Daleko od Mission Viejo

Tekst ukazał się w „Tempie” z 22 czerwca 1989 r. Autor: Artur Krochmal.*

Do 25 marca 1988 roku dzieliło ich bardzo wiele. Więcej niż mierzona w tysiącach kilometrów odległość dzieląca Wrocław od kalifornijskiego Mission Viejo. Różnicy między 20-latkiem, zdrowym, pełnym zapału i nadziei, a człowiekiem 54-letnim, walczącym z okrutnym, skazującym na powolną zagładę i kolejne wyrzeczenia losem – nie da się określić, ocenić. A jednak ten marcowy dzień połączył nierozerwalnie nazwiska nowego rekordzisty świata w pływaniu Artura Wojdata i rekordzisty sprzed lat 35, Marka Petrusewicza.

Później okazało się, że łączy ich coś więcej. W momencie, gdy pod koniec 1985 roku Artur wystartował do wielkiej kariery, zaczynając treningi w Ameryce, Petrusewicz po dwukrotnym wylewie, który odjął mu głos i sparaliżował ciało, w listopadzie rozpoczął żmudną i ciężką walkę. Najpierw o życie, a później o odzyskanie resztek dawnej sprawności. Resztek, bo wylew dokonał, zdawało się, ostatecznych zniszczeń w organizmie od lat toczonym przez okrutną chorobę Bergera. Uczyniła ona z tego znakomitego niegdyś sportowca inwalidę bez obu nóg, a objawiając się, gdy miał zaledwie 24 lata, spowodowała przedwczesne zakończenie kariery…

Był jedną z najbarwniejszych i najbardziej podziwianych postaci polskiego sportu pierwszego, powojennego dziesięciolecia, okresu, który zwiastował i stanowił nadzieję na późniejsze wielkie sukcesy. Czasy światowych tryumfów Wunderteamu, bokserów, szermierzy, miały dopiero nadejść. Kto wie, może to właśnie Petrusewicz swymi pierwszymi w powojennym polskim sporcie rekordami świata pokazał wszystkim, że można nawet w trudnych warunkach, wspomagając talent ciężką pracą i samozaparciem, osiągać wyżyny.
Siedzimy naprzeciw siebie w małym mieszkaniu, które zajmuje wraz z opiekującą się nim dawną koleżanką z pływalni, pamiętającą moment bicia przez niego rekordu świata. A teraz trwającą przy nim, gdy opuściła go żona, znana piosenkarka J.R., a jedyna córka wraz z mężem wyjechała na stałe za granicę. Obok mnie drugi przyjaciel i opiekun Marka – Józef Stec, pracownik Wojewódzkiej Federacji Sportu we Wrocławiu. To właśnie on przekonał Petrusewicza, że nadszedł czas przerwać ciszę i zapomnienie, na jakie skazał się świadomie, od lat odmawiając wszelkich wywiadów. Nie zgodził się pojawić nawet przed telewizyjnymi kamerami, gdy po sukcesie Wojdata ekipa telewizyjna zjechała do Konstancina, gdzie przebywał na rehabilitacji, z zamiarem zrobienia reportażu.

– Powiedziałem mu: „Marku musisz się przełamać i pokazać wszystkim, że żyjesz, walczysz, że lekarze, którzy nie dawali ci żadnych szans na odzyskanie mowy i władzy w ręce, mylili się” – opowiada pan Józef. – Proszę sobie wyobrazić, że on ćwiczy po 6 godzin dziennie, próbuje mówić i zaczyna się dopominać o protezy, które zabrano mu w czasie rehabilitacji, uznając, że nigdy ich nie założy.
Petrusewicz słuchając słów przyjaciela potakuje głową, pokazując mi, że już może podnosić sparaliżowaną prawą rękę. Ćwiczy ja codziennie na specjalnej szynie, którą kolega zamontował mu pod oknem. Pamięta daty, nazwiska, ale mówienie sprawia mu wciąż duże kłopoty. Częściej posługuje się kartką, na której pisze to, czego nie zdoła powiedzieć. Jest bardzo spięty, choć stara się tego nie okazywać, denerwuje się, gdy nie wszystko, co mówi, a następnie dodatkowo objaśnia znakami na kartce, potrafię zrozumieć.
Wreszcie pisze, pokazując na mnie, 7 – 1989 i przepraszająco się uśmiecha. Chce, żebym przyszedł za kilka miesięcy, w lipcu 1989 r. Wierzy, że wtedy wszystko opowie mi swoimi słowami. Gdy próbuję wstać i wyjść, z największym wysiłkiem wypowiada słowo – „Zostań”. Może właśnie w tej chwili przekroczył kolejną granicę, dzielącą go od normalnego świata, do którego tak tęskni?
Uważnie przyglądam się jego zmęczonej i wycieńczonej chorobą twarzy, usiłując porównać ją z wizerunkiem tak często widzianym na pierwszych stronach sportowych gazet sprzed lat. Twarzą pewnego siebie, uśmiechniętego, przystojnego chłopaka. Przybyło trochę zmarszczek, broda, broda, włosy lekko przyprószyła siwizna. Ale nie zmienił się wiele, nawet w zmęczonych oczach pojawiają się żywsze błyski, gdy pytam o lata młodości.

