Commodore czerpie dane z iPhone’ów

– Łatwiej byłoby mi zbudować skład na Ligę Mistrzów niż na pierwszą ligę, ale dlatego między innymi praca tutaj jest ciekawa: to wyzwanie – mówi Andrzej Kubacki, który podpisał dwuletnią umowę jako trener siatkarzy AGH 100RK AZS Kraków.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Całe życie spędził pan w Kędzierzynie-Koźlu?
– Prawie. Urodziłem się wprawdzie w Janowie Lubelskim, ale praktycznie od początku mieszkałem w Kędzierzynie. Z przerwą na studia na AWF we Wrocławiu. W Kędzierzynie grałem trochę w siatkówkę, ale tylko do wieku juniora – Bozia nie dała wzrostu… Natomiast 1 sierpnia minęło 25 lat, jak po studiach zacząłem karierę trenerską. Najpierw z grupami młodzieżowymi Chemika Kędzierzyn, potem zostałem asystentem Leszka Milewskiego przy drużynie seniorów.
– I po 48 latach przenosi się pan do Krakowa? Ponoć mocno zakorzenionych drzew przesadzać się nie da.
– Życie pisze swoje scenariusze. Przez ostatnie dwa lata nie byłem trenerem w ZAKSIE, tylko menedżerem ds. kadr młodzieżowych. Nie jestem stworzony do siedzenia za biurkiem. Dyskutowaliśmy o tym z żoną i uznaliśmy, że należy skorzystać z ciekawej możliwości pracy w AGH. Zwłaszcza że oboje jesteśmy zakochani w Krakowie. Jest tu klimat, a teraz na dodatek tworzy się też klimat dla siatkówki.
– Czyli nie usycha pan po przesadzeniu?
– Nie. Żona wprawdzie nie może się przenieść ze mną, bo jest nauczycielką w szkole, ale będzie mnie odwiedzać w weekendy. Córka studiuje we Wrocławiu. Nie jest daleko, gdyby jeszcze nie było korków na autostradzie…
– Może miną po wakacjach. A później zacznie się sezon… Jest pan zadowolony ze składu, jaki udało się skompletować? Jest na miarę oczekiwań czy konieczności?
– Ma potencjał, niektórzy z tych chłopaków w przyszłości mogą grać jeszcze wyżej. Kiedy zaczęliśmy zbierać drużynę, trwał już okres transferowy. Nie chciałem robić wielkiej rewolucji; uważałem, że część dotychczasowych zawodników powinna zostać, bo mają zdolności. Wzmocniliśmy go kilkoma doświadczonymi, ściągnęliśmy do tego kilku młodych. Generalnie, łatwiej byłoby mi zbudować skład na Ligę Mistrzów, bo to przy niej obracałem się długo do tej pory. Ale też dlatego praca w I lidze, w AGH, była wyzwaniem i tym chętniej się na nią zdecydowałem. Podpisałem umowę na dwa lata, chciałbym w tym czasie tworzyć tutaj dobrą siatkówkę.
– Podobno umowa jest nie z klubem, ale bezpośrednio z uczelnią?
– Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam. Te sprawy są tajemnicą kontraktową. Ale chcę zaznaczyć, że spotkałem się tu z dużym zaangażowaniem działaczy, chęcią pomocy w wielu kwestiach. Dowodem jest choćby kupiony sprzęt do treningu, czy zatrudnienie sztabu szkoleniowego, Przemka Płaczka i Kacpra Osucha. A oni bardzo dużo mogą wnieść do pracy. Niedawno byłem na kursokonferencji w Spale, gdzie rozmawiałem z Danielem Castellanim. I on mówi: „Wiesz, my jesteśmy jak te komputery starej generacji, Commodore, a ci młodzi trenerzy – jak nowoczesne urządzenia, jakieś iPhone’y. Powinniśmy od nich czerpać”. Ma rację; gdyby porównać to czego mnie uczono 30 lat temu z tym, co oni dzisiaj zdobywają na studiach trenerskich, to zupełnie inna bajka. Mogę dać im doświadczenie, wiedzę i umiejętności stricte siatkarskie, ale mnóstwo można też od nich skorzystać. I ja, i zespół.
