Do banku drużyny po kredyt zaufania

Wojciech Bańbuła poprowadził dzisiaj pierwsze zajęcia jako trener przygotowania motorycznego siatkarzy BBTS Bielsko-Biała. To już trzeci klub z Plus Ligi w karierze 26-