Czerwona kość słoniowa

Legendarne „Orły Górskiego” i ich występ podczas mistrzostw świata w 1974 roku nie doczekały się zbyt wielu – biorąc pod uwagę rangę sukcesu – odniesień w polskiej popkulturze. Nieoczekiwanie z odsieczą przychodzi jej niemiecki kryminał.

Mottem książki jest cytat z pisarza i tłumacza Fritza Rudolfa Friesa: „Powieść kryminalna powinna zaskakiwać jak mecz piłkarski”. A niezależnie, czy w danym momencie narracji udaje się to lepiej, czy gorzej – „Czerwona kość słoniowa” konsekwentnie przeplata kryminalną intrygę z opisami rozgrywanych w Niemczech mistrzostw. No i łatwiej, nawet z tamtej perspektywy, wytypować obsadę ich finału, niż nazwisko mordercy.
Inna rzecz, że życie Ericha Loesta, który opublikował powieść pod pseudonimem Hans Walldorf, miało jeszcze więcej zwrotów akcji. Przed II wojną światową należał do Hitlerjugend, pod koniec niej chciał nawet wstąpić do NSDAP, aby walczyć w szeregach Waffen SS, co szczęśliwie mu się nie udało. Za to został członkiem Werwolfu, uwięzili go Amerykanie, pracował na roli i w fabryce, by po wschodniej stronie żelaznej kurtyny zostać… dziennikarzem komunistycznej gazety. W NRD w 1957 r. towarzysze wsadzili go do więzienia za „kontrrewolucję”, a gdy z niego wyszedł, zaliczył najpłodniejszy okres jako autor powieści detektywistycznych. W 1981 roku uciekł do Niemiec Zachodnich, a po połączeniu obu państw wrócił do Lipska. Mimo tylu traumatycznych zdarzeń, dożył 87 lat.

Osnową fabuły jest nielegalny handel i przemyt kłów słoniowych, a jej zapalnikiem – śmierć dziennikarki z Londynu. W śledztwo nieco przypadkiem zostaje wmieszany komisarz Scotland Yardu, George Varney, który znalazł się na mistrzostwach w składzie angielskiej delegacji, w formie podziękowania za wcześniejsze zasługi dla niej. Ich reprezentacji nie ma na turnieju – wiadomo dlaczego. „Od czasu, gdy w pierwszych dniach wojny hitlerowski U-boot wtargnął do portu Scapa Flow i storpedował jeden z naszych pancerników, nic nas nie zabolało, jak ta porażka” – mówi o przegranych eliminacjach. Z tego powodu zamierzał kibicować przeciwnikom Polaków, tymczasem staje się ich fanem.
I to od pierwszego wejrzenia, gdy zmierzyli się z Argentyną:
„Mecz (…) zaćmił dramatyzmem wszystkie dotychczasowe, jakie rozegrano na tych mistrzostwach. Polacy z trzema wysuniętymi napastnikami od pierwszej minuty parli na bramkę Argentyńczyków. Varney usiłował zapamiętać te nazwiska: Lato, Szarmach, Gadocha. Strzelali, walczyli, z tyłu zasilał ich podaniami Deyna. Ten był dosłownie wszędzie. Harował w obronie, wykonywał prawie wszystkie rzuty wolne i z rogu, a Lato i Gadocha pędzili jak do pożaru. (…) Argentyńczycy sprawiali w tym czasie wrażenie prowincjonalnych graczy, którym jedenastka światowej klasy daje lekcję gry. (…) Czyżby Polacy – mistrzowie olimpijscy, pogromcy Anglików – stali się nagle piłkarską potęgą?”.
Peany na cześć drużyny Kazimierza Górskiego pojawiają się dalej regularnie.

Mundial jest tłem, ale chwilami zlewa się z akcją. Choćby wtedy, gdy trzeba znaleźć i przesłuchać podejrzanego wśród 60 tysięcy widzów oglądających na stadionie w Hamburgu konfrontację obu państw niemieckich. Przy okazji – to spotkanie niesłusznie jest pomijane podczas rozważań o pechu, który zamknął naszym drogę do finału, czy nawet do tytułu. W scenariuszach historii alternatywnej, mówi się o pogodzie przed meczem RFN – Polska, jego przełożeniu, przed kilkunastu laty – wraz z rozwojem infrastruktury stadionowej – pojawiła się smaczna teoria, „co by było, gdyby… można było tak jak dzisiaj zasunąć dach”.
Nikt nie porusza natomiast sensacyjnego rozstrzygnięcia w Hamburgu, kiedy zespół NRD pokonał kapitalistycznego sąsiada, przez co zajął pierwsze miejsce w grupie i zwekslował tamtych do „połówki” z Polakami. Inaczej w drugiej fazie zmierzylibyśmy się właśnie z Niemcami Wschodnimi, z którymi powinno pójść nam łatwiej, zresztą to spotkanie mogło nie mieć dla nich zbyt dużego znaczenia.
Walldorf punktuje każdego, kto chciałby natrząsać się z futbolowej pasji i z powyższych dywagacji, będących jedną z jej pochodnych: „Można być snobem, zamknąć się w swoim pokoju i w taki dzień czytać sobie na głos dramaty Szekspira, ale piłka i tak będzie toczyć się dalej. Można pokpiwać z tego sportu i jego zwolenników, ale bez piłki nożnej nasz świat nie byłby tym, czym jest”.

Jednym z bohaterów powieści jest Pat Oakins, prywatny detektyw, mistrz karate, wielbiciel Raymonda Chandlera i sera pleśniowego, mający 151 centymetrów wzrostu.
Bezbłędnie kojarzy się z Camille Verhoevenem, komisarzem paryskiej policji, mierzącym 6 cm mniej. Wykreował go Pierre Lemaitre, jeden z trzech królów – obok Jo Nesbo i Dennisa Lehane’a – XXI-wiecznego kryminału. Czytając wydaną w Polsce trylogię z Verhoevenem („Koronkowa robota”, „Alex”, „Ofiara”), albo „Suknię ślubną”, będziecie się zastawiać, czy Lemaitre ma większy talent literacki, czy fantazję fabularną.
A zamykając za jednym zamachem tematy współczesnego kryminału i hołdów dla polskiego futbolu w tymże – warto przywołać Jensa Lapidusa. Szwedzki adwokat wyróżnia się z masy skandynawskich twórców oryginalnym stylem narracji („ma flow”, jak ktoś stwierdził), a w jego najnowszej książce, „Sztokholm delete”, członkowie serbskiej mafii gwarzą sobie tak:
„- Kurwa, to jest bohater, znaczy się. Najpierw dwa razy obronił strzał Andrija Szewczenki na koniec dogrywki, potem karne. Oglądałeś mecz? Fani Liverpoolu nie przestawali śpiewać You’ll Never Walk Alone, mimo że ich drużyna miała trzy bramki w plecy po pierwszej połowie.
– A co ty myślisz, że Pamela Anderson śpi na plecach? Jasne, że oglądałem. Widziałeś, Dudek nie załapał, że Liverpool wygrał, nawet po obronieniu karnych. Oglądałem potem wywiad z tym gościem.
– Ja też, co za zawodnik. Słowiański król. Odbijał karnego za karnym. Nie przejmował się niczym innym, jedynie bronił. Nogi wiły mu się jak glisty, dawał nieźle czadu.”
PAWEŁ FLESZAR

Hans Walldorf: CZERWONA KOŚĆ SŁONIOWA. Tytuł oryginału: Rotes elfenbein. Tłumaczenie: Karol Czejarek. Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 1979.

Komentowanie zablokowane.