Długość lontu tolerancji

„Interesujesz się koszykówką? Grasz lub chętnie oglądasz mecze? Chciałbyś być w centrum wydarzeń koszykarskich i przeżyć wielką przygodę? Zostań sędzią koszykówki” – zachęca plakat promujący kurs organizowany w Krakowie. Miłe zaproszenie do zdobycia kwalifikacji sapera na polu minowym…

Nie ma chyba dyscypliny, w której sędziowie znajdowaliby się tak bardzo pod ostrzałem krytyki jak w koszykówce. Wiadomo, że większe emocje wzbudzają rozjemcy piłkarscy, ale zwykle dotyczy to najwyżej kilku sytuacji w ciągu 90 minut. Natomiast wiele meczów koszykówki seniorskiej to ciągłe podważanie decyzji arbitrów przez trenerów i zawodników obu drużyn, publiczność. I to na każdym poziomie: od najwyższych lig po – jak w Małopolsce mówi się na III ligę – rozgrywki „O wejście do II ligi”. – Pretensje do sędziów są też po prostu elementem gry, taktyki – zastrzega Tomasz Stachnik, przewodniczący Wydziału Sędziów Krakowskiego Okręgowego Związku Koszykówki.
Ma na myśli starą jak świat metodę wywierania na arbitrze presji, aby – np. kierowany poczuciem winy wobec rzekomo pokrzywdzonego zespołu – gwizdał dla niego korzystniej. W koszykówce jednak wyrzuty równie często zupełnie nie mają na celu zyskania przychylności: niekiedy są wręcz obelżywe, prawie zawsze płyną z przekonania o błędach arbitrów.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Rodzi się pytanie, czy we współczesnej koszykówce, niezwykle dynamicznej, okraszoną siłową walką pod koszem, da się precyzyjnie sędziować? Decyzje zapadają w ułamku sekundy, nadto arbitrzy muszą bardzo szybko przemieszczać się po parkiecie. Praktycznie niemożliwe jest wychwycenie wszystkich przewinień. Rozmówcy z małopolskiego środowiska sędziowskiego, niezbyt chętnie, ale jednak przytakują temu twierdzeniu. Problem w tym, jak wiele jest tych przewinień nie wychwyconych i odgwizdanych błędnie…
– W 2008 roku zmieniła się interpretacja przepisów i mam wrażenie, że nie wszyscy, nie tylko kibice, ale również zawodnicy i trenerzy, dokładnie ją znają. To też jest źródło pretensji – zaznacza Czesław Kaim, członek zarządu KOZKosz. odpowiedzialny za sprawy sędziowskie i komisarz na meczach szczebla centralnego.

Sami chyba jednak widzą własne niedociągnięcia, bo – przynajmniej w Małopolsce – pracują nad sobą więcej niż ich odpowiednicy w innych dyscyplinach zespołowych.
Poza jesiennym szkoleniem, połączonym z testem pisemnym i biegowym, mają – dosyć regularne konsultacje. W tym sezonie zaplanowano ich sześć, w trakcie odbywa się analiza i rozwiązywanie kontrowersyjnych zdarzeń boiskowych nagranych na wideo. Zajęcia prowadzą sędziowie szczebla centralnego.
Do tego dochodzi obowiązkowy test biegowy w środku sezonu i kilkudniowy camp szkoleniowy dla chętnych (ostatni odbył się w listopadzie w Nowym Targu). – Poza tym nasi, krakowscy sędziowie dostają mailem krótkie clipy z meczów, mają odpowiedzieć pisemnie jaką decyzje podjęliby w danej sytuacji, a potem zwrotnie przychodzi do nich fachowa, obowiązująca wykładnia – opowiada Czesław Kaim, który przez lata był arbitrem w ligach PZKosz.

