Człowiek z tytanu

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 4 czerwca 2004 r.

Mistrz Europy juniorów z 1993 roku. Pomocnik wielkiego Widzewa z lat 90. Kilkakrotny mistrz Polski z Wisłą Kraków. Twardziel. Na boisku – dyrygent znany z niewyparzonego języka. Przez lata nękany kontuzjami: w kolanach ma śruby, w brzuchu metalowe siatki. Świetny piłkarz. Mirosław Szymkowiak.

W rankingu opracowywanym przez tygodnik „Piłka Nożna” jego nazwisko przez siedem lat figurowało w rubryce „talenty”. – I coś ten talent nie może do tej pory wypłynąć – śmieje się Mirek, kokietując z maestrią, jaką nierzadko prezentuje w swoich zagraniach. Zdolny, wszechstronny, pracowity – takie opinie towarzyszyły mu od początku bardzo wcześnie rozpoczętej kariery. Miał siedemnaście lat, gdy jego trener w Olimpii, Grzegorz Lato stwierdził wprost: – Szymkowiak to już jest kawał zawodnika.
– Pan Grzegorz to przesympatyczny człowiek, rozbrajający – wspomina „Szymek”. – Przyszedł i powiedział, że w tej drużynie będzie wesoło i tak było. Pamiętam, że miał stalowy uścisk dłoni. Koledzy zdejmowali obrączkę przed przywitaniem. Jak ktoś zapomniał, to krwiaki na palcach miał gwarantowane.

Szymkowiak od małego grał ze starszymi od siebie. Różnica dwóch, trzech lat go nie przerażała, szok przeżył dopiero w chwili, gdy jako szesnastolatek wszedł do szatni seniorów. – Byłem takim małym kajtkiem i pamiętam jak powiedziałem „dzień dobry”, za co na wstępie dostałem opieprz, bo w drużynie mówi się „cześć” – usta Mirka rozciągają się w szerokim uśmiechu. – Miałem dla nich szacunek, dwa tygodnie wcześniej podawałem im piłki. Dziwnie się czułem na przykład, gdy do Andrzeja Borówko mówiłem per „Borówa”, a on miał syna praktycznie w moim wieku.

Talent szybkiego, nieustępliwego zawodnika, mistrza Europy U-16 z 1993 roku (kadra Andrzeja Zamilskiego) docenili trenerzy wielkiego Interu Mediolan. Takich propozycji podobno się nie odrzuca. Szymkowiak odrzucił. – Miałem wtedy dziewiętnaście lat i widziałem, jak z zagranicznych, nieudanych wojaży wracają Bartek Karwan, Marcin Szulik, Maciek Terlecki. Bałem się ryzyka – wyznaje. – Z perspektywy czasu żałuję tej decyzji. Obecnie, gdyby jakiś 19-letni kolega dostał taką propozycję, to osobiście pojechałbym do niego do domu i namawiał na taki wyjazd. Jak się dobrze gra w piłkę, to łatwiej się wypromować we Włoszech, niż u nas.

Dotyk żywej nadziei

Obrazek jakich wiele jest i było w szarej, polskiej rzeczywistości: wielkomiejskie blokowisko, ciężko pracujący rodzice, trzech dorastających synów. Mirek był najmłodszy, klucz do mieszkania nosił na szyi albo przyczepiony do nadgarstka. – Mama kończyła pracę o trzeciej, który z nas wracał pierwszy, nastawiał ziemniaki do gotowania – wspomina. – Byłem samodzielny od małego.
Na osiedlu mieszkały same niezamożne dzieciaki. Piłka była największą rozrywką, a spełnieniem wakacyjnych marzeń – zakładowe kolonie. Do szesnastego roku życia Mirka nie było stać na dżinsy. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił sobie od razu sześć par. – Za mistrzostwo Europy dostałem 4,5 miliona, a za zwycięstwo w pierwszym meczu ligowym 7 milionów – opowiada. – Zwariowałem troszeczkę: kupiłem sobie wieżę stereo i te wszystkie spodnie. Czerwonych Mustangów nie zapomnę chyba nigdy w życiu.