– A propos – był pan drugim trenerem u boku znakomitych szkoleniowców, choćby Jana Sucha, Waldemara Wspaniałego, wspomnianego Leszka Milewskiego. Ile pan od nich wyniósł, da się odwzorować ich metody?
– Nie można się uczyć na zasadzie kopiowania. Nie zdobędzie się mistrzostwa, powtarzając wszystko to co zrobił trener, który je osiągnął. Poza wymienionymi przez pana asystowałem też Rastislavowi Chudikowi, Wojciechowi Drzyzdze, Krzysztofowi Stelmachowi. Wiele skorzystałem na współpracy z wszystkimi, od każdego dało się wyciągnąć dużo dobrych rzeczy. Bywały czasem i złe rzeczy, ale to też jest nauka.
– A potem, na dwa sezony, 2006-2008, został pan pierwszym trenerem Mostostalu. Ciężkie było zderzenie z rzeczywistością w roli „frontmana”?
– Przede wszystkim, przypomnijmy sobie jakie to były czasy. Klub miał mniej pieniędzy, inne cele. Dwukrotnie wystąpiliśmy w finale Pucharu Polski, dwukrotnie zajęliśmy szóste miejsce w lidze, z czego raz nieznacznie przegraliśmy z Jastrzębiem w ćwierćfinale awans do czwórki. To dobre wyniki, jak na tamte możliwości, ale najważniejsze było, że w przeciwieństwie do paru innych klubów w historii – w kryzysie nie spadliśmy zupełnie na ziemię.
– Jeśli mówimy o metodach treningowych. Czym są podyktowane takie rozwiązania, jak wolne popołudnie w środę, albo ustawianie sparingów na piątek i sobotę, z wolną niedzielą?
– Teraz ćwiczymy dwa razy dziennie, po dwie i pół godziny, czasem dłużej, więc w środę po południu zawodnicy mają za sobą pięć dużych jednostek treningowych. I to jest właściwy moment, aby dać im trochę luzu. W przygotowaniach odpoczynek jest równie ważny jak praca. Inaczej nawet konia można zajechać… Natomiast jeśli chodzi o sparingi, to chcę, żeby niedziela była wolna. Wprawdzie można by grać w niedzielę, a zrobić wolny poniedziałek, ale wtedy zaburzy się mikrocykl treningowy. Chcemy zresztą dużo grać, także w trakcie tygodnia, najchętniej we wtorki, bo czeka nas sporo pracy nad ustawieniem szóstki.
– Kiedy pojawi się podstawowa szóstka?
– Na pewno nie będzie jednej szóstki. Mam w tej chwili czternastu zawodników, liczę, że szybko dołączy Patryk Łaba, ale każdy będzie miał swoje pięć minut. Liga jest długa, będzie dużo zmian zadaniowych. Wszyscy otrzymają szansę, ale warunek jest jeden: żeby nie marnowali swojego czasu. Mój czas to jeszcze pół biedy, ale jeżeli taki siatkarz ma przychodzić na zajęcia i ćwiczyć niedbale, a jeszcze stoi, skacze i nogi go od tego bolą, to już lepiej niech siądzie, bo to bez sensu.
– Jakie są cele na najbliższy sezon?
– Nie mamy powiedziane, że musimy zająć pierwsze, drugie, czwarte, czy ósme miejsce. Mamy dobrze grać i spokojnie się utrzymać. Chcemy budować markę klubu, żeby on miał podobny wizerunek jak uczelnia – renomę i solidność AGH. No i ważne jest, żeby w drużynie grało jak najwięcej studentów.
– A jakie miejsce pana by satysfakcjonowało?
– Jak się walczy, to o pierwsze miejsce, na każdym poziomie. Będziemy starali się wygrywać, a ile nam się z tego uda, to nie wiadomo. A ja nie mniej niż ze zwycięstw będę się cieszył z postępów siatkarzy. Chciałbym, żeby w przyszłości co najmniej kilku z nich trafiło do Plus Ligi. Mam nadzieję, że uda się nadać im tutaj potrzebny do tego szlif.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.