Co zniesie zielononóżka kuropatwiana

– To sprawiedliwy układ, jak w moim ulubionym westernie, „Tombstone”: wychodzą rewolwerowcy zza zasłony, widać błysk rzędu ostróg, naprzeciwko nich ci źli i kto będzie celniej strzelał, ten przeżyje – mówi Wojciech Bychawski, trener koszykarzy AZS AGH Alstom Kraków, przed dwumeczem barażowym o I ligę z Doral Zetkama Nysa Kłodzko.
– Nikt nikomu nie strzeli w plecy, nie zrobi psikusa, nie będzie miał słabszych rywali w jakimś spotkaniu ligowym, dzięki czemu zdobędzie łatwe punkty. Liczę też, że sędziowie nic nie zepsują. Coś tam się „zeskautujemy”, nakreślimy taktykę, ale na tym poziomie nerwów i tak tylko w części zostanie ona zrealizowana. Zbierzemy efekty z tego co wypracowaliśmy przez te wszystkie miesiące, a szanse oceniam pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Schlebiając tym trochę sobie i swoim koszykarzom, bo tamta drużyna jest bardzo mocna.

Dla wielu „Agiehowców” to największe wydarzenie w dotychczasowych karierach. Na zapleczu ekstraklasy zaistniał na dobre tylko, przez kilka lat, Maciej Maj. On też wywalczył awans na ten poziom w barwach Rosy Radom, ale był wtedy rezerwowym. Pokonali Unię Tarnów z Tomaszem Zychem w składzie. Tomek za to nieco później, w 2013 roku, zdobył I-ligową promocję razem z MCKiS Jaworzno. I to tyle, inne opowieści dotyczą niższej klasy, bądź rozgrywek młodzieżowych.
Uważa się, że aby awansować do jakiejś ligi trzeba mieć trzon złożony z zawodników, którzy mają doświadczenia w tej lidze? Może i tak bywa, ale my złamiemy ten stereotyp – przekonuje Jan Domański, współtwórca wyczynowego basketu na uczelni, zastępca kierownika Studium WFiS AGH, gdzie zespół funkcjonuje.

W kadrze Nysy jest kilku trzydziestoparolatków, mających godne wzmianki wpisy w CV. Marcin Kowalski z Górnikiem Wałbrzych w minionej dekadzie wchodził do ekstraklasy, Maciej Lepczyński w tym samym okresie był wyróżniającym się strzelcem pierwszoligowym, wiele punktów zdobył dla kłodzkiego teamu przez lata Michał Weiss. – Wymieniłbym ośmiu-dziewięciu nie odstających od siebie graczy – wyjaśnia szkoleniowiec krakowian. – To wyrównany zespół, którym trener rotuje i trudno ustalić podstawową piątkę, bo wszyscy mają średnie 22-28 minut. No i nie są to chucherka…
– Jestem ciekaw, jak będą się prezentować w konfrontacji z naszą obroną – zastanawia się kapitan akademików, Tomek Zych. Przyznaje, że nie spotykał się wcześniej na parkiecie z zawodnikami z Kłodzka.
AGH w pierwszym swoim sezonie II-ligowym, 2011/12, rywalizował z tą drużyną, pokonał ją dwukrotnie, ale z tamtego składu krakowian pozostał tylko Grzegorz Dudzik i sztab trenerski. Ponad dziewięć lat temu wygrała tam również Korona Kraków, w której występował Bychawski. W hali wisiały „miękkie”, amortyzujące tablice. – I to się nie zmieniło, ani cztery lata temu, ani teraz, bo na filmach widzę, że goście z paru metrów walą w „deskę” ile wlezie – opowiada.