Tym większą miał motywację do wybicia się w sporcie. – Kiedy moi rówieśnicy chodzili na imprezy, jeździli pod namioty, na wycieczki, ja rzygałem na obozach z wysiłku – zwierzał się kiedyś. Pracowitość została mu do dzisiaj. – Jasne, że miałem talent, ale do wszystkiego doszedłem treningiem – uważa. – Przecież dawniej lewą nogą podpierałem się tylko przy wsiadaniu do tramwaju. Na zajęciach czasami do zasranej śmierci podajemy do siebie, ćwiczymy przerzuty, ale to się przydaje. Tak trzeba.
Z domu rodzinnego wyniósł skromność („Liderzy to są w kolarstwie, ja jestem pomocnikiem w dobrej drużynie„, „Kariery zrobili Boniek i Lato, ja przeżywam przygodę z piłką„) i oszczędność. Pieniądze inwestuje w nieruchomości, giełdę. – Za dużo nie chcę o tym mówić, bo wszystko zostaje wyolbrzymiane – narzeka. – Niedawno ktoś napisał, że mam jakieś kamienice w Łodzi, co jest bzdurą. Oczywiście jednak zaraz zadzwoniłem do gazety z pytaniem, w którym miejscu. Przecież właściciele kamienic są odpowiedzialni za ich utrzymanie, stan rur i dachów – żartuje.

Chętnie bierze udział w akcjach charytatywnych, kiedyś ufundował stroje młodym piłkarzom. – Czasami wydaję pieniądze niepotrzebnie, a potem mam wyrzuty sumienia, że mogłem je przeznaczyć dla bardziej potrzebujących – przyznaje. – Poleżałem kilka miesięcy w szpitalach i napatrzyłem się na ludzkie nieszczęście, ból jaki znoszą dzieciaki. Dlatego zawsze gdy widzę reklamy TVN „Nadzieja”, wstukuję numer sms-a w komórkę.

Widelce będą się trzymać

Cierpienie ponoć uszlachetnia. W przypadku Szymkowiaka to zdanie brzmi jednak jak przekleństwo. Napisać o nim, że często miewał problemy ze zdrowiem, to jakby nie napisać nic.
Kiedyś liczyłem, ile czasu straciłem przez kontuzje. Wyszło mi ponad dwa sezony – mówi z refleksją 28-latek.
Dwukrotnie zerwał więzadła krzyżowe kolan, na ich rekonstrukcję ma wycięte z mięśni dwugłowych obu ud po 29 centymetrów włókien, był pięciokrotnie operowany, miał uraz ścięgna Achillesa, barku, poważne kłopoty z mięśniami brzucha i gros mniejszych kontuzji. – W kolanach mam cztery śruby, w brzuchu dwie siatki tytanowe wielkości 12-14 centymetrów – wylicza. – Przez bramki do wykrywania metali na lotniskach przechodzę jednak bez problemu. Wszystko jest z tytanu, więc można jeszcze na tym zarobić.

Dobry humor nie zawsze jednak mu dopisywał. – Kiedy po raz drugi zerwałem więzadła, zaraz po występach w Lidze Mistrzów z Widzewem, byłem załamany – zwierza się. – Poszedłem do domu i popłakałem się jak dziecko. Dziewczynie powiedziałem, że już nie chcę grać w piłkę. W ogóle miałem taki kryzys, że kupiłem wódkę i spiłem się jak bela. Agnieszka bardzo mi pomogła w tamtym okresie i jestem jej za to bardzo wdzięczny.
W wieku dwudziestu lat miał więcej dramatycznych przeżyć, niż o wiele starsi koledzy. – Szczęście w nieszczęściu, że najpoważniejsze kontuzje przytrafiły mi się na początku kariery. Dzięki temu stałem się twardszy, bardziej odporny na kolejne nieprzewidziane problemy ze zdrowiem – twierdzi.