Urodził się w Brześciu, w znanej i poważanej, mającej arystokratyczne koligacje rodzinie. Ojciec, przedwojenny oficer, został po wkroczeniu Rosjan aresztowany i ślad po nim zaginął. Wraz z matką i bratem Marek w 1944 roku wyjeżdża do Wilna, a stamtąd już tylko z bratem, gdyż matka zaginęła i odnalazła się dopiero po wojnie, dociera do mieszkających w Warszawie ciotek. Wybucha Powstanie. Obie ciotki należące do AK biorą udział w walkach, on, 10-latek, rzuca na Żoliborzu w niemieckie czołgi butelki z płonącą benzyną.
Po klęsce Powstania ewakuuje się wraz z przypadkowo odnalezionym wujkiem do Łodzi. Później, już po wyzwoleniu, przez rok mieszka w Krakowie, a w 1946 r. wyjeżdża do Wrocławia, gdzie odnajduje matkę.
Jest dzieckiem wojny, trudnym, upartym, wychowywanym przez wrocławską ulicę. Podczas jednej z łobuzerskich wypraw zostaje przyłapany w 1948 roku przez trenera Stali (dzisiaj Pafawag) Józefa Makowskiego na tłuczeniu szyb w klubowej pływalni. Makowski nie grozi, nie karze, po prostu proponuje zupełnie inną formę spędzania czasu – regularne zajęcia na basenie.
Dla Marka to szczęśliwy traf. Przecież uwielbia pływać od dziecka. Teraz musi się jednak nauczyć rzeczy najważniejszych – treningowego reżimu i systematycznej pracy. Pływa po trzy, cztery kilometry dziennie, coraz szybciej, coraz lepiej technicznie. Początkowo stylem dowolnym, ale szybko odnajduje swój właściwy styl, który przyniesie mu sukcesy – żabkę.

W lipcu 1948 roku na zawodach AZS w Oleśnicy zajmuje na 100 m żabką 2. miejsce z czasem 1:35.00 minuty. Pierwszy sukces, na następne nie czeka długo. W roku 1949 zostaje mistrzem zrzeszenia Związkowiec na 100 i 200 m, rok później jest już jednym z najlepszych klasyków w kraju. W 1951 roku pierwszy międzynarodowy sukces – zajmuje 4. miejsce w stylu klasycznym na Światowym Festiwalu w Berlinie. W Spartakiadzie Związkowca zdobywa trzy tytuły mistrza – na 100, 200 m żabką i 100 m motylkiem. W meczu z NRD ustanawia nowy rekord Polski na dystansie 100 m żabką, 1:19.4 min.
Sukcesy sprawiają, że odrzuca zakusy trenerów bokserskich, którzy dostrzegają w nim talent na miarę Pietrzykowskiego. Jest coraz szybszy. W maju 1952 roku ulega w Moskwie na 200 m żabką jedynie znakomitemu Makarence, o 0,1 s. Wreszcie nadchodzi czas olimpijskiej próby. 18-letni chłopak otrzymuje szansę startu w igrzyskach.

