Czytanie z oczu

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 23 listopada 2001 r.

Apoloniusz Tajner. Jowialny pan w średnim wieku, o sympatycznej twarzy, uosobienie spokoju. Kiedy Adam Małysz oddaje kolejny fantastyczny skok, jedynym przejawem jego emocji i jest zaciśnięta pięść i lekki uśmieszek. – Zawsze tak było; jeśli się coś „nawywijało”, tata nigdy nie krzyczał – wspomina Dominika, córka trenera.
Koledzy dziewczyny boją się jednak jej ojca. Każdy twierdzi, ze pierwsze, surowe spojrzenie jakie rzuca odwiedzającym, bywa wręcz groźne. – Nie rozumiem ich, tata jest swobodny, bo i „cześć” powie, i rękę poda – dziwi się Tajnerówna. – Dopiero potem, gdy go poznają bliżej, mówią: „Masz super tatę, jest taki wyluzowany”. Chociaż na pewno trochę go boli, że ktoś się pojawia poza nim.

Zdarza się, że i ona czuje leciutkie ukłucie zazdrości. Tajner, który poza córką dochował się jeszcze syna Tomisława, jak przybrane dzieci traktuje wszystkich skoczków z kadry. – Myślę, że dlatego mają świetną atmosferę w grupie – twierdzi. – Chłopcy opowiadali, że co roku w marcu kłócili się z trenerami. Odkąd zaczął się nimi zajmować tata, nie ma czegoś takiego. Może i odrobinę zazdroszczę skoczkom, ale bardzo się cieszę z sukcesów Adama, którego znam od dawna.

Marzenia układane w głowie

Ten miły pan, który minionej zimy, po zwycięstwach Małysza, zyskał olbrzymią sławę, jest też stanowczy i konsekwentny. Snuje plany i z powodzeniem je realizuje. Kiedyś zapowiedział rodzinie, że po pięciu latach przeprowadzą się z mieszkania w bloku do własnego domu. Odpowiedź na ogólne niedowierzanie nadeszła w ciągu lat trzech.
Tak samo było z Małyszem. Przed poprzednim sezonem oznajmił, że to będzie mistrz. Nie odzywałyśmy się z mamą, bo co miałyśmy mówić, ale myślałyśmy sobie: „Dobrze, że przynajmniej się pociesza”. Niedawno zapytałam go jak to robi. Odpowiedział, że to są marzenia układane w głowie, które zawsze się spełniają. Wiem jednak, że dochodzi do tego normalną, ciężką pracą.

Owa stanowczość przejawiała się również w życiu rodzinnym. Tata nie chciał, żeby Dominika wyczynowo uprawiała sport, odradzał próby na skoczni, do których się paliła. Uważał, że do profesjonalnego sportu trzeba zmienić styl życia i jakoś nie chciał, żeby dotyczyło to córki.
Po dyskotekach i imprezach musiała wracać o określonej porze, z wiekiem coraz późniejszej. Dzisiaj tata już nie wyznacza godzin. – Dawniej też było to tylko przejawem troski – twierdzi dwudziestodwuletnia panna. – Nie mieliśmy z bratem rygorów, żadnych kar, ale nigdy nie spóźniłam się nawet o minutę, by nie zawieść zaufania. Teraz wychodząc mówię, kiedy wrócę, chociaż nikt o to nie pyta. Nie chcę, żeby rodzice się o mnie martwili.
– Oboje z mamą nie potrafią powiedzieć „nie” i chcieliby wszystkim pomóc. Mnie czasem aż trzęsie, gdy widzę potem niewdzięczność niektórych ludzi, a oni: „Ach, po co awantury, to niepotrzebne”. Tata jest dla mnie wzorem, bo nie stwarza napięcia. Nauczyłam się od niego, że krzykiem nie da się nic załatwić.

40 minut

Dominika studiuje turystykę na tej samej uczelni, którą ukończył ojciec – krakowskiej AWF. Twierdzi jednak, że jest to zbieżność przypadkowa: inny kierunek – Apoloniusz Tajner obronił pracę magisterską na Wydziale Wychowania Fizycznego – a ona długo wybierała pomiędzy kilkoma. Tak jak ojciec ma dobre stopnie. – Czasem mnie strofuje, żebym się tak dużo nie uczyła i nie przejmowała.
Mieszkającej w Krakowie córce brakuje rad ojca, zawsze starającego się znaleźć racjonalne wyjście z każdej sytuacji, uspokajającego samą wymianą zdań. – Od Świąt Bożego Narodzenia do lutego widziałam go może czterdzieści minut – wylicza. – Potem stał się nadopiekuńczy, dzwonił po dwa razy dziennie. Właśnie niewielka dawka spędzanego wspólnie czasu jest ujemną stroną jego sukcesów. Nawet gdy jesteśmy oboje w Wiśle, ciągle musi załatwiać jakieś sprawy. Z siedziby klubu na Jonidle do naszego domu idzie się około 20 minut, a on jedzie samochodem trzy, cztery godziny. Dzwoni: „Wyjeżdżam, grzej obiad”, za jakiś czas znowu, że jeszcze czterdzieści minut, bo inna sprawa wynikła, ale już jest niemal w drzwiach. I tak po kilka razy.