Jego pech polegał na tym, że obok urazów związanych z przeciążeniem młodego organizmu, pojawiały się również kontuzje zupełnie przypadkowe. Tak było z barkiem, który po niegroźnie wyglądającym upadku wsadzono mu do gipsu na sześć tygodni.
Sierota jestem – konkluduje z ironią. – Mama mówi, że ja to się nawet przewrócić nie umiem. Nieraz się zastanawiam, dlaczego to wszystko spotyka akurat mnie, czy zrobiłem coś komuś w przeszłości, że takie nieszczęścia mnie prześladują? Od kilku lat, non stop, przechodzę jakieś zabiegi. Tyle prądów nabrałem, że niedługo widelce będą się przy mnie trzymać.

Ponad rok temu, przed pucharowym meczem z Lazio nie pomagały mu żadne konwencjonalne zabiegi. Achilles zaprotestował i szykowała się kolejna operacja. Uniknął jej tylko dzięki fizjoterapeucie Gregorowi Zeleznikowi, który w Niemczech poddawał go nieludzkim katuszom. – Jak tylko o tym mówię, to łzy mi lecą – z powagą opowiada Mirek. – Gregor miał taką drewnianą pałkę, dwa razy grubszą od długopisu, i maltretował mi nią ścięgno. Gryzłem sobie rękę z bólu, kląłem na niego nieprawdopodobnie. I stał się cud. Zdążyłem zagrać przez chwilę już w Rzymie.
W jakim miejscu znajdowałaby się jego kariera gdyby nie kontuzje? – Czasem się nad tym zastanawiam – przyznaje. – Sam nieraz się sobie dziwię, że po tym wszystkim gram jeszcze w piłkę na niezłym poziomie. Najwyraźniej mam po prostu charakter do grania.

Transfer na rolę

Z anomaliami zawodowego futbolu w Polsce spotkał się bardzo wcześnie i w nader intrygujących okolicznościach. W październiku 1994 roku prezes Olimpii Poznań, Bolesław Krzyżostaniak zastawił w banku karty zawodnicze Szymkowiaka, Grzegorza Mielcarskiego i Andrzeja Jaskota. Pożyczki, którą otrzymał w zamian, nie zdążył spłacić w terminie.
Koledzy śmiali się później, że mógł mnie wykupić na przykład jakiś rolnik i teraz gdzieś bym dla niego pole orał – żartuje Mirek. – Na początku byłem na pana Krzyżostaniaka zły za całą sytuację, ale po dwóch-trzech latach nawet mu podziękowałem, bo w efekcie tej operacji zagrałem w Widzewie. Bez tego nie wiadomo, jak dalej potoczyłaby się moja kariera.

Początkowo jednak do Łodzi mu się nie śpieszyło. – Zawodnikami Widzewa staliśmy się z poniedziałku na wtorek, nawet o tym nie wiedzieliśmy – opowiada. – Pamiętam, jak zjawili się w klubie panowie Wojciechowski z Dzieniakowskim – mówią do mnie i Andrzeja, że mamy jechać podpisać kontrakty z Widzewem. W swoim stylu, zacząłem się śmiać i wróciłem do szatni; powiedziałem, że nie znam gości, więc nie ma rozmowy. Chwilę później prezes wyjaśnił mi całą sprawę. Bałem się, łódzki zespół był wtedy na topie, grało tam bodaj dziewięciu kadrowiczów. Trwały intensywne konsultacje rodzinne. Mama była trochę przeciwna, ojciec z wujkiem namawiali mnie do wyjazdu, wiedząc, że to będzie dla mnie duża promocja. Pojechałem po dwóch miesiącach i jakoś sobie poradziłem.

