Charakter we wdychanym powietrzu

Reportaż ukazał się w „Przeglądzie Sportowym” z 18 stycznia 2007 r.

– Dlaczego pan nie daje szansy mojemu synowi? – Anna Kokoszka, mama Adama, nagabywała telefonicznie Jerzego Engela. – Muszę się opierać na rutynowanych zawodnikach – tłumaczył sztampowo trener. – Jeśli będzie pan tak rozumował, to Adam w wieku trzydziestu lat ciągle będzie niedoświadczony – nadział się na ripostę.

Spokojny, zrównoważony Adam temperament odziedziczył po ojcu. Mama bez żenady przyznaje, że przeważnie rządzą nią emocje. – Sąsiedzi zawsze wiedzą, kiedy oglądam mecz, bo krzyczę i biegam po mieszkaniu – opowiada pani Anna. Jest uosobieniem ekstrawertyzmu, a problemy to dla niej tylko ostroga do działania.
– Bardzo się cieszę, że się pan mną zainteresował! – wita się entuzjastycznie. – Gdy w telewizji oglądam programy o życiu rodzinnym piłkarzy, to widzę tylko żony i żony… Ale żon można mieć wiele, a matkę ma się tylko jedną!
Na pytanie, czy chciałaby zostać menedżerem, wybucha śmiechem, lecz to ona zorganizowała Adamowi transfer do Wisły. Przygotowała się perfekcyjnie. Pamiętając jakie kłopoty ze zmianą barw klubowych miał starszy syn – Krzysztof – nie straciła kontroli nad kartą zawodniczą młodszego. – Kiedy załatwiałam to w OZPN w Wadowicach, działacze o mało nie pospadali z krzeseł, bo po raz pierwszy przyszła do nich kobieta – wspomina.

Później zareklamowała 16-latka Adamowi Nawałce, odpowiadającemu wówczas za szkolenie młodzieży w Wiśle. – Cóż, nie lekceważymy żadnego sygnału – uśmiecha się Nawałka, od niedawna opiekun Kokoszki w pierwszej drużynie. – Poza tym jeden z naszych trenerów, Heniek Szymanowski wiedział, że w Andrychowie jest taki ciekawy chłopak.
Ale kiedy przyjechaliśmy do pana Szymanowskiego, ten urządził mi 15-minutowy wykład, jak to każda mama uważa swoje dziecko za najzdolniejsze – nie ustępuje pani Anna. – A ja na to, że mój mąż przez całe życie gra w piłkę, więc dzięki temu dobrze się na tym znam. I żeby przetestował chłopaka na boisku. Wyszło na moje.

Dieta według babci

Adam pewnie nie trafiłby tak szybko do Wisły, gdyby nie rodzinna tragedia. Zmarł jego dziadek i babcia została sama w Krakowie. – Mama ma taki charakter, że zawsze musi się kimś opiekować – opisuje pani Anna. – Wymyśliliśmy więc, żeby Adaś z nią zamieszkał.
Jak większość wnuków, reprezentacyjny obrońca uważa, że babcia to najlepszy wynalazek na świecie. – Oboje jesteśmy zadowoleni – zaznacza. – Nie wchodzimy sobie w drogę, ona ma swoje zajęcia, ja swoje. Fantastycznie gotuje, tylko trudno ją przekonać do sportowej diety. „Ja wiem lepiej, co jest zdrowsze” – ucina dyskusje i często zamiast ryżu czy makaronu dostaję zupy na śmietanie albo kotlety. Ale kiedy się ciężko trenuje, to wszystko można spalić.
Układ jest partnerski, bo Adam z babcią Zofią składają się na wszystkie wydatki; od czynszu za mieszkanie po zakupy spożywcze. Wiosną wnuk wziął w leasing Opla Astrę GTC, samodzielnie spłaca raty. – Sam się utrzymuję, odkąd podpisałem kontrakt z Wisłą – mówi z dumą.
– Ma dwadzieścia lat, więc uważa, że jest dorosły – komentuje mama, a rozczulenie mieszka się w jej głosie z odrobiną ironii.

Obrońca uciśnionych

W szkole podstawowej nauczycielka biologii pozbierała od dzieci po 2 złote na legitymacje kółka przyrodniczego. Uczniowie nie dostali jednak dokumentów i pewnego razu Adaś Kokoszka zwrócił jej uwagę. – Siadaj, to nie twoja sprawa – zlekceważyła go.
– Nie, to moja sprawa! – nie ugiął się. – Niektórzy koledzy musieli zapłacić ze swojego kieszonkowego i to było dla nich dużo pieniędzy, a pani nie wywiązała się z obietnicy!
– Zostałam wezwana do szkoły i musiałam słuchać skarg – wspomina mama. – Takich sytuacji zdarzało się więcej, bo Adam był strasznie wrażliwy na niesprawiedliwość. Gdy coś działo się niezgodnie z regułami, wstawał i mówił: „Tak nie można!”. Żartowałam z niego, że zostanie prawnikiem i będzie bronił pokrzywdzonych.

Ale Kokoszka wybrał grę w obronie na murawie, a w futbolowej karierze stara się nie torować sobie drogi słowami. W kadrze juniorskiej był podopiecznym Dariusza Dziekanowskiego. Gdy „Dziekan” został asystentem Leo Beenhakkera, Kokoszka usłyszał, że będzie miał teraz „plecy” w reprezentacji. – Bez przesady; za mało umiem, żeby nawet znajomości mi pomogły – zirytował się. Po czterech miesiącach dostał powołanie na mecz ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi.
Jeśli ktoś woli uważać, że stało się tak przez protekcję, to ja nie zdołam go przekonać – wzrusza ramionami Dziekanowski. – Prawda jest jednak taka, że Adam miał tyle znajomości, co każdy inny piłkarz: trenerzy kadry znali jego umiejętności. Decyzję podjął Leo Beenhakker po obejrzeniu jego występów z Mattersburgiem i Arką Gdynia.

