MCKiS Jaworzno.
– Każdy powinien zobaczyć niektóre z tych miejsc, a wtedy doceniłby warunki na AGH, gdzie może nie ma wielkich pieniędzy, ale ciągle stoi nad zawodnikami 2-3 trenerów i coś z nimi robią – uważa Bychawski. – Są dwie sale, dwie siłownie, sauna, sprzęt pomocniczy, światło i ciepła kąpiel. To nie abstrakcyjne wartości, wiem o tym najlepiej, bo kiedyś prezes mojego dawnego klubu odciął ciepłą wodę na złość koszykarzom i przez całe wakacje kąpaliśmy się po zajęciach w zimnej.

Nigdy nie przebił się powyżej II ligi, choć i tu zdarzały się mecze niezapomniane. – Kiedyś, na Koronę, przyjechał MKS Dąbrowa Górnicza, który miał olbrzymią kasę; kontrakty, premie, w samym sprzęcie wyszło na parkiet kilkadziesiąt tysięcy, a my naprzeciwko jak oberwańcy – opowiada. – Do przerwy prowadziliśmy 19 punktami. Łaził za mną jeden od nich: „Wojtek, nie wygłupiajcie się, przecież my musimy awansować do I ligi”. „Może musicie awansować, ale dzisiaj nie musicie z nami wygrać” – odpowiedziałem. I dowieźliśmy do końca pięć punktów przewagi.
Pozbawiona sukcesów kariera zawodnicza najwyraźniej pozostawiła niedosyt, który potęguje obecne ambicje. – Tylko niech pan zaznaczy, że nie jestem trenerem. Ja dopiero aplikuję na trenera – mówi człowiek, który w ciągu dwóch ostatnich sezonów wprowadził drużynę seniorów AGH Alstom do II ligi, a w niej do play off, z młodzikami Korony zaś awansował do fazy ogólnopolskiej. – Nie chcę, żeby ciągle słychać było „ja, ja, ja”. Tak naprawdę wszystko, co czasem mi się udaje w koszykówce, udaje się dzięki ludziom, z którymi pracuję. Zawodnikom, którzy dla mnie grają, trenerom, którzy mi pomagają – bez nich byłbym nikim. Samemu to mógłbym grać w bilard lub jeździć konno.

Powtarza, że wciąż się uczy od innych. – Darek Kaszowski to mój idol – rozwodzi się nad osiągnięciami trenera I-ligowego Sokoła Łańcut, który regularnie tworzy drużyny z koszykarzy ławkowych, „po przejściach”, a więc i tanich. Sokół jest zawsze w czołówce, oni osiągają wysoką, czasem wręcz życiową formę, a potem idą do innych klubów, gdzie zarabiają trzy razy więcej niż w Łańcucie.
Ciągle ma w pamięci, co kładł mu do głowy jeden z dawnych szkoleniowców: „W koszykówce też przydaje się cierpliwość; we wrześniu i październiku jest kupa ludzi do gry. Potem się jednak wypalają, łapią kontuzje, tracą formę. Od stycznia to cierpliwi wychodzą w podstawowym składzie”. – Najbardziej satysfakcjonująca, a jednocześnie pouczająca jest praca z dziećmi – przekonuje Bychawski. – Jeśli udało ci się coś mu wpoić, na przykład rzut lewa ręką po wejściu na kosz, to i sam się czegoś nauczyłeś. Wiesz, jakie ćwiczenia były dobre, jakie złe, a co powinieneś zrobić, ale inaczej.

Świat się nie skończył

Z paroma podopiecznymi występował na parkiecie; żartuje, że Grzegorz Dudzik jest jego „drugim synem”. Posłuch nie może więc być tylko efektem dominującej osobowości (dominującej także fizycznie: niektórzy koledzy nazywają go obrazowo „Zwierz”). – Kosztuje to dużo czasu i pracy, m.in. oglądania nagrań meczowych, analiz – opowiada. – Około czwartku, przed spotkaniem ligowym, chłopaki zaczynają podpytywać: „kto u nich na piku gra?”, „jakie zagrywki mają?”, „jak można sprowokować błąd?”. Niekiedy robią to, żeby wybadać, czy się orientuję, innym razem – bo są ciekawi.

Czas to jego główny wróg. W lipcu cieszył się, że pierwszy raz od kilku lat ma dwa tygodnie wolnego, kiedy nie musi patrzeć na zegarek i telefon, może pójść z synem na „nielimitowany” spacer po lesie, czy siedzieć z nim do woli na placu zabaw.
Nocami zarabia na możliwość uprawiania niezbyt popłatnego zawodu trenerskiego i na spłatę kredytu, jaki wziął na budowę domku („Pętla na szyi? Pętla aż do śmierci!„). Pięć razy w tygodniu stoi na bramce w nocnych klubach. – Nie chcę o tym za wiele opowiadać, bo jestem nauczycielem młodzieży, a z drugiej strony ciągle pokutują stereotypy, że bramkarz to taki facet, który musi klienta po twarzy stłuc, albo wyciągnąć za nogi z lokalu – kręci głową. – Tymczasem to raczej tak nie wygląda. Dla mnie to po prostu praca, którą mogę wykonywać w porze, kiedy nie mam innych zajęć

Takie życie sprawia wrażenie, jakby toczyło się przez całą dobę. Część zabierają też własnoręczne remonty i wykończenie domu. – Z tym nie przesadzajmy; to raczej prace fizyczne – prostuje od razu. – Udało mi się go pomalować z kolegą, ale już jak położyłem płytki, to połowa odpadła, a reszta była krzywo.
Przy ławce trenerskiej bywa furiatem, na zajęciach długo tłumaczy sens ordynowanych ćwiczeń, jakikolwiek koszykarski temat podczas rozmowy zmienia go w wylewnego gadułę. – Kiedyś myślałem, że jak skończę grać, to będzie koniec świata. Okazało się, że mogę robić to co kocham. Chciałbym mieć tylko więcej czasu dla mojego syna.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.