Całoroczna choinka Piotra Biela

Późnym środowym wieczorem koszykarze AZS AGH Alstom staną przed szansą wywalczenia najwyższego miejsca w historii. W krakowskim klubie jednak w kategoriach sukcesu mówi się na równi też o innych sprawach.

Jego dzieje są bardzo krótkie (od 2010 r.), ale dynamiczne – w pierwszym sezonie awansował do II ligi, w dwóch kolejnych kwalifikował się do czołowej ósemki po sezonie zasadniczym, ale każdorazowo odpadał w ćwierćfinale, po dwóch porażkach. W minioną sobotę krakowianie odnieśli pierwsze w historii zwycięstwo w play off, wyrównali stan rywalizacji z MKS Skierniewice, lecz aby przejść do półfinału muszą go pokonać jeszcze raz – na wyjeździe. – Sami sobie zawaliliśmy w pierwszym meczu w Skierniewicach i teraz musimy za to zapłacić – mówi najlepszy podkoszowy zawodnik AZS AGH, Kamil Kamecki. – Prowadziliśmy wysoko do przerwy i teraz moglibyśmy już być w czwórce, gdybyśmy to utrzymali. Mam nadzieję, że teraz już tak nie odpuścimy. Jesteśmy lepiej od nich przygotowani fizycznie i „wybiegani”, a oni bardziej doświadczeni. Musimy wykorzystać swoje atuty, nie pozwolić im na zbyt dużo w ataku.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

O efektownym sobotnim zwycięstwie krakowian, a jednocześnie specyficznych warunkach panujących w skierniewickiej hali pisaliśmy obszernie TUTAJ. Ich szkoleniowiec, Wojciech Bychawski również przypomina o defensywie, konieczności udaremnienia rzutów „za trzy” przez rywali i czujności w walce „jeden na jeden”. – Jeżeli przegramy w Skierniewicach, to będzie znaczyło, że się nie nadajemy do półfinału, że nam się ten awans nie należy, bo jesteśmy tumanami – zapala się w swoim stylu.
Poza presją muszą wytrzymać obciążenia fizyczne. W ubiegłą środę zrobili 500 kilometrów i zagrali mecz, w sobotę następny – przy Piastowskiej, teraz kolejna „pięćsetka” do i z Skierniewic plus kolejna konfrontacja, a jeśli ją wygrają – już w sobotę zrobią ponad 700 km w obie strony, aby w Siedlcach zmierzyć się z triumfatorem sezonu zasadniczego. – Jesteśmy przygotowani, żeby tak grać! – Kamecki kwituje sugestie o nawarstwiającym się zmęczeniu.
– Dadzą radę. Ja mam większy problem, bo już brakuje mi urlopu i pomysłów, kto mógłby mnie w pracy zastąpić – dorzuca Bychawski.

On ostatnio zrobił więcej kilometrów i spędził więcej dni powszednich z basketem, bo zaliczył też dwa pobyty w Radomiu z klubowymi juniorami – na turniejach półfinałowym i finałowym mistrzostw Polski – których prowadzi wraz ze Stanisławem Grabowskim. Awans do czołowej ósemki w MP U-20 był już dużym sukcesem, a tam młodzi „Agiehowcy” zajęli siódme miejsce.
Jednocześnie z tego powodu zostało przesunięte pierwsze spotkanie z MKS. – To było potrzebne! Siódme miejsce spowodowało, że więcej ludzi w kraju usłyszało o AZS AGH Alstom, niż dzięki II lidze – obrusza się na pytanie, czy to nie zakłóciło nieco tygodniowego rytmu meczowego. Dodaje, że ci chłopcy mogą być bardzo dobrą inwestycją na przyszłość. Trochę minut dostaje już Michał Borówka, spore nadzieje łączone są z Piotrem Stępakiem, który został królem strzelców wspomnianego turnieju finałowego.

– Michał przepracował bardzo solidnie długi okres ubiegłego roku. Kilku innych musi jeszcze nadrobić dwa główne mankamenty: słabą fizyczność i słabą grę w obronie – ocenia Wojciech Bychawski. – Zaglądałem czasem do siłowni, gdy byli w niej siatkarze AGH i bardzo mi się podobała ich praca; „pakowali” równo olbrzymie ciężary. W porównaniu z tym siłownia u niektórych naszych chłopaków, to była zabawa z gryfami. Mimo że mają przecież do dyspozycji znakomitego fachowca.
Jest nim Piotr Biel, były koszykarz i lekkoatleta, prowadzący uczelnianą sekcję w tej drugiej dyscyplinie, a w tej pierwszej – odpowiadający za szeroko pojęte przygotowanie fizyczne akademików. Prawie każda wzmianka na ten temat wywołuje mini-laudację szkoleniowca na jego cześć, albo nieco mniej wylewne, ale nie mniej szczere pochwały zawodników.
– Ci młodzi coraz więcej zaczynają z nim pracować; Piotrek obwiesza Stępaka ciężarami jak choinkę świąteczną bombkami – barwnie opowiada Bychawski. – Od tego, co zrobią w ciągu najbliższych pięciu miesięcy, będzie zależało, czy zdobędą stałe miejsce w drużynie ligowej. A my bardzo chcemy w nich inwestować.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.