Colt jest najwyższym układem kart

Piłkarze Wisły Kraków nie przegrali na własnym stadionie z Cracovią od 20 lat w ogóle, a od 56 lat w ekstraklasie. Dzisiaj ulegli jej 1:2.

Fani gospodarzy wywiesili wielką sektorówkę z napisem „Miejski poker” i zarysem zabudowy, a pod nią banner obwieszczający wersalikami: „Karta nam sprzyja, Wasz czas już mija”.
Tymczasem to zawodnicy „Pasów” (ich kibiców zresztą, za karę, brakło na trybunach) już w pierwszym rozdaniu dostali fulla z ręki. Miroslav Covilo, który w defensywie cofał się, aby ubezpieczać stoperów, w ataku ustawił się jak koszykarski center, tyłem do bramki. Przyjął podanie z głębi pola, wycofał krótko do Mateusza Cetnarskiego, który podał na lewo do nieobstawionego Denissa Rakelsa. Łotysz z kilkunastu metrów i nieznacznego spalonego kopnął pewnie przy słupku.
Niedługo potem goście znowu zalicytowali wysoko i zgarnęli pulę stritem. Uderzenie z dystansu Marcina Budzińskiego bramkarz przerzucił nad poprzeczką, dośrodkowanie z rogu znowu zgrywał Covilo – tym razem głową, do środka – gdzie futbolówkę w zamieszaniu strącił do tyłu Paweł Jaroszyński. A Luiz Deleu przymierzył z 17 metrów dokładnie w to samo miejsce co Rakels.
– Musimy sobie powiedzieć, że daliśmy totalnie ciała – konferencyjne kolokwializmy trenera „Białej Gwiazdy”, Kazimierza Moskala miały swoją moc. – Zwłaszcza na początku, kiedy to my mieliśmy wyjść agresywnie, odbierać piłkę i atakować.

Jedna z jego kart miała zagięty róg i trzeba ją było odwołać z partii – Denisowi Popoviciowi, już podczas rozgrzewki, kiedy był wpisany do wyjściowej jedenastki, odnowiła się kontuzja mięśnia dwugłowego. Obaj szkoleniowcy długo trzymali zakryte, przy brzuchu, swoje potencjalne asy. Wilde-Donald Guerrier i Bartosz Kapustka pojawili się na placu po przerwie. Ten pierwszy pokazał niewiele (Moskal: „Nieprzypadkowo nie ma ostatnio miejsca w podstawowym składzie, odczuwa skutki wcześniejszej kontuzji i wyjazdów”), drugi pomógł swojej drużynie w dłuższym przetrzymywaniu piłki i kontrolowaniu sytuacji. – Miał kłopoty zdrowotne w tym tygodniu, nie byłem pewien, czy wytrzyma całe spotkanie. Plan był taki, by wpuścić go, gdy już formacje się porozciągają – wyjaśnia opiekun zwycięzców, Jacek Zieliński.

Opisując dzisiejszą rozgrywkę można strawestować pokerowe powiedzenie z barwnych, westernowych czasów Dzikiego Zachodu: „Colt jest najwyższym układem kart”. Zdecydowały nie strategie, taktyki, analizy, posiadane atuty. Trzy punkty zaksięgował ten, kto wyciągał broń po to, żeby strzelać, a nie bawić się nią i grozić, a kiedy strzelał, nie brakło mu zimnej krwi i precyzji. Prób przez półtorej godziny było po kilkanaście, część niecelnych, część słabych lub bez tempa, kilka razy wykazali się bramkarze.
Wiślacy mieli swój kwadrans przed przerwą, ale go nie wykorzystali. Wprawdzie niedługo po tym, jak przeciwnicy objęli prowadzenie 2:0, Krzysztof Mączyński dokładnie zacentrował, Maciej Jankowski przedłużył głową, a Paweł Brożek zdobył swojego 125. gola w ekstraklasie, a 150. dla „Białej Gwiazdy” we wszelkich rozgrywkach, lecz później zmarnował wyborne okazje.
Kiedy dogonił długie podanie szpagatem, jakoś da się wytłumaczyć, że z pięciu metrów posłał piłkę obok słupka, ale w 37. minucie idealnie obsłużył go Rafał Boguski, a „Brozio” będąc sam na sam – przewrócił się.

Przed ostatnim gwizdkiem poprzepychali się Arkadiusz Głowacki i Sreten Sretenović, którego kapitan Wisły chciał skarcić za faul. Arbiter ukarał Serba za tamto żółtą kartką, natomiast poszturchiwania zostawił bez konsekwencji, bo musiałby obu odesłać do szatni (mieli już po „żółtku” na koncie).
– Zaangażowanie było dzisiaj powyżej maksymalnego pułapu – podsumował konfrontację Zieliński, unikając negatywnych ocen swoich podopiecznych, choćby za utratę inicjatywy w pierwszej połowie: – Nie miałbym serca, żeby po takim meczu wygłaszać jakiekolwiek pretensje. Nacieszmy się tym sukcesem, smakuje wyjątkowo.
Euforia „Pasów” jest w pełni uzasadniona. Wszak na stadionie przy Reymonta wygrali ostatnio we wrześniu 1995 roku, 1:0, w pierwszej rundzie II ligi. Spotkanie przeszło do anegdoty także w światku dziennikarskim, gdyż redaktor „Tempa”, fanatyk Cracovii, wbiegł wówczas na murawę i ją ucałował. W ekstraklasie zaś pokonała ona ostatnio Wisłę na jej stadionie aż w 1959 roku.
Już w najbliższą środę oba zespoły czekają kolejne potyczki. Cracovia podejmie o g. 20.30 Podbeskidzie Bielsko-Biała. Jeszcze trudniejsze zadanie stoi przed „Białą Gwiazdą”, która o tej samej godzinie wyjdzie na boisko Lecha. – Nie mamy innego wyjścia, jak jechać do Poznania i pokazać się z jak najlepszej strony. Sztuką jest podnieść się – kończy sentencjonalnie Moskal.
PAWEŁ FLESZAR

WISŁA Kraków – CRACOVIA 1:2 (1:2)
Bramki: Rakels 7, Deleu 23 – Brożek 25. Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa). Żółte kartki: Głowacki, Sadlok, Uryga, Boguski – Deleu, Covilo, Jendrissek, Sretenović. Widzów: 20 094.
WISŁA: Cierzniak – Jović, Głowacki, Guzmics, Sadlok – Uryga – Boguski, Mączyński, Jankowski (61. Guerrier), Burliga (83. Crivellaro) – Brożek. Trener: Kazimierz Moskal.
CRACOVIA: Sandomierski – Deleu, Sretenović, Wołąkiewicz, Jaroszyński (87. Zejdler) – Covilo, Dąbrowski – Rakels, Cetnarski (59. Kapustka), Budziński, Jendrissek (90. Wdowiak). Trener: Jacek Zieliński.

Pozostałe wyniki i tabelę piłkarskiej ekstraklasy można znaleźć TUTAJ.

Komentowanie zablokowane.