Żona trenera, pani Aleksandra również jest zapracowana – prowadzi spory sklep sportowy w centrum Wisły. Czas na pogawędki pozostaje tylko wieczorami. Nie da się już tak często wychodzić całą czwórką z psem, albo na spacery. Skończyły się też wielkie rodzinne wyprawy; letnie wędrówki po górach, zimowe – na narty do lasu, jesienne – na grzyby, kilkunastoosobową grupą, z babcią, dziadkiem i kuzynami.
W lecie, kiedy córka ma wakacje, interesy w sklepie wymagają największej uwagi, rozpoczynają się też przedsezonowe przygotowania skoczków. – Gdy dawniej rodzice zabierali nas na wczasy, było nam to z bratem bardzo nie na rękę – wspomina Dominika Tajner. – A teraz chodzimy za nimi i mamy pretensje, że nie mogą z nami jechać.

Alergia na mówienie

Niegdyś ulubionym miejscem spacerów był rozciągający się za blokiem lasek, a w nim stara, nieczynna piekarnia, ze względu na blaszane piece nazywana „Domkiem Baby Jagi”. Pewnego razu czteroletnia Dominika wybrała się tam z ojcem i malutkim bratem. – Obok pieca był dół w ziemi, którego nie widziałam – wspomina. – Tata zaczął żartować, że Baba Jaga go wciąga i wskoczył do dziury. Przerażona „drapnęłam” wózek i kiedy wyszedł, byłam już przy drodze, uciekałam z lasu. Potem doszedł do wniosku, że to był głupi żart.

Obok wymyślanych bajek, zabawiał dzieci przygodami przeżywanymi z kadrą kombinacji norweskiej. Dzisiaj ma na podorędziu historyjki ze skoczkami w roli głównej. – Jest po prostu świetny, niekiedy płaczemy ze śmiechu – mówi Dominika. – Umie ciekawie, dowcipnie opowiadać. Ma niezwykłą cechę – po dziesięciu minutach dostaje kataru i zaczyna kichać, jakby miał alergię na mówienie. Kiedy mu przechodzi, jest to jeszcze śmieszniejsze, bo co dwa zdania słyszymy kichnięcie. No i zabawnie się śmieje.

Cyrk w akademiku

Nawet pogodnego, opanowanego Tajnera zmogły trudy niesamowitego sezonu. Zwierzał się córce, że nie wyobrażał sobie, iż sława może być tak męcząca. – W marcu był wyczerpany. Nerwowy, czasem do niego mówiłam, a on jakby był w innym świecie, jakby chciał powiedzieć: „Dajcie mi wszyscy spokój, chcę się tylko wyspać” – opisuje Dominka. – Nawet w telewizji dało się to zauważyć, nie muszę go widzieć na żywo. Potrafię ojcu z oczu czytać, widać w nich każdy nastrój. Stoi spokojnie, a ja wiem, że się bardzo cieszy, albo śmieje się, a oczy ma smutne. Chodzi, jest zamyślony, więc pytam: „Powiedz, bo widzę, że coś cię dręczy”, a on się wypiera, że nic się nie dzieje. Nigdy nie obciąża innych swoimi kłopotami.

– Są też przyjemne chwile wynikające ze sławy. Gdy przyjeżdżał do Krakowa, szliśmy na stołówkę na obiad, wszyscy patrzyli na niego, niektórzy gratulowali. Miło było oglądać radość ludzi, którzy bardzo przeżyli radość ludzi, którzy bardzo przeżyli sukcesy Małysza. Jeśli ktoś prosi o autograf, to chętnie przywożę. Kiedyś miał wpaść do mnie z Adamem, żeby wziąć moje rzeczy do domu. Rozniosło się i był cyrk w akademiku – nikt nie chciał iść na zajęcia. W końcu jednak nie przyjechali.
Mogłoby się wydawać, że tata stał się gwiazdą, ale on jest normalny, bardzo skromny, wcale się nie zmienił.

Rozłąka zbliża

Cztery lata młodszy od Dominiki brat miał się nazywać Toni, jak doskonały austriacki skoczek Innauer, ale wybrano mu bardziej polskie imię Tomisław. W domu mówią na niego Tonio. Ma talent do skakania i od pewnego czasu ojciec powołuje go na zgrupowania kadry. – Bardzo mi się podoba, że na obozach, zajęciach zachowują się jak zawodnik i trener przekonuje Tajnerówna. – Nie ma: „Tatusiu, ty traktuj mnie inaczej”. Nie ma ulg. Kiedy wyznaczy skoczkom diety – brat musi się w domu pilnować. Dawniej często się kłóciliśmy, ale ostatnio zaczęliśmy się bardzo fajnie dogadywać, jestem z niego dumna.

Dorosła już córka, nieodmiennie nazywana przez ojca „Diką”, ciągle chętnie siada mu na kolanach. – Gdy mam problem, to mogę przyjść do domu, zwierzyć się rodzicom lub bratu, a nie szukać pomocy wśród znajomych i obcych. Nie zdarza się tak, że poradzę się rodziców, a oni z czymś wyskakują – podkreśla. – Rozumieją, że każdy ma swoje prawa. Wydaje się, że ta rozłąka nas jeszcze bardziej zbliżyła. Paradoksalnie trochę, bo to często rozluźnia więzy.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.