W żabce pierwszy – mówi z wyraźnym wysiłkiem, pokazując na siebie, i szybko pisze na kartce: kraul 17.
Rozumiem. Dopiero za kilka miesięcy, 1 stycznia 1953 roku, Międzynarodowa Federacja Pływacka ogłosi secesję stylu klasycznego od motylkowego. W Helsinkach uzyskuje najlepszy czas płynąc żabką, ale finisz kraulistów na drugiej „setce” jest zabójczy. Zabrakło 0,2 s, żeby awansować do półfinału. Do dziś pozostał smutek, że rozdzielenie stylów nastąpiło o kilka miesięcy dla niego za późno.
W styczniu 1953 roku Federacja wyznacza nowe minima na 100 i 200 m klasycznym – 1:12.0 i 2:38.0 min. Są lepsze od czasów uzyskiwanych kiedykolwiek na tych dystansach. Od tego momentu czołowi pływacy świata zgłaszają 18 oficjalnych prób pobicia rekordu. Dwukrotnie udaje się to tylko Władimirowi Minaszkinowi, który ostatecznie ustala rekord na 100 m stylem klasycznym czasem 1:11.2 min.

18 października 1953 roku, o godz. 18, Marek Petrusewicz staje samotnie na słupku 3. toru, z zamiarem pobicia rekordu Minaszkina. Po komendzie startera błyskawicznie zanurza się w wodzie, by wynurzyć się dopiero po 25 m, przepływając cały dystans jak zwykle pod wodą. Doping publiczności jak zwykle jest szalony, na ostatniej długości basenu jeszcze się wzmaga. Petrusewicz finiszuje. Wreszcie meta i oczekiwanie na wynik. Po kilku minutach niepewności spiker ogłasza: Marek Petrusewicz zostaje nowym rekordzistą świata, uzyskując czas 1:10.9 minuty. Ogromna radość, spełnienie marzeń.
Nazajutrz gazety napiszą: „Ustanowienie rekordu świata na 100 m żabką przez wychowanka ZS Stal Marka Petrusewicza poruszyło całe społeczeństwo. Po 30 latach istnienia sportu pływackiego w Polsce po raz pierwszy na liście rekordzistów świata pojawiło się nazwisko Polaka”.
Dziś, mimo że od tego dnia minęło ponad 35 lat, jego wspomnienie sprawia Petrusewiczowi wyraźną przyjemność. Szybko pisze na kartce cyfry 1949-1953 i mówi: – Jeden na cały świat – Marek Petrusewicz. I dopisuje jeszcze jedną datę: 1988. Jest przekonany, że do dziś nikt w świecie nie pobił jego osobistego rekordu – potrzebował zaledwie 4 lat treningów, by stać się rekordzistą świata…

Pytanie, czy dostał za ten rekord jakieś pieniądze, wzbudza jego wesołość: – Dyplom – mówi – to wszystko.
A jego opiekunka dopowiada: – I uścisk dłoni, poklepywanie po plecach, za lata treningów w zimnej i brudnej wodzie i? jeszcze staranniejsze ukrywanie jego inteligenckiego pochodzenia. Na próbowano zrobić z niego symbol socjalistycznej edukacji – z nizin społecznych, poprzez sport, na szczyty. Ciągle podkreślano, że tylko dzięki pływaniu zaczął chodzić do szkoły, na łamach prasy zamartwiano się jego wagarami, słabymi wynikami w nauce. A potem przecież, w czasach, gdy mało kto pamiętał jego sukcesy, bez taryfy ulgowej ukończył studia prawnicze
1954 rok przynosi kolejne sukcesy. W marcu uzyskuje na 200 m stylem klasycznym czas 2:37.4 min, wyrównując rekord świata Duńczyka Gleje. W Turynie zdobywa tytuł wicemistrza Europy na tym dystansie, minimalnie ulegając Klausowi Bodingerowi. W ankiecie „Przeglądu Sportowego” na sportowca 1954 roku zajmuje trzecie miejsce za Januszem Sidłą i Leszkiem Drogoszem, a przed Jerzym Pawłowskim, Teodorem Kocerką, Elżbietą Duńską-Krzesińską. Ma zaledwie 20 lat.