Widzew – masa wspomnień, sentymentów i niezałatwionych spraw. – Serce mi się kraje, gdy teraz patrzę na ten klub – mówi Szymkowiak. – Zostawiłem w nim sześć lat zdrowia, piękne przeżycia i wspaniałych kibiców. Od dawna jednak nic się tam nie robi, ciągle jest gorzej.
Kiedyś powiedział: – Jest w Widzewie jeden człowiek, którego nienawidzę.
Andrzej Grajewski na niechęć odpowiadał dosadnymi wypowiedziami: – Nie ma w klubie pieniędzy, bo trzeba spłacać pier…ych Szymkowiaków i Stolarczyków.
Nie chciałbym rozmawiać na temat tego pana – kręci nosem „Szymek”. – Z nim jest tak: najpierw zarzeka się, że oddał serce Widzewowi, potem odchodzi na pół roku do Lecha Poznań. Jedziemy tam na mecz, a on paraduje po całym stadionie w szaliku Lecha.

Echo tamtej ciszy

W archiwum Szymkowiaka jest taka fotografia sprzed lat. Pozuje na nim drużyna zespół Widzewa, który nie miał sobie równych w kraju i awansował do Ligi Mistrzów, co od tamtej pory pozostaje niespełnionym snem polskich drużyn. – Popatrzyłem niedawno na to zdjęcie i smutno mi się zrobiło – zwierza się Mirek. – Ekipa była świetna, a niewielu już gra w piłkę w pierwszej lidze.
Do europejskiej elity wdarli się po legendarnych bojach z Broendby Kopenhaga. Pokonali Duńczyków w Łodzi 2:1, ale na wyjeździe przegrywali już 0:3. W ostatnich minutach zdobyli dwa gole. – Ta niesamowita cisza po ich stronie. Śpiewaliśmy, a oni nie mogli wyjść z szatni, płakali – wspomina Mirek. – Podobnych, niezapomnianych momentów było jeszcze kilka: kiedyś w ciągu pięciu minut zapewniliśmy sobie mistrzostwo na stadionie Legii w Warszawie, albo jesień 2002 roku w Wiśle.

Łódzki zespół przypomniał, co kilkanaście lat wcześniej znaczyły słowa „widzewski charakter”. Franciszek Smuda wprowadził nowość – podwajanie przeciwnika z piłką, którą po roku podchwycili wszyscy ligowi trenerzy. Widzew nie przegrał 36 meczów z rzędu. – Zwyciężaliśmy 3-4 bramkami, przeciwnicy prosili, żeby ich nie dobijać – opowiada Mirek. – Smuda nauczył nas, żeby grać do samego końca. Zawsze cisnę; jest dwa, trzy zero, a ja chcę ładować więcej – potrząsa znacząco pięścią.
Mieliśmy też dodatkowe motywowanie, dokładano nam do premii za zwycięstwo powyżej trzech goli. Kiedyś sponsorem był browar i za każdą strzeloną bramkę dostawaliśmy skrzynkę piwa. W pewnym momencie mieliśmy ich z sześćdziesiąt, leżały u góry, u działaczy. Po wakacjach wróciliśmy i nie było już nawet skrzyneczki. Któryś prezes wypił

Do utraty tchu

Gdy wracał z Bytomia, z wygranego 2:0 ligowego debiutu, koledzy z Olimpii traktowali go już jak swego, częstując piwem. – Byłem zaszczycony, nie wypadało odmówić. Po trzech butelkach, ze sto kilometrów za Katowicami, padłem jak kawka i spałem do samego Poznania – wspomina Mirek. – Od tamtej pory mam nauczkę i staram się oszczędzać z piwami.
Nie zawsze dało się zachować umiar. – Mogli balować całą noc, a rano trenowali na całego. Taki zespół – opisywał Widzewa połowy lat 90. jego bramkarz, Maciej Szczęsny.