Męska droga

Tata Adama, Zdzisław Kokoszka długo grał w piłkę w niższych ligach. – Po ślubie mu zabroniłam – opowiada żona z szelmowską miną. – Szybko musiałam jednak cofnąć zakaz, bo zwaliła mi się do mieszkania cała drużyna i prosiła, żeby „odpuścić” mężowi.
Będąc nastolatką trenowała siatkówkę w krakowskiej Koronie, ale wśród synów zwyciężyły zainteresowania ojca. Kiedy osiem lat starszy brat Krzysztof przechodził do Gwarka Zabrze, mały Adaś już kopał po całym mieszkaniu piłeczkę tenisową („Bez przerwy miałam lęki, że sobie nogę na niej złamie„). Krzysiek był środkowym pomocnikiem, grywał w reprezentacji U-16 z obecnym kolegą Adama – Arkadiuszem Głowackim, trafił do pierwszoligowego Ruchu Radzionków, ale jego kariera szybko się załamała.
Nie uwierzy pan: powodem był upadek z roweru na beton w wieku dziewięciu lat – kręci głową Anna Kokoszka. – Lekarze nie rozpoznali wówczas zerwania więzadeł kolana, chłopak rósł, wszystko się zasklepiło, ale odezwało się po ośmiu latach.
Krzysztof przeszedł kilka operacji, ale stuprocentowej sprawności nie odzyskał. Dzisiaj występuje w czwartoligowym Beskidzie Andrychów. Adam nadrabia jego niespełnione marzenia.

Aby zrozumieć andrychowski klimat, trzeba wybrać się na mecz najpopularniejszej w miasteczku – siatkówki. Słowo fanatyzm nie oddaje w pełni zachowania tamtejszych kibiców. Rozgrywającemu rywali zdarzyło się słyszeć, że nie przeżyje meczu, a ich trenerowi – iż do domu będzie wracał z siekierką w plecach. Później obaj byli kordialnie zapraszani na wódkę…
Adam jest grzeczny i ułożony, ale boiskową zadziorność i odwagę dostał jakby wprost od beskidzkich górali. – No, ale co ze mnie za góral: rodzice pochodzą z Krakowa, a przez wdychane powietrze charakteru raczej nie zdobyłem – kpi „Kokos”.
– On uważa, że wychodzi po prostu do pracy i nie musi mieć obaw ani kompleksów – analizuje mama. – To ja się boję za niego.

Bilet dla fana

Z podobnym uporem jak na boisku Kokoszka walczy o zdobycie wykształcenia. Gdy po ukończeniu gimnazjum przyjechał do Krakowa, wybrał Liceum Ekonomiczne zamiast szkoły sportowej. Szybko zrozumiał jednak, że nie zdoła pogodzić nauki z treningami i przeniósł się do SMS. – Okazało się, że to fajna szkoła, dobrze przygotowali go matury i na dodatek ma mnóstwo pięknych wspomnień – cieszy się mama. – Choćby z wyjazdu na turniej do Shanghaju.
Jesienią 2005 roku zaczął studia w Krakowskiej Szkole Wyższej im. Frycza-Modrzewskiego, ale i tutaj edukację skomplikował mu sportowy awans. – Zrobiłem tak z półtora semestru, myślałem, że w zimie nadrobię część zaległości – wyjaśnia Adam. – A tu przez miesiąc nie mogłem chodzić na zajęcia, bo trafiły się Bazylea, wyjazd na kadrę, Feyenoord. I teraz znowu kilka tygodni spędzę na zgrupowaniach. W ten sposób nie da się poważnie studiować.
Niedawno zawiózł papiery do kieleckiej AWF. – Studia są zaoczne, zjazdy raz w miesiącu. Po zaliczeniu pierwszego roku dostanę indywidualny tok nauczania. Po trzech latach robi się licencjat, a potem wybiera kierunek studiów magisterskich. Wierzę, że sobie poradzę – kończy z nadzieją.

Mama podczas rozmowy kilkakrotnie wraca do swojej ulubionej teorii, którą bezskutecznie próbowała zaszczepić byłemu selekcjonerowi reprezentacji, Jerzemu Engelowi. – W każdej dyscyplinie sportu jest w Polsce dużo utalentowanej młodzieży – przekonuje. – Tymczasem trenerzy twierdzą, że brak jej doświadczenia i sprowadzają cudzoziemców. A ja jakoś mogę w swoim biurze rozrachunkowym zatrudniać młodych praktykantów i potem wyrastają z nich wartościowi pracownicy!
Dziekanowski i Nawałka uważają, że jej syn ma wszelkie predyspozycje, aby wygrać rywalizację o miejsce w składzie Wisły. Jest więc nadzieja, że pani Anna, która na stadionie przy ul. Reymonta zasiada w koszulce z napisem „Kokoszka” na plecach i klubowym szalikiem na szyi, częściej będzie mogła oglądać syna w akcji. I tylko jeden drobiazg znowu zmąci jej satysfakcję. – Adam ciągle daje mi wejściówki na trybunę honorową, gdzie kibice są zbyt spokojni – utyskuje żartobliwie. – A mówiłam, że chcę siedzieć wśród prawdziwych fanów na X sektorze, bo tam można sobie pokrzyczeć.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.