Pani mi mówi – niemożliwe

W paradoksalnych okolicznościach – bo zasłużenie, ale szczęśliwie – piłkarze krakowskiej Wisły pokonali Zagłębie Lubin 3:2, zdobywając decydującą bramkę w 6. minucie doliczonego czasu.

Gdy w kwietniu 2005 roku umarł Jan Paweł II, pod hasłem „Pojednanie dla Papieża” na chwilę usnął obłąkany, nienawistny, plemienny rytuał kibicowski (przebudził się już pod koniec tamtego miesiąca, podczas derbów jeszcze bardziej surrealistycznych niż ostatnie). Na stadionie Cracovii odprawiono mszę świętą dla sportowców za duszę JP II, na którą przez Błonia przyszli wiślacy. Na czele pochodu, z klubowym sztandarem, kroczył Maciej Stolarczyk. – Czułem się jak rycerz żegnający zmarłego króla – zwierzał się obecny trener „Białej Gwiazdy”, a wówczas jeden z jej najbardziej charyzmatycznych zawodników.
Jesienią następnego roku już sam był inspiratorem innego hołdu. Przed meczem Wisła – Odra Wodzisław w ciszy stanęło kilkudziesięciu zawodników objętych za ramiona i 8000 widzów. Na stadionie, gdzie na ogół panuje zgoła odmienny klimat, uczczono pamięć refleksyjnego poety i magnetycznego pieśniarza – Marka Grechuty. Stolarczyk długo był jego znajomym, kiedyś podarował mu swoją koszulkę Wisły. Wraz z kolegami załatwili również z Liverpoolu trykot Jerzego Dudka, którego Grechuta był wielkim fanem. Pasjonował się piłką nożną i lekkoatletyką. Gdy zbliżały się mistrzostwa Europy, świata, czy igrzyska olimpijskie, wieszał terminarz imprezy na ścianie i dopasowywał do niego swój własny plan zajęć. Siedział przed telewizorem pogryzając orzeszki w czekoladzie. Kibicował Wiśle i Stolarczykowi, po meczach wysyłał mu sms-y z komplementami.
Tamto spotkanie z października 2006 r., Grechuta oglądał już z góry. Krakowianie zwyciężyli 6:0, jednego z goli zdobył zmagający się obecnie z ciężką chorobą Paweł Kryszałowicz, który posłał bramkarzowi za kołnierz loba z 40 metrów (koledzy śmiali się, że strzelał, bo nie miał siły biec).
Na pewno Mu się podobało, tak samo jak fragmenty występów obecnej Wisły prowadzonej przez dawnego ulubieńca. Choćby pierwsza połowa dzisiejszego, gdy najpierw Zoran Arsenić główkował szczupakiem po rzucie rożnym Rafała Pietrzaka, piłka przeszła między nogami rywala, dopadł jej Zdenek Ondraszek i lewą nogą z półobrotu wpakował do siatki. Kontra, w której Jesus Imaz, osaczony przez lubinian, popisywał się dryblingiem na małej przestrzeni nie przyniosła podwyższenia wyniku, bo Martin Kosztal trafił w słupek. Niedługo później jednak Imaz starł się z obrońcą w przebijankach na skraju pola karnego. Nadbiegł Pietrzak, zabrał im futbolówkę jak niesfornym dzieciom, dośrodkował sprzed linii końcowej, a Rafał Boguski ściął do pierwszego słupka i uprzedził wszystkich. 2:0.