Trochę Maciek przesadził – prostuje Szymkowiak. – Naprawdę „dobra” impreza, do samego rana, zdarzyła się tylko raz. Na drugi dzień był trening i strzały. Każdy kopał gdzieś daleko i pięć minut szedł po piłkę. Ja waliłem do bramki, a „Szczęśniak” coś mi się nie rzucał. Mówię do niego: „Ty, jak nie umiesz, to nie pij”. I to na poważnie. Dopiero potem zajarzyłem, że chłop ma 31 lat, a ja jestem dziewiętnastoletni gówniarz i mi nie wypada. Przeprosiłem.
Normalnie jednak nikt z piciem nie szaleje, organizmu nie da się oszukać – uważa Mirek. – Jak ktoś dobrze „przyłoży”, to na drugi dzień widać po nim na zajęciach. No i nie ukryje oddechu. Poza tym człowiek się starzeje. Dawniej jadłem w kilka minut obiad i biegłem z powrotem na boisko. Dzisiaj dwie godziny po jedzeniu jeszcze nie mógłbym normalnie trenować, bo cały czas kolka by mnie łapała.

Już w Olimpii piłkarze potrafili zabawić się „z przytupem”. – Byłem jeszcze na to za młody, ale starsi dostawali policyjne „blachy” – opowiada Szymkowiak o resortowym klubie. – Kiedyś paru chłopaków jechało samochodem, ktoś się chciał z nimi ścigać, walił już chyba ze 180. Przy dwustu zaczęli go mijać z „blachą” przytkniętą do szyby. Gość tak się przestraszył, że o mało nie spowodował wypadku, bo zaczął zjeżdżać na pobocze.

Najwięcej fantazji mieli jednak ówcześni bohaterowie polskiej piłki – widzewiacy. Kiedy Marcin Zając lecąc samolotem na zgrupowanie na Cyprze dowiedział się, że urodziła mu się córeczka, pierwszej nocy urządzono pępkówkę. – O Jezus, co to była za impreza! – ożywia się Mirek. – Graliśmy w karty w moim pokoju. Za naszym bungalowem była kilkunastometrowa prosta, a dalej basen. Przegrywającemu otwierano drzwi i biegł na pełnym gazie, wpadając do wody. Jeden kolega tak już „dobrze wyglądał”, że zapomniał o dokumentach, które miał w kieszeniach. Po wszystkim wychodzi z basenu i wyciąga przemoczony paszport, dowód osobisty, karty kredytowe. Czwarta rano, a tu dopiero zaczęła się jazda na maksa. Jaja były nieprawdopodobne! Najpierw mnie ogolili maszynką, a potem koledzy zaczęli się strzyc do towarzystwa. Nie byliśmy jednak strasznie pijani, bo wszyscy zachowali uszy i nie mieli pociętych głów. Później już obóz przebiegał normalnie.

Chińczyk bez tatuaży

Jest rozpoznawany, choć nie zawsze wiąże się to z pozytywnymi zjawiskami. Niedawno w Krakowie, pod domem zwyzywało go czterech wyrostków. – Lekceważę takich ludzi i się nie odwracam. Olałem ich kompletnie – opowiada. – To są zresztą pojedyncze przypadki, bo spotykam się przede wszystkim z dowodami sympatii. Z każdym mogę pogadać o piłce.
Czy lubię popularność? Uwielbiam – podkreśla, choć kiedyś stwierdził, że niezręcznie się czuje, rozdając autografy swoim rówieśnikom, czy ludziom starszym od siebie. – Jestem Mirek Szymkowiak, normalny człowiek, taki jak oni – argumentował. Poglądów nie zmienił, choć sam przyznaje, że ostatnio jego nazwisko, twarz stają się coraz bardziej znane. – To dzięki reprezentacji, która jest masowo oglądana – analizuje. – A gra w kadrze, to dla mnie największa przyjemność. I jeszcze dawanie autografów dzieciakom – lubię patrzeć, jak się cieszą.
Idol z okładki? – Nie, to nie ja – zaprzecza i ze śmiechem dodaje: – Nie mam tatuaży, dobrej budowy. Kiedyś był moment, że dużo pisano o moich fryzurach. Teraz ten temat zginie – gładzi się po ogolonej na „zero” głowie.