Z drugiej strony sama struktura sędziowska w okręgu bynajmniej nie zmusza do pięcia się w górę. Na początku, po kursie arbiter jest tzw. kandydatem. Jeśli w ciągu dwóch lat nie zrobi postępów i nie uzyska II klasy, traci uprawnienia. Jednak po zakwalifikowaniu się do II klasy – po corocznym zdaniu egzaminu i zaliczeniu testu biegowego – można gwizdać na parkietach małopolskich i dorabiać przez wiele lat. Podobnie w najwyższej, I klasie wojewódzkiej. Stachnik zaznacza, że sędziowie są w oceniani w miarę możliwości jak najczęściej (taką rolę pełnią wyznaczone, doświadczone osoby, które przychodzą na mecze np. mierzyć czas), a jeśli są słabi lub się nie przykładają, dostają do prowadzenia konfrontacje w niższych kategoriach (siłą rzeczy – z mniejszym wynagrodzeniem). Generalnie jednak, tylko średnio co czwarte spotkanie w województwie jest nagrywane (co stanowi obowiązek na szczeblu centralnym). W Wydziale Sędziowskim tłumaczą, że inne rozwiązanie pociągałoby za sobą znaczne koszty, spadające na kluby.
W ramach I klasy wyróżniają jeszcze „pierwszy koszyk”. – To sędziowie, którzy są w stanie udźwignąć mecz, niezależnie kogo będą mieli jako pomocniczego – wyjaśnia należący do tej grupy Bartłomiej Grad, odpowiadający w krakowskim WS za sprawy organizacyjne. Z województwa można też awansować na szczebel centralny, jednak szansę na to ma tylko jedna osoba rocznie, a w tej chwili limit wieku wynosi 26 lat.
Arbitrów z „pierwszego koszyka” – prowadzących mecze zwłaszcza w III lidze męskiej – było w okręgu ośmiu. Było, gdyż w grudniu dwóch na pewien czas zostało odsuniętych – będą obserwowani i oceniani prowadząc mecze młodzieży. Slangowo w środowisku nazywa się to „lodówką” i pokazuje, że błędy widać też od środka…

Jest jeszcze jeden zarzut dotyczący rekrutacji, widoczny choćby w cytowanym na wstępie zaproszeniu: „Grasz lub chętnie oglądasz mecze?”. Doświadczenie zawodnicze nie jest wymagane. – A mnie wydaje się to podstawą wszystkiego: grał, coś widział, poznał mechanizmy – uważa Tomasz Suski, niegdyś znakomity koszykarz, dzisiaj współtwórca i zawodnik III-ligowego AZS AWF ggmedia.pl Kraków. – Wiedza książkowa to za mało.
– Ale co rozumiemy przez grę? Karierę ligową, czy po prostu półamatorskie uprawianie koszykówki; w szkole średniej, na studiach, towarzysko z kolegami? – rozgranicza Stachnik. – Z tej pierwszej grupy faktycznie nie ma zbyt wielu sędziów. Natomiast większość miała styczność z koszykówką.
Wraz z kolegami daje przykład Janusza Calika, uważanego dosyć powszechnie za najlepszego polskiego arbitra, który nie ma za sobą przeszłości zawodniczej. – Byli dobrzy koszykarze nie garną się do sędziowania – podnosi problem Kaim. Jako jeden z wyjątków przedstawia 25-letnią Paulinę Gajdosz, obecnie reprezentującą Wilki Morskie Szczecin, która wcześnie zdobyła uprawnienia i prowadziła mecze młodzieżowe. – To duży talent sędziowski; na razie jednak nie może pogodzić tego z własną grą. Takich dziewczyn jest zresztą w Krakowie kilka – opowiada członek zarządu KOZKosz.

