„Czarny” w klimatach średniowiecza

Były przyjmujący AGH AZS Kraków, Grzegorz Surma podpisał pre-kontrakt z klubem belgijskiej ekstraklasy – VDK Gent – i pod koniec miesiąca przenosi się do Gandawy.
– Pre-kontrakt to po prostu umowa wstępna: dostałem ją za pośrednictwem reprezentującą mnie agencję, wydrukowałem, podpisałem i odesłałem skan. Na miejscu w Belgii podpiszę już właściwy kontrakt – tłumaczy 25-letni siatkarz. – Z tego co wiem, jest to normalna procedura przy transferach zagranicznych, a sprawę można uznać za „zaklepaną”, bo z tej umowy już żadna ze stron zbyt łatwo nie może się wycofać.
Opowiada, że podczas pierwszej rozmowy w AGH zadeklarował chęć odejścia, gdyż już wtedy miał propozycje z Belgii. Pierwsza opcja upadła jednak ze względu na kłopoty klubu stamtąd, a Gent jest długim wyborem. Wszystko przeciągnęło się do sierpnia; Grzesiek był ostrożny w deklaracjach, ale jednocześnie spokojny o przyszłość.
– Wszystko wzięło się z doświadczeń. W ubiegłym roku już praktycznie byłem zawodnikiem słowackiej Slavii Svidnik, byłem tam, ale wyjechałem bez kontraktu, a potem okazało się, że nie mam już po co wracać – wspomina. – Z drugiej strony jednak jeszcze w drugiej połowie września udało mi się znaleźć zatrudnienie, więc nie denerwowałem się, że jeśli teraz nie wypali kierunek belgijski, to zostanę na lodzie.

VDK Gent wybrał go na podstawie nagrań występów w barwach AGH i statystyk. W minionym sezonie drużyna zajęła siódme miejsce w Ethias Volley League Belgium. – Z tego co do mnie dotarło, teraz chcą się zakwalifikować do czołowej szóstki, która gra w play off o mistrzostwo – mówi ich nowy przyjmujący.
Belgijska siatkówka ma w Polsce niezłą renomę ze względu na tamtejszą reprezentację, ale i takie kluby jak Noliko Maaseik, Knack Roeselare, czy Volley Asse-Lennik. – Dlatego szybko zdecydowałem, że będę trzymał się tego kierunku i czekał. Chciałem spróbować nowego wyzwania, zobaczyć coś innego, pograć w ekstraklasie – wyjaśnia „Czarny”, nazywany tak ze względu na karnację. – To coś bardziej satysfakcjonujące niż nasza pierwsza liga, w której nie walczy się praktycznie o nic.
Nowy zespół zaczyna przygotowania 1 września, ale Grzesiek już od pewnego czasu biega, pływa, ćwiczy na trx. Ma doświadczenie, bo w ubiegłym roku, u schyłku lata, przez kilka tygodni trenował sam.
Od dawna jest w pełni sprawny. Po złamaniu piątej kości śródstopia, które odniósł pod koniec grudnia, nie ma już śladu: – Wznowiłem zajęcia, kiedy trwał jeszcze sezon, ale gra wtedy byłaby zbyt ryzykowna; natomiast do skakania wróciłem w ostatnim miesiącu pobytu w AGH.

Poza pensją VDK zapewnia mu mieszkanie i wyżywienie, w przypadku pierwszego z belgijskich klubów była mowa również o samochodzie służbowym i zwrocie kosztów za benzynę. – Teraz i tak postanowiłem, że pojadę tam własnym samochodem. To najlepszy sposób, bo zabiorę dużo potrzebnych rzeczy, a przez następne osiem miesięcy mogę nie mieć zbyt wielu okazji do wizyt w domu – uzasadnia.
Jest takie powiedzenie: „Piwosze nie idą do raju, tylko udają się prosto do Belgii”. Różne źródła podają różne wielkości, ale można znaleźć nawet informacje o ponad tysiącu gatunków piwa produkowanych w tym kraju. Jeden z lokalnych, produkowanych w pobliżu Gent, ma bogatą znaczeniowo nazwę: „Delirium tremens”… – Wiedziałem, że to kraj piwa, ale o tym ostatnim nie słyszałem – śmieje się Grzesiek. – Tyle że ja nie jestem piwoszem. Lubię je tylko podczas upałów – „damskie”, smakowe, zimne, gdzieś nad wodą.
Gandawa (Gent jest nazwą flamandzką) ma korzenie aż w czasach starożytnego Rzymu, a największy rozkwit przeżywała w średniowieczu. W mieście jest wiele zabytków z tamtego i późniejszych okresów. – Bardzo ładnie wygląda; na razie oglądałem zdjęcia w google grafika i byłem pod dużym wrażeniem – zwierza się Grzegorz, który w Belgii chce porozumiewać się po angielsku. – Ten język opanowałem bardzo dobrze, ale wyczytałem w pre-kontrakcie, że przewidziany jest kurs flamandzkiego, więc może jeszcze czegoś się tam nauczę – kończy z humorem.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.