Zawsze pozostaje jeszcze pisanie o modzie – ekstrawagancja strojów to wszechobecny trend wśród polskich piłkarzy. Rok temu przy Reymonta wszystkich w tej konkurencji dystansował Kamil Kosowski, obecnie schedę po nim przejął Radosław Majdan. Szymkowiak plasuje się w czołówce. – Lubię się ubierać – mówi otwarcie. – Stać mnie na to, żeby kupić sobie parę oryginalnych rzeczy, szczególnie za granicą. Nie jest jednak tak, że siedzimy w szatni i nawijamy o ciuchach, broń Boże. Raczej śmiejemy się, gdy ktoś się dziwnie ubierze. A jest Radek, Maciek Stolarczyk też potrafi czasem coś wymyślić. Arek Głowacki kiedyś założył takie buty, że chcieliśmy mu narty do nich doczepić… A Jackowi Kowalczykowi na takiej króciutkiej, puchowej kurtce wykleiliśmy plastrem napis „Ochrona”. Różne rzeczy robimy, ale nikt się nie obraża.

Dowcip, który koledzy urządzili Szymkowiakowi nie był związany z ubiorem. – Kiedyś spiker w czasie meczu odkurzył moje stare przezwisko z czasów, gdy jeździłem na kolonie. Wołali wtedy na mnie „Chińczyk”, byłem krótko ścięty, oczka takie miałem… I jak to powiedział, zaczęła się jazda. Idę do szatni, patrzę – ścieżka z ryżu. Zastanawiam się po co ktoś ryż wysypywał, to przecież bez sensu, a tutaj ścieżka zakręca prosto do mojej szafki. Ubaw był spory. W szatni jest wesoło i to jest duży plus. Kto przetrzyma z nami pierwsze trzy miesiące, to znaczy, że się nadaje do zespołu – podsumowuje rozbawiony.

Niespotykanie spokojny człowiek

Widziałeś co kibice zrobili w trakcie meczu? – pytają koledzy.
Widziałem… w poniedziałkowej gazecie – odpowiada Mirek.
W czasie gry wyłącza się, nie zauważa niczego poza boiskiem, nawet olbrzymiej flagi „sektorówki” o wielkości całej trybuny. Paradoksalnie, w parze z wielką koncentracją idzie niezwykła pobudliwość, wrzaski jakimi ruga partnerów przedzierają się przez doping kilkutysięcznej publiczności. – Trener wymaga, żebym ustawiał kolegów, więc muszę krzyczeć – tłumaczy. – Są momenty, że trzeba dać sobie porządną „zjebkę”, a innym razem należy poklepać po dupci i powiedzieć: „Zajebiście zagrałeś”. Wszystko po to, aby zmobilizować, sprawić, że ktoś da z siebie resztkę sił.
Twierdzi, że z taką samą motywacją przystępuje do każdej konfrontacji. – Kiedyś po kontuzji, pojechałem z rezerwą na mecz czwartoligowy, z Grabarzem Zembrzyce chyba – opowiada.
Garbarzem.
No właśnie. Nie było litości, cały czas biegali za mną i kopali po kościach. Walczyłem jak mogłem z tymi gośćmi z Garbarza, czy może Grabarza, bo prawie mnie tam pogrzebali, ledwo uszedłem z życiem. Zresztą na boisku nigdy nie ma przyjaźni, sam bywam chamem. Po meczu jednak zawsze podejdę i przeproszę.