Drugim polem pretensji do działalności arbitrów na parkiecie są przewinienia techniczne – gwarowo „dachy” – jakimi temperują koszykarzy. – Dawniej, choćby w ekstraklasie można było z takim człowiekiem pogadać, wytłumaczyć sobie wzajemnie pewne kwestie – wspomina Suski, który z MKS Pruszków zdobywał mistrzostwo Polski. – Teraz, w III lidze, jest on bogiem i dyscyplinuje wszystkich za wszystko.
Przypomina grudniową konfrontację swojej ekipy z Siemaszką Piekary: nie było dogrywki, ale trwała ponad 2 godziny, Siemaszce odgwizdano 35 fauli, sześciu jej zawodników spadło z boiska, było też sześć technicznych. – Sam dostałem dwa, z czego drugi na podstawie tego, co o moim zachowaniu powiedziała pani mierząca czas, bo siedziałem wtedy na ławce. Pierwszy raz w karierze ze względu na techniczne pauzowałem w kolejnych meczach – podkreśla 38-letni koszykarz. – Przez ostatnie dwadzieścia minut tamtego spotkania oba zespoły chodziły od kosza do kosza i rzucały osobiste. Kompletnie zepsute zostało widowisko. Jak na coś takiego można ściągnąć widzów, sponsorów?
– Tamto spotkanie akurat prowadzili sędziowie szczeblowi – tłumaczy Stachnik. – Co pokazuje, że w III lidze i tak na ogół jest tolerancja i przechodzą rzeczy, na które wyżej nie ma przyzwolenia.

Sędziowie twierdzą, że rozdając „dachy” trzymają się ściśle przepisów, nakazujących reagowanie na określone sytuacje. Tyle że te przepisy niekoniecznie uwzględniają realia boiskowej walki, psychologię jej uczestników. Suski opisuje sytuację, kiedy jego partner gonił przeciwnika, aż wreszcie „zaczapował” go pod koszem. Kiedy sędzia odgwizdał mu faul, odruchowo złapał się za głowę – niezależnie, czy decyzja była słuszna, zachowanie dosyć naturalne w chwili, gdy buzuje adrenalina, a sukces okazuje się niepowodzeniem – i od razu dostał technicznego. Z tzw. automatu.
– To już kwestia pochopnej reakcji sędziego; „automatów” nie powinno być, zawodnik ma mieć czas na opamiętanie – komentuje Czesław Kaim.
– Z technicznymi tak właśnie jest: „krótki albo długi lont” – Bartłomiej Grad obrazowo opisuje cierpliwość arbitrów.
Trudno również oprzeć się wrażeniu, że niekiedy pewną rolę odgrywają kompleksy niedoświadczonych sędziów wobec bardziej znanych zawodników, a częściej – nieumiejętność uzyskania autorytetu bez kar. Pozytywnym przykładem jak wiele można wygrać samym wyważonym zachowaniem, jest zdarzenie z udziałem pewnej dosyć młodej, bardzo ładnej sędziny, do której jeden ze szkoleniowców rzucił: „Starajmy się nie tylko wyglądać, ale i gwizdać!„. Ta zatrzymała akcję i beznamiętnie wyrecytowała: „Panie trenerze, proszę powstrzymać się od takich komentarzy. Inaczej zostanie pan ukarany przewinieniem technicznym” – zakończyła robiąc charakterystyczny „daszek”. I odtąd ilość pretensji znacznie się zmniejszyła, a pewnie gdyby okazała, że tamto stwierdzenie wyprowadziło ją z równowagi – nie daliby jej żyć.

Przed sezonem trenerzy mają spotkanie, na którym przedstawiane są zmiany w przepisach i ich interpretacji. Są też zapraszani na wspomniane szkolenia sędziów. Przychodzą na nie rzadko, ale i tak środowiska się przenikają. – Jeden z trenerów młodzieży zwierzał się nam kiedyś podczas towarzyskiej imprezy, że kiedy jego zespołowi kompletnie nie idzie, to prowokuje nas; dąży wręcz, żeby dostać „dacha” – opowiada Radosław Wojciechowski, jeden z czołowych sędziów małopolskich, w WS odpowiedzialny za sprawy dyscypliny. – I kiedy dopnie swego, bierze czas i mówi: „Widzicie, już nawet te sk…y są przeciwko nam; musicie zacząć grać!”. I czasem jest to impuls, po którym jego drużyna odwraca wynik…
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.