Na czas służby wojskowej przenosi się do Warszawy, nadal bryluje na krajowych pływalniach, ale wprowadzenie zakazu pływania pod wodą, które doprowadził do perfekcji, sprawia, że musi się uczyć nowego stylu. Do wielkiej formy dochodzi w 1956 roku. Ustanawia nowy rekord Polski na 200 m – 2:37.3 min – już bez nurkowania. Na olimpiadę do Melbourne jednak nie wyjeżdża. Za karę.
Próbuje wytłumaczyć, za co była nałożona, ale w końcu bezradnie rozkłada ręce. Opiekunowie zaś dodają, że został ukarany niesłusznie. Zawiniła ludzka zawiść. Miesiąc po igrzyskach zdobywa w Warszawie kolejny tytuł mistrzowski, poprawiając swój poprzedni rekord o 0,2 s. Czas 2:37.1 min mógł mu dać miejsce w olimpijskim finale…
Pływa jednak dalej jest młody i uparty, wierzy, że za 4 lata, w Rzymie, znów pokaże się światu. Wyrok lekarzy wydany w 1958 roku przekreśla jednak te nadzieje. Trudno mu uwierzyć, że pojawiający się od jakiegoś czasu ból w nogach jest początkiem choroby Bergera, jednej z najbardziej okrutnych i bolesnych.

W 1959 roku kończy oficjalnie karierę. Zaczyna powoli przystosowywać się do nowego życia, ze świadomością kolejnych, nieuchronnych strat i wyrzeczeń. Uczy się, pracuje i… czeka. Cios nadchodzi w 1968 roku. Amputacja prawej nogi. Szybko pokonuje ból i lęk przed życiem człowieka niepełnosprawnego. W 1975 roku kończy studia prawnicze, podejmuje pracę w spółdzielni inwalidów.
Rok 1980, czas społecznego protestu, odbiera w kategoriach bardzo osobistych. Wspomnienie utraconego ojca, setek haseł i sloganów wtykanych mu w usta w latach 50., żal za utraconą olimpijską szansą w Melbourne, bolą bardziej niż lewa noga, w której umiejscowiła się choroba. Zaczyna działać w „Solidarności”, odważnie, bezkompromisowo. Zostaje członkiem Prezydium Dolnośląskiego. 13 grudnia 1981 roku jest internowany jako jeden z pierwszych. Tygodnie w samotności, przejmującym zimnie, niepewności. Po kilku miesiącach, na prośbę metropolity wrocławskiego bp. Henryka Gulbinowicza, zostaje zwolniony do domu. Jest ciężko chory. W listopadzie 1984 roku kolejna amputacja, zdaje się na stałe skazująca na życie w inwalidzkim wózku.
– Nie mógł się z tym pogodzić – opowiada Józef Stec. – Jak tylko zrobili mu protezy, zaczął uporczywie ćwiczyć – przypinał je na jeszcze bolące rany i wstawał z łóżka 200 razy dziennie. Już chodził całkiem dobrze, gdy niespodziewanie, w listopadzie 1985 roku, nastąpił wylew krwi do mózgu. Dwukrotnie w ciągu kilku godzin.

Inny organizm prawdopodobnie nie przetrzymałby tego, ale uodporniony na ból, wytrenowany organizm Marka rozpoczął kolejną walkę. Trudniejszą niż kiedyś na pływalni. Walkę nie o ułamki sekund dzielące od światowych rekordów, ale o minuty przedłużające życie, prolongujące nadzieję. Potem długa rehabilitacja, pobyt w Konstancinie, załatwiony przez ludzi życzliwych, pamiętający dawne sukcesy. Pomaga w 1986 roku fundacja „Gloria Victis”, umożliwiając zaspokojenie najniezbędniejszych potrzeb finansowych. Później wszyscy już tylko z niedowierzaniem przyglądają się jego zmaganiom z losem. Zmaganiom godnym byłego rekordzisty świata.
Widząc jego upór, niezachwianą pewność sukcesu, wierzę razem z nim, że odniesie swe najtrudniejsze zwycięstwo, że w lipcu uzupełni tę historię już bez pomocy kartki, bez pomocy przyjaciół. Spotkamy się we Wrocławiu, mieście, które tak kocha. Tu minęła jego młodość, tu pobił rekord świata, pracował, działał w „Solidarności”. I tu walczy. Daleko od Mission Viejo.
ARTUR KROCHMAL

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Powyższy reportaż został nagrodzony w Konkursie im. Jana Rottera.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.