Kiedy adrenalina buzuje w głowie, nie ma świętości, a sędzia staje się wrogiem osobistym.
– Chcesz kartkę? – pytał przed rokiem groźnie francuski arbiter spotkania sparingowego.
Tak, chcę! – hardo odpowiadał „Szymek”.
Przed laty podszedł do Jacka Granata: „K…, bo ci zaraz zawleczkę wyciągnę„. – Od razu zobaczyłem asa kier – wspomina jedną z czerwonych kartek. – A po chwili, kiedy schodziłem do szatni, usłyszałem od trenera Smudy największe joby w życiu.
Jesienią, w Wodzisławiu, już w budynku klubowym nazwał Mirosława Ryszkę imieniem instrumentu służącego do podtrzymania gatunku. Tak jak i z Granatem bardzo lubi się z nim prywatnie…
Wszyscy mnie strofują, także ojciec chrzestny, który kiedyś był sędzią. To moja największa bolączka, przecież zdaję sobie sprawę, że my, piłkarze, mylimy się dwa razy częściej niż oni – przyznaje samokrytycznie. – Staram się spokojnie podchodzić do meczu, jest normalnie, ale nieraz mnie to przerasta, wchodzi we mnie jakiś diabeł i nie potrafię się powstrzymać.
– A gdyby kobieta była sędzią?
– Na pewno bym się powstrzymał! Nie ma takiej możliwości, żebym przeklął!

Na co dzień jest bardzo spokojny, chwilami wręcz nieśmiały. Czasami obraża się na dziennikarzy i nie rozmawia z nimi przez kilkanaście dni. – To jak ciche dni w małżeństwie, kobiety mają okres i ja miewam – przytakuje z autoironią. – Mam jakieś takie zwidy, wkładam was do jednego koszyka, chyba niesłusznie. To nie wina wszystkich, że w jednej gazecie napiszą bzdury. Zazwyczaj jednak lubię z wami rozmawiać, od dwóch, trzech lat jestem już odporny na krytykę. Żałuję, że tak się czasami zachowuję. Niedługo skończę 28 lat i mam nadzieję, że ten mój łeb trochę zmądrzeje – mówi „Szymek”, stukając się lekko pięścią w głowę.

***

Kończy się długa rozmowa, zmierza do finiszu ligowy sezon. – Teraz chciałbym tylko pojechać na kilka dni na ryby, na Mazury – rozmarza się Mirek. – Wziąć parę piwek, usiąść spokojnie na pomoście czy łódce i przemyśleć sens wszystkiego, co robię. Albo wybrać się tam z kumplami, pogadać o piłce, życiu. Chciałbym też spotkać się z kolegami z dzieciństwa, powspominać trochę. Kontakty się pourywały i bardzo mi tego brakuje.
PAWEŁ FLESZAR, PRZEMYSŁAW FRANCZAK

DZIECI OSIEDLOWEGO BOGA
Na tym samym poznańskim osiedlu co Mirosław Szymkowiak, zwanym „Wichrowymi Wzgórzami”, wychowywał się także jeden z najlepszych polskich obrońców, Arkadiusz Głowacki. Grywali przeciwko sobie w meczach międzyblokowych. – Jestem trzy lata młodszy, rzadko występowałem w tych spotkaniach. Raczej podpatrywałem i podziwiałem „Szymka”. Był rewelacyjny, doskonale się kiwał i znał do tego sztuki walki – opowiada ze śmiechem „Głowa”, obecnie kolega Mirka w Wiśle.

Szymkowiak mieszkał w bloku nr 26, Głowacki w „trzydziestce”. Reprezentacje składały się z dzieci i dorosłych, a stawką konfrontacji była skrzynka piwa. Szymkowiak wspomina, że wówczas, w wieku 14 lat, nauczył się pić „chmielową zupę”. – I jak mu to służy! Do tej pory jest świetny – dowcipkuje Arek.
Starsi pilnowali młodych, żeby nie wypili więcej niż jedną butelkę – zastrzega Szymkowiak.
Później, kiedy Mirek zaczął grać w Olimpii, został osiedlową gwiazdą – ciągnie opowieść Głowacki. – A gdy trafił do Widzewa, wystąpił w Lidze Mistrzów – traktowano go wręcz jak osiedlowego boga. Szacunek i respekt; kiedy podszedł, przywitał się i parę słów zamieniliśmy – to było wielkie przeżycie dla każdego.