Niegdyś koncerty grupy Anawa zaczynały się od kabaretowej inwokacji: „Patronem naszego zespołu jest niejaki Bambuko Józef, bojownik o czystość moralną wschodniego Podhala. Jemu to właśnie przydarzyła się pewnego razu przezabawna historia. Cyganka Roza podała mu usta u zdroja i z tego związku narodził się Marek Grechuta, który śpiewa sygnał zespołu, przepiękne Tango Anawa”.
Wywołany odmierzał melodyjnie: „Pani mi mówi – niemożliwe, pani mi mówi – mnie się zdaje, pani mi mówi – nie do wiary, pani mi mówi – że to żart. Co jest możliwe, to możliwe, co mnie się zdaje, to się zdaje, a pani nie wie, co ja czuję, gdy śpiewam tango Anawa”.
Nie ma już przy Reymonta piłkarzy z tamtej drużyny sprzed kilkunastu lat, nie ma Carlitosa, który zachwycał w minionym sezonie, ale ci co pozostali ciągle grywają w rytmie tanga. Tak było w meczach z Lechem Poznań, Górnikiem Zabrze, Lechią Gdańsk, Legią Warszawa. Wisła prawdopodobnie będzie miała po pierwszej rundzie najwięcej goli w Lotto Ekstraklasie (ma 28 i może ją wyprzedzić tylko Jagiellonia Białystok, o ile jutro strzeli 5), a na pewno stworzyła kilkakrotnie więcej sytuacji do ich zdobycia. Te proporcje zostały zachowane również w sobotni wieczór. Jeszcze przed przerwą Kosztal idealnie obsłużył Dawida Korta, a Imaz – Boguskiego. Kort biegł niemal od połowy sam, lecz uderzył w golkipera, który wygrał też pojedynek z „Bogusiem”, odbijając zarówno pierwszy strzał z kilkunastu metrów, jak i dobitkę z bliższa.
Buguski zrewanżował się Hiszpanowi w 67. minucie, wystawiając mu piłkę po rajdzie Arsenicia, ale znowu znakomicie obronił Dominik Hładun, natomiast nieco wcześniej, po kopnięciu Ondraszka, pomogła mu poprzeczka.
Goście współtworzyli widowiskowość spotkania. Najładniej złożył się Adam Matuszczyk, z powietrza, po koźle, jednak Mateusz Lis zażegnał niebezpieczeństwo, podobnie jak przy próbie Damjana Bohara oraz po rzucie wolnym, który zaskakująco okazał się strzałem, a nie dośrodkowaniem. Próba Bartłomieja Pawłowskiego była natomiast minimalnie niecelna.

– To muzyka mojej młodości, która została przy mnie do dzisiaj. Był artystą ponadczasowym. Wszyscy go szanowali, mimo zmieniających się trendów i upodobań – tak Stolarczyk tłumaczył swoja fascynację Grechutą (o zainteresowaniach Maćka kontrastujących z jego wizerunkiem można poczytać TUTAJ).
Przykładem uniwersalności piosenek Grechuty jest przesłanie jednego z najbardziej znanych refrenów, uczące, jak odnosić się do życiowych porażek, przeciwności losu: „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Ważnych jest tylko kilka tych chwil – tych, na które czekamy”.
Po tamtym, przywoływanym meczu trudno było nie mieć metafizycznych odczuć. Wszak Stolarczyk, którego Dan Petrescu odstawił od podstawowego składu po klopsie w Poznaniu, 8 kwietnia 2006, a potem nie widział w „jedenastce” Dragomir Okuka, 14 października pojawił się na boisku w trakcie pierwszej połowy, bo Nikola Mijailovic odniósł kontuzję przywodziciela. – Byłem w muzeum – skwitował półroczną absencję z kamienną miną i błyskiem humoru w oczach.
Świadomość, że nie można dać się zdominować niepowodzeniom, rozgoryczeniu, pretensjom przydawała się również w tym sezonie, bo po obiecujących występach przychodziły często rozczarowania. Przydała się i dzisiaj, gdy mimo prowadzenia 2:0 i kolejnych okazji dla krakowian przyjezdni wyrównali.
Niedługo po przerwie Bohar przytomnie odegrał z pola karnego do prawej flanki. Po ponownej centrze Marcin Wasilewski sfaulował Pawłowskiego, sędzia podyktował karnego, Filip Starzyński posłał Lisa w jeden róg, a piłkę w drugi. Później to Starzyński dośrodkował z prawej strony, Bohar główkował, Wasilewski zaś zaliczył „swojaka”.
Wysiłki miejscowych były może i ambitne, ale chaotyczne, upłynęło na nich 90 minut zasadniczego czasu i pięć doliczonego. Wreszcie, po paru podaniach wszerz boiska, Jakub Bartkowski desperacko wrzucił futbolówkę w „szesnastkę”, gdzie stoper Zagłębia wyskoczył do niej nie w tempo, wobec czego przelobowała go i trafiła do Pawła Brożka, który z kilku metrów umieścił ją w bramce.
PAWEŁ FLESZAR

WISŁA Kraków – KGHM ZAGŁĘBIE Lubin 3:2 (2:0)
Bramki: Ondraszek 9, Boguski 22, Paweł Brożek 90 – Starzyński 49 k, Wasilewski 71 samob. Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce). Żółte kartki: Bartkowski – Tosik, Maresz. Widzów: 10 038.
WISŁA: Lis – Bartkowski, Wasilewski, Arsenić, Pietrzak – Basha (85. Brożek) – Boguski (79. Wojtkowski), Kort, Imaz, Kosztal (89. Bartosz) – Ondraszek. Trener: Maciej Stolarczyk.
ZAGŁĘBIE: Hładun – Tosik, Dąbrowski, Guldan, Balić (89. Janoszka) – Matuszczyk, Jagiełło – Pawłowski, Starzyński (76. Sirotow), Bohar – Maresz (83. Dziwniel). Trener: Ben van Dael.

Pozostałe wyniki i tabelę Lotto Ekstraklasy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.