Losowanie rozstrzygnęło, że pierwsza konfrontacja odbędzie się 2 maja w Kłodzku, a rewanż tydzień później w Krakowie. – Będą Juwenalia, chcemy zrobić z tego „iwencik”, ściągnąć tłum studentów – tłumaczy Bychawski.
– Cieszymy się, to lepszy harmonogram niż odwrotny, można u siebie odrobić ewentualne straty – komentuje Zych. – Ale postaramy się o korzystny wynik też na wyjeździe. Dużo będzie zależało od dyspozycji dnia, nie można też sobie pozwolić na odpuszczenie jakiegoś fragmentu. Pamiętam, jak w finale play off w 2012 w pierwszym meczu wysoko pokonaliśmy Legię. Jechaliśmy do Warszawy na pewniaka, a dostaliśmy ze 30 punktów „w plecy” i dopiero u siebie przesądziliśmy o awansie. Teraz tym bardziej potrzebna jest ciągła koncentracja.
„Agiehowcy” wyjeżdżają na opolszczyznę już 1 maja, być może będą ćwiczyć w hali OSiR w Kłodzku, gdzie potem odbędzie się konfrontacja. Pełna mobilizacja, ale charakter dwumeczu barażowego, fakt, że decyduje bilans, a nie liczba zwycięstw, może zdeterminować w najbliższą sobotę taktykę decydujących momentów. Na ogół przy niewielkiej przewadze w końcówce, przegrywający gonią wynik: faulami zmuszają przeciwników do egzekwowania osobistych i rzucają za trzy. Niekiedy przynosi to oczekiwane rezultaty, ale bywa, że straty jeszcze rosną. Bychawski i Zych twierdzą, że taktyka będzie elastyczna, ale takie gorączkowe pogonie raczej nie będą miały racji bytu.
– Zakończenie w najbliższą sobotę w ogóle może być dosyć dziwne, bo przy małej różnicy, ani zwycięzcy nie będą mieli powodu, aby za bardzo się cieszyć, ani przegrani, żeby smucić – podsumowuje Piotr Biel, trener przygotowania fizycznego AZS AGH Alstom.

Taka anegdota. Zimą Wojciech Bychawski spotkał Przemysława Saczywko, prezesa, a przede wszystkim założyciela i mecenasa Rosy Radom (nazwa firm oraz klubu wzięła się od słów ROdzina SAczywko). Podchodzi, przedstawia się: „Może pan pamięta, w ubiegłym roku byliśmy u was na mistrzostwach Polski juniorów„.
– Co tam turniej juniorów. Nigdy nie zapomnę, jak pan jeszcze grał w Niepołomicach i tłukliśmy się w II lidze. Wysoko prowadziliśmy, a pan gonił nieważną piłkę: poprzewracał pan paru naszych chłopaków i przejechał kawał boiska na tyłku – odparł jeden z najbardziej prominentnych działaczy rodzimego basketu.
Z grubsza charakteryzuje to Bychawskiego również w obecnej roli. Trzeba ponadprzeciętnej wyobraźni, aby namalować sobie obraz tego człowieka o wybujałej cielesności, impulsywnej naturze i wybuchowym temperamencie, znanego pod adekwatnym pseudonimem „Zwierz”, pielęgnującego duży ogród z oczkiem wodnym zarybionym karasiami, czy hodującego kury, zielononóżki kuropatwiane. – Niech pan nie opowiada, że hodowanie kurek jest proste. O kurki trzeba dbać, a ja o swoje dbam! Każda ma obrączkę, na znak, że są rodowodowe – mówi z naciskiem. – Znoszą jajka bez złego cholesterolu.

Chyba wszystkie te przeciwstawne cechy pomagały mu w działalności szkoleniowo-organizacyjnej przy Piastowskiej. I – jak sam podkreśla – miał szczęście do podobnych wariatów, zwłaszcza Piotra Biela. – Zdarza się, że wszystko jest pięknie, ładnie, niby się układa, są pieniądze i sukcesy, a po sezonie trenerzy się rozstają. A my już pięć lat robimy to chętnie razem, chociaż nie raz słychać strzały – tu „Zwierz” odgrywa scenę, jak Biel wkurza się o niedotrzymanie przez współpracowników wcześniejszych ustaleń, czy planów.
Oni również, tak jak i ich podopieczni, w pierwszej dekadzie maja staną przed życiowym wyzwaniem. – Od paru dni, gdy jadę samochodem albo robię coś w domu, bezwiednie się wyłączam i zaczynam się zastanawiać, jak to będzie, jakie założenia będą najlepsze – zwierza się Bychawski. – Zostały trzy minuty do końca, Grzesiek Dudzik wyrzuca piłkę z boku, jaka taktyka… Albo utrudniam: przegrywamy pięcioma, a ktoś skręcił nogę. Aż czuję szarpanie za rękaw i synek krzyczy: „Tato, tato, zakręć już wodę, bo się przelewa, a tylko herbatę mamy ugotować!”.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.