Z POMOCĄ HAGIEGO
„Szymek” wiele zawdzięcza futbolowi. Również żonę. Kiedyś siedział w swoim łódzkim mieszkaniu i usłyszał jak na zewnątrz ktoś woła „Hadżi”. – Wyszedłem na balkon, bo myślałem, że chłopcy grający w piłkę tak na siebie krzyczą. Ale to była Agnieszka z psem – streszcza miłosną historię. – Jeden z kolegów na Widzewie ją znał. Poprosiłem, żeby zorganizował „przypadkowe” spotkanie. Gdy do niego doszło, na dzień dobry dałem plamę, gdyż powiedziałem: „Może przyjdziesz do mnie, bo ja mieszkam sam”. Nie zgodziła się, poszliśmy na kawę i tak się zaczęło.
Nie zdecydowali się jednak na całkowitą przeprowadzkę do Krakowa. – Agnieszka sporo przebywa w Łodzi u mamy, ale w sumie jesteśmy razem dość często. Poza tym, jak się nie widzi drugiej osoby, to człowiek się stęskni – zauważa. – Kobieta musi się przyzwyczaić do piłkarza, jego stylu życia.

LEKCJE WŁOSKIEGO
Mirosław Szymkowiak ceni włoską piłkę, Włosi cenią jego. Obok Interu Mediolan propozycje składali mu wysłannicy Udinese (na transfer nie wyrazili zgody działacze Widzewa) i ostatnio Modeny. – Zawsze miałem do nich szczęście – mówi „Szymek”. – Kiedyś, jeszcze w reprezentacji młodzieżowej, graliśmy z Włochami dwa mecze, oba skończyły się remisem 1:1. Występowałem wtedy na stoperze, ale strzeliłem Buffonowi dwie bramki.
Ofert pojawiało się dużo, ale zagranicznego transferu jak nie było, tak nie ma. – Mam z kilku klubów bardzo dobre propozycje, głównie od strony finansowej i nie ukrywam, że pomału chciałbym gdzieś wyjechać – przyznaje. – Nie mam w kontrakcie sumy odstępnego, ale jestem „po słowie” z panem Cupiałem. Decyzja jest w jego rękach.

Niewiele brakowało, by pół roku temu „Szymek” przeniósł się do wspomnianej Modeny. – Uczyłem się już nawet włoskiego – uśmiecha się. – Była taka zabawna sytuacja, gdy kupowałem w księgarni słowniki. Nikt jeszcze nie wiedział o ofercie Włochów, a jakiś pan, który stał obok, spytał: „Co to, panie Mirku, do Włoch się pan wybiera?” A ja na to, że nie, żonie kupuję, bo się uczy. A po dwóch tygodniach napisano, że jest taka propozycja. Chciałbym tego pana teraz przeprosić, że mu nakłamałem.

MIROSŁAW SZYMKOWIAK
Urodzony: 12 listopada 1976 roku w Poznaniu. Wzrost: 179 cm, waga: 69 kg. Kluby: Olimpia Poznań, Widzew Łódź, Wisła Kraków. Kontrakt z Wisłą: do 31 grudnia 2008 roku. Liga: 228 meczów, 25 goli. Reprezentacja: 14 meczów, 2 gole. Sukcesy: 1. miejsce ME U-16 (1993 r.), 4. miejsce MŚ U-17 (1994 r.), pięć razy mistrzostwo Polski (1996, 1997, 2001, 2003, 2004), trzy razy wicemistrzostwo Polski (1995, 1999, 2002), dwa razy Puchar Polski (2002, 2003), Superpuchar Polski (1997), Puchar Ligi (2001).
* stan na 1.6.2004

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*