Czekając na pierwszą miłość

Wywiad ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „Przeglądu Sportowego” z 11 czerwca 2004 r.

Poker jest sztuką oszustwa, przyjacielu. Graliśmy uczciwie: ja oszukiwałem, ty oszukiwałeś, wygrał najlepszy„. Oto cyniczna wizja rywalizacji przedstawiana przez Wielkiego Szu – najbardziej rozpoznawalną rolę JANA NOWICKIEGO. Prywatnie doskonały aktor jest entuzjastą sportu, od lat posiada stałe miejsce na trybunie honorowej stadionu krakowskiej Wisły.

– Wielki Szu zostałby mistrzem świata w pokerze?
– Myślę, że nie. Zostałby nim w amerykańskim filmie. Od mistrzów świata byli tacy aktorzy jak Paul Newman, Edward G. Robinson. Siłą naszego filmu jest fakt, że on niczego nie udaje. Szu jest mistrzem powiatu, województwa, czasami Polski. Ogrywa cukiernika, wozi go chłopiec, który gra w „oczko” w taksówkach. „Wielki Szu” stał się kultowy, bo opowiada o prawdziwych rzeczach. Gdyby robili drugą część, pewnie pojechałby do Monaco, Las Vegas. Po co? Byłby tam śmieszny, on jest stąd.
– I jest nasz, bo w efekcie przegrywa? My też czujemy się skazani na porażkę.
– Tak, to jest ta cecha polska. Rozdarta sosna i trup na końcu.
– To jednak nie sprawia, że rezygnujemy z emocji. Ważna premiera teatralna, nawet bez pańskiego udziału, na której wypada się pokazać. W tym samym czasie – mecz na Wiśle. Gdzie pan jest?
– Jestem na stadionie Wisły. Powiem więcej – niedawno miałem premierę „Sztukmistrza z Lublina”, w której rolę Cadyka gram na zmianę z Markiem Litewką, a akurat odbywał się mecz z Odrą Wodzisław. Po cichu próbowałem załatwić, żeby to on wystąpił w pierwszym spektaklu, a ja pójdę na stadion. Nie udało się jednak, zagrałem premierę, a swój bilet dałem komuś innemu.
– Pokazuje się pan na stadionach Wisły i Cracovii. Mówił pan: „Marzę, że kiedyś zniknie w Krakowie ten kretyński, międzyklubowy antagonizm”.
– Niedawno przyszło mi do głowy, że szczególne kibicowanie jednej drużynie ma pewien urok, tak jak ma pewien sens wierność żonie. Wiadomo jednak, że życie, poza żoną, oferuje nam jeszcze inne ciekawe rzeczy. Nie mówię tu nawet o innych kobietach, ale o krajobrazach, doznaniach artystycznych, książkach. Wierność jednemu klubowi i pewien sportowy, nazwijmy go, nacjonalizm, ma jakąś wartość, ale nie może się przekształcić w chorobliwą agresję. Dawniej tego nie było, a dzisiejsi kibice przypominają jakieś dziwne stwory, które niestety tylko w jakimś stopniu egzystują przez sport – najważniejsza jest możliwość bycia anonimowym w tłumie. Kocham piłkę nożną tak samo, jak kocha się dobre filmy, dobry teatr. Bardzo kocham moją Wisłę, Wisła jest moją żoną…
– I zdradza ją pan z innymi?
–  Mam dziewczyny typu Cracovia, Zwierzyniecki, Wawel. Ostatnio napisaliśmy hymn Garbarni z Zygmuntem Koniecznym, europejskiej klasy kompozytorem. Pamiętam smak Garbarni z dawnych lat, pamiętam ją w pierwszej lidze. Chodziłem na mecze jeszcze ze świętej pamięci Krzysiem Litwinem. Gdy zimno było jak jasna cholera, człowiek zawsze miał jakąś flaszkę w kieszeni, żeby się napić, ale to nie oznaczało, że tą flaszką mam potem uderzyć kogoś w łeb.
– Dzisiaj nie jest to takie oczywiste.
– Ludzie stracili proporcje w postępowaniu i stali się zwierzętami. Zabrania się komuś picia na stadionie, to on od razu kupuje „pół wora”, idzie w krzaki i się upierdziela. Na stadionie bywa tak ohydny prymitywizm, że opadają ręce. Nawet na mojej ukochanej Wiśle słyszę „Legia ch…, k…”. Ksiądz Fidelus kiedyś mi mówi: „Janku, wejdź tam do nich”, a ja na to: „Z czym mam wejść? Ze Słowem Bożym?”. Ludzie doszli do tego, że w obijaniu się pałami upatrują pewnych emocji i spełniają się w tym.
– Jak wykorzenić te emocje?
– Sposoby muszą być ostre. Na chamstwo należy odpowiedzieć brutalnością, zdecydowanie, butami. Powinni stworzyć obozy pracy i tych wszystkich młodych, jurnych ludzi zagonić do roboty. Na pewno coś jest do posprzątania w Bieszczadach, na Śląsku… Skoszarować ich i niech zapierd…, zarabiają na siebie, na jedzenie.
Chamstwo nie zniechęca do wizyt na stadionach?
– Nie, nie zniechęca. Cóż mogą mi zrobić, dadzą mi w łeb? Chodzę, bo muszę gdzieś chodzić. Jak chcę mieć święty spokój to jadę do Lasku Wolskiego, albo idę do pustego kościoła, żeby sobie posiedzieć i pomyśleć.
Kościoły zachwycają architekturą, stadiony mniej…
– To, co my posiadamy, jest jednym wielkim i totalnym nieszczęściem. W Krakowie to ja już nic nie rozumiem – żeby w najpiękniejszym mieście Polski nie powstał obiekt z prawdziwego zdarzenia? Najbiedniejsze kraje, Mołdawia, Bułgaria, w każdym jest jakiś jeden stadion, tylko my mamy resztki jakiegoś koszmarnego socrealizmu, który na nieszczęście ma jeszcze pięćdziesiąt lat i nazywają to, kretyńsko, zabytkiem. Mówię o Wiśle. Jak to jest możliwe, że dwa znakomite kluby, z takimi tradycjami jak Cracovia i Wisła, nie mogą mieć wspólnego stadionu? Jest w tym jakaś zapyziałość, okropna prowincja w myśleniu i odruchach serca. Serce, poza tym, że bije, musi jeszcze bić kulturalnie, z myślą o drugim człowieku, a nie tylko w swoim chamskim, zapyziałym przywiązaniu do klubu.
– Brak infrastruktury wynika z kryzysu administracji, zarządzania. W sztuce też jest to widoczne.
– Sztuka potrzebuje zniewolenia. Gdyby nie niewola, walka z okupantem nie powstałby romantyzm, który jest przecież jedynym prawdziwym i wspaniałym kierunkiem w polskiej literaturze. W peerelu artyści mieli również doskonałe warunki do buntu, uprawiania sztuki. Przy czym było to jeszcze subwencjonowane przez państwo – tamci dawali pieniądze i pozwalali sobą pogardzać, a dzisiejsi pieniędzy nie dają i każą się kochać.
– To brzmi jak idealizowanie przeszłości.
– Nie jestem idiotą, nie pochwalam komuny, bo wtedy wszystko było chore, głupie, bez sensu. Z drugiej strony, przez piętnaście lat byłem w jednym z najlepszych teatrów świata, Teatrze Starym. Byliśmy biedni, ale byliśmy światowcami. W Buenos Aires czy Caracas rozdawałem autografy, bo byliśmy tam popularni, znano te wszystkie „Ziemie obiecane”, „Sanatoria pod Klepsydrą”… Wasze dzieciaki, jeżeli będą chciały zapoznać się z minioną epoką, zajrzą do tych pozycji. Przecież nie będą oglądać „Sary”, „Psów”, „Młodych wilków”, bo to są bzdety, popłuczyny po amerykańskiej kinematografii, która bywa znakomita, ale częściej jest byle jaka. Komputerowo wymyśla się filmy mające zainteresować widza o mentalności czternastoletniego debila.
– Sztuka wymaga zniewolenia, a sport?
– A dlaczego by nie? Zwróćcie uwagę, że na Kubie ciągle rodzą się gwiazdy, bo sport daje możliwość wybicia się, wyjechania w świat, zdobycia pieniędzy. W komunistycznej Polsce powstała lekkoatletyczna potęga, wadziliśmy się jak równy z równym z Ameryką. Byłem na meczu ze Stanami Zjednoczonymi na Stadionie Dziesięciolecia, gdzie na trybunach siedziało 100 tysięcy ludzi. A teraz ten stadion zamieniliśmy w największe targowisko w Europie.
– Widzi pan jakieś możliwości wyjścia z kryzysu? Nikt świadomie nie będzie się przecież zniewalać.
– W futbolu będzie z tym ciężko, bo dysproporcje materialne są olbrzymie, ale jest jedna szansa związana z pewną zmianą w mentalności. Proszę zwrócić uwagę, co się stało z tak wspaniałym piłkarzem jak Kosowski. Co z tego, że zarabiał w Kaiserslautern cztery razy więcej niż w Wiśle, skoro nie grał i go nie było? To aż śmieszne, aż żałosne, że młodzi Polacy, sportowcy, nie rozumieją, że istnieje jeszcze coś poza pieniędzmi. W latach 70. pojechałem do Londynu. A Londyn to jest najwyższy punkt odniesienia, wiadomo – Szekspir, Marlowe, Aldridge Theatre. Najwyższa półka. Ale żeby człowiek był zdenerwowany, że w Londynie gra? I że oni – John Gielgud, Lawrence Olivier, Alan Bates – zarabiają więcej? Witałem się z nimi bez kompleksów, mimo że kilka dni wcześniej przewoziłem przez granicę dziesięć dolarów w bucie. A cóż mi oni! To jest taki kop, takie szczęście, że można tam być, że można im przywalić aktorsko!
– Zarobki powinny być odzwierciedleniem poziomu zawodowego.
– Przecież ja nie będę frustratem, bo Jack Nicholson zarabia więcej ode mnie. Na amerykańskie warunki zarabiam tyle co statysta, a wcale nie czuję się od nich gorszy, mnie tylko potrzebna jest rola. Żeby zagrać tak jak Anthony Hopkins, mój ukochany aktor, muszę mieć „Okruchy dnia”, muszę mieć „Milczenie owiec”, a nie „Zostać miss”. Rozumiecie panowie?
– Pan nie musi czuć kompleksów, ale polscy piłkarze nie wytrzymują porównania z Zidanem, Ronaldinho, Nedvedem.
– Tu dotykamy innych problemów, a mianowicie szkolenia. Ale skoro u nas pojawiła się jedenastka Górskiego, to nie jest kraj, w którym nie da się wyszkolić wielkich piłkarzy. W tym powinniśmy szukać szansy, a nie cały czas wisieć na Cupiale, że Cupiał musi za swoje kable wszystko nam postawić.
– Być może jesteśmy w stanie wyszkolić wielkich piłkarzy, ale i tak nie zdołamy im zapłacić tyle co Zachód.
– Wyścig honorariów przypomina wyścig zbrojeń. Jedno i drugie jest absurdalne. Nie może być tak, że na oczach umierającego z głodu świata facet ubrany na biało gra o dwa miliony dolarów. Ktoś tego kiedyś nie wytrzyma i będziemy mieli następną rewolucję październikową. Nie można też aż tak bardzo epatować zarobkami. Piłkarze zaczynają być żałośni. Tak na dobrą sprawę, Beckham to jest błazen. Mało tego – to już jest półpedał, to w ogóle nie jest mężczyzna. Ta jego kobitka, te jego szatki, fryzurki. Jest dowodem na to, jak dalece oszalał świat. To rzeczywistość produkuje takich kretynów jak on.
– Ale chyba można cenić piłkarzy za umiejętności?
– Tak, szczególnie lubię Zidane’a. Patrzę na niego i nic nie mogę zrozumieć. Duży chłop, porusza się jak w filmie na zwolnionych obrotach, a jednocześnie robi wszystko dwa razy lepiej niż pozostali. I wszyscy się na to nabierają. Był taki aktor u nas w teatrze, Tadeusz Wesołowski. Wszystkie role, czy to Szekspir, czy Eurypides, czy Mrożek, grał jednakowo cicho i na jednym tonie. Nawet się specjalnie nie ruszał, a inni biegali, szaleli, nabijali tempo. A on w każdej roli był różny i w każdej był najlepszy. Kocham też Roberto Carlosa, te jego rajdy, ten uśmiech. My jak przegrywamy to jesteśmy ponurzy, nawet euforia jest jakaś ponura. A oni w momentach, w których chodzi o wielki prestiż i pieniądze, potrafią się uśmiechnąć do siebie.
– Ciągle szukamy analogii między aktorstwem a futbolem.
– Jest jeszcze jedna. Aktor wychodząc na scenę musi mieć poczucie, że jest największy na świecie, znakomity. A w momencie, w którym kończy się przedstawienie, musi wiedzieć, że jest jednym z najgorszych. W imię rozwoju.
– A jak wychodzi na scenę domu kultury w Łomży?
– Można występować za kotleta schabowego i to nie będzie chałtura, a można odwalać chałturę w Teatrze Narodowym. Można grać pięknie, z zaangażowaniem na stadionie Zwierzynieckiego i można odstawiać lipę na stadionie Wisły, czy Camp Nou. Piłkarz wychodząc na boisko musi wierzyć, że jest najlepszy, a schodząc musi wiedzieć, że nie wykorzystał wszystkich szans. Może być porażka, ale nie może brakować zaangażowania. Kiedy Wisła odpadła w Pucharze UEFA z Norwegami, to myślałem, że sobie tętnice podgryzę. Poczułem się dotknięty, że ktoś mnie zlekceważył.
– Przed innym meczem pucharowym przyszedł pan na stadion Wisły i pomagał usuwać śnieg. Mówił pan: „Kopię grób dla Lazio”.
– Nie będę udawał Wyki, Einsteina, czy Herberta w swoich sformułowaniach. Wiem, jakim językiem posługujemy się w piłce.
– Powiedział pan też: „Włosi zapadną się na rozmrożonej murawie po same jaja”.
– O! Był taki klimat. To poniżenie, że nie mamy dobrego boiska, te ich zachowania przy odwołaniu meczu. Wkurzyli mnie, najnormalniej w świecie. Wiem, że mieli swoje racje, ale byłem wściekły. To była wściekłość biedaka.
– A wiślacy rozegrali mecz treningowy poprzebierani w koszulki Lazio.
– Lubię takie wygłupy. Podobała mi się też Odra Wodzisław, jak tańcowali po strzeleniu gola. Co to komu przeszkadzało? Jak najwięcej elementów zabawy, żeby to nie była tylko walka na śmierć i życie. Trochę żartu. Dlatego lubię Kalu Uche, bo on mi wprowadza element karnawału – kogoś zrobi w jajo, a potem serię salt. W tym jest coś chłopięcego, a nie tępe wykonywanie zadań taktycznych. A ja jeszcze chcę się pobawić.
– A bawią pana aktorskie popisy piłkarzy?
– Strasznie mnie denerwuje, kiedy nazywacie to aktorstwem. To nie aktorstwo, ale błazenada. Kiedy ktoś udaje – jest złym aktorem. Jest parę rzeczy, za które karałbym biczowaniem. Kazałbym wybiczować faceta na placu za to, że ciągnie za koszulkę. To są dorośli mężczyźni, a takie zachowanie jest gówniarstwem. Ciągnie faceta, za chwilę mu majtki zdejmą i będzie przyrodzeniem szorował po boisku.
– Mistrzami udawania są Włosi.
– To złośliwa nacja, plują, szczypią, za jaja łapią. Południowcy to takie beksy, mają skłonność do przesady.
– Przylgnęła do pana etykieta znawcy kobiet i wielbiciela ich urody. Podobają się panu kobiety w sporcie?
– Naturalnie. Teraz wstrząsnęła mną pani Agnieszka Rylik. Coś nieprawdopodobnego! Piękne brwi, śliczne oczy, stonowany sposób bycia, mówi przepięknym językiem. I ona jest bokserką! Kiedyś chodziliśmy na wszystkie mecze siatkarek, koszykarek Wisły. Poszliśmy do Ludwika Miętty z prośbą, żeby dziewczyny chowały koszulki do spodenek, bo my patrzymy także na zgrabne pośladki.
– Agnieszka Rylik zbiera ciosy po tych pięknych brwiach. Zapaśniczki, dziewczyny podnoszące ciężary. Kobiety są stworzone do tego?
– Kobieta jest stworzona do wszystkiego. Poczynając od tego, co zrobiła Ewa w raju.
– Kiedyś skomentował pan długie zagraniczne zgrupowania Wisły: „Oderwanie od żon może być ważnym elementem, bo znacznie piękniej jest tęsknić za nimi, niż być z nimi i je kochać”.
– To dobre zdanie.
– A czy tak nie jest w ogóle, w sporcie, sztuce, życiu, że piękniej jest marzyć o sukcesie, dążyć do niego, niż go wreszcie osiągnąć?
– Tutaj macie odpowiedź na pytanie o szansę, jaką mogą mieć takie zespoły jak Wisła. One mają tęsknotę. A jaką tęsknotę mogą mieć piłkarze Realu Madryt? Oni mogą już tylko kopulować to, co jest skopulowane. Tylko podtrzymują potencję, potrzebują viagry, a nasi czekają na pierwszą miłość.
– A jeśli zostanie niespełniona?
– To trzeba czekać na następną.
Rozmawiali PAWEŁ FLESZAR i PRZEMYSŁAW FRANCZAK

MIĘDZY ARSENALEM A MAJEM
Ponad pięćdziesiąt ról teatralnych, dwieście filmowych i sześćdziesiąt w Teatrze Telewizji. Cztery dekady na scenie i wiele niezapomnianych kreacji. Artur w „Tangu” Mrożka, Stawrogin w „Biesach” Dostojewskiego, Józef K. w „Procesie” Kafki, Poeta w „Weselu” Wyspiańskiego – Jan Nowicki jest częścią wielkiej historii Starego Teatru, z czasów jego świetności. Szeroką popularność przyniosła mu rola Kettlinga w kinowej wersji „Pana Wołodyjowskiego” (w reżyserii Jerzego Hoffmana), grał poza tym m.in. u Krzysztofa Zanussiego („Spirala”), Jerzego Wojciecha Hasa („Sanatorium pod Klepsydrą”) i u Andrzeja Wajdy, dla którego był jednym z ulubionych aktorów. W świadomości widzów zapisał się jednak przede wszystkim wybitną rolą Wielkiego Szu, w filmie Sylwestra Chęcińskiego z 1983 roku. Bogata kariera, choć…

Być może zrobiłem mniej, niż mógłbym, ale jedną z moich cech jest to, że nie przejawiam żadnych szczególnych ambicji. Chcę być dobry, ale nie chcę być najlepszy – tłumaczy pan Jan. – Nigdy nie miałem koniecznej w tym zawodzie dawki zazdrości, zawiści, planów. Może dlatego, że wyszedłem z kompletnej bidy i wszystko co mnie spotkało jest tak niesłychanie pozytywnym zakończeniem, że do głowy by mi nie przyszło, że mógłbym mieć jeszcze więcej. Po co więcej? Bawi mnie jak ktoś chce wykorzystać każdy dzień, pobić każdy rekord. Wprawdzie, potrafię nawet kogoś takiego podziwiać, dopingować, ale absolutnie nie chciałbym w tym brać udziału. Uważam że są dużo ważniejsze rzeczy, niż rekordy i pieniądze. Chociażby pory roku, przyroda, maj. Co ma Arsenal do czegoś takiego jak maj? Jest gównem w porównaniu z wiosną.

PIŁKARZE W TEATRZE
Sport zawsze był istotną częścią życia Jana Nowickiego, choć jak sam przyznaje nigdy sportowcem by nie został. – Nie miałem jakichś szczególnych talentów, ale miałem dość długo fenomenalne zdrowie – uśmiecha się. – Gdzieś do pięćdziesiątego roku życia, paląc ciągle papierosy, potrafiłem każdego zagonić na śmierć. Wprowadziłem tenis do Starego Teatru, organizowaliśmy turnieje. Odbijaliśmy sobie, żeby potem pójść na piwo.
Urodził się 5 listopada 1939 roku w Kowalu na Kujawach. – Mieszkało tam raptem trzy i pół tysiąca ludzi, a mieliśmy wybudowany stadion lekkoatletyczny z boiskiem piłkarskim – opowiada. – Nie mówiąc o tym, że były trzy teatry, gdzie można było zobaczyć klasykę, „Dożywocie”, „Śluby panieńskie”. Poznawaliśmy Fredrę, a jednocześnie wszyscy biegali, pchali kulą. W tych majtkach, w pepegach, często boso.

Jan Nowicki wybrał Fredrę, ale miłość do sportu pozostała. W Krakowie, gdzie przeniósł się w 1960 roku z Łodzi (studiował na Wydziale Aktorskim tamtejszej „Filmówki”, by zmienić ją na krakowską PWST), zaczął pojawiać się na stadionie Wisły i utrzymywać kontakty z piłkarzami. Do dziś przyjaźni się Ryszardem Sarnatem, niegdyś błyskotliwym napastnikiem Białej Gwiazdy. – Nasze środowiska się przenikały. Pamiętam, że cała drużyna Wisły chodziła na premiery do teatru, załatwiało im się bilety – wspomina. – Z kolei, na ich meczach zawsze pojawiała się silna reprezentacja aktorów.

ALE CI DOBRZE, JASIEŃKU!
Stały bywalec stadionów Krakowa przy okazji wielkich imprez sportowych długie godziny spędza przed telewizorem. – Podczas Atlanty przeżyłem najpiękniejszą olimpiadę świata – opowiada Jan Nowicki. – Miałem domek nad jeziorem, z tarasikiem, telewizor, który dobrze odbierał, fantastyczne trunki, miłego psa i ciepłe były noce. Siedziałem w fotelu, popijałem brandy i oglądałem igrzyska. Bardzo mile to wspominam ze względu na zestaw wszystkiego: i to lato, i te noce parne, i brandy, i pies, i telewizor, który dobrze odbierał. To razem złożyło się na pewną emocję.

Przed tegoroczną olimpiadą w Atenach, czekają go rozpoczynające się właśnie piłkarskie mistrzostwa Europy. Polacy nie grają, więc będzie kibicował słabszym, biedniejszym lub drużynom z krajów, w których był, coś przeżył. – Lubię odbierać wrażenia sportowe intymnie, w samotności – twierdzi. – Kiedyś mieszkałem w bloku na Prądzyńskiego. Miałem zasłonięte okno czymś takim miodowym, ładna poświata szła stamtąd, miałem przyzwoity telewizor, w którym transmitowano mecz. Był chłód popołudnia. Miałem mielonego kotleta, małosolnego ogórka i zmrożoną setkę. Walnąłem tę setkę, przegryzłem ogórkiem, zapaliłem papierosa i głośno westchnąłem: „Ech, ależ ci dobrze, Jasieńku…”.

NIEPRAWDOPODOBNA SIŁA
Żoną Jana Nowickiego była nieżyjąca już Barbara Janiszewska-Sobottowa, członkini niepowtarzalnej polskiej drużyny – lekkoatletycznego Wunderteamu. W sztafecie 4×100 metrów wywalczyła brązowy medal na olimpiadzie w Melbourne (1956 rok), startowała również w Rzymie (1960) i Tokio (1964). Dwukrotnie zdobywała mistrzostwo Europy w sprincie (1958, 1962).
Była piękną dziewczyną – podkreśla pan Jan. – Wszyscy lekkoatleci kończyli studia, znali języki obce, przecież Barbara miała trzy fakultety. I do tego luz: Piwnica pod Baranami, tańce. Marian Foik – najszybszy biały – przed startem papieroska w żywopłocie popalał. Przy tym były to naturalne talenty, o nie do końca chyba wykorzystanych możliwościach, Była taka Mańka Bibro-Kusion, która skakała w dal 630 centymetrów, nie trenując prawie w ogóle. Tylko tak nogą „pędzlowała”, a jak trener patrzył – robiła większy zamach. Nie bali się nikogo; Jarka Jóźwiakowska, która w skoku wzwyż była wicemistrzynią olimpiady w Rzymie, pytała Barbarę: „Kto to w ogóle są ci czarni, jakie oni mają wyniki?”. Mieliśmy nieprawdopodobną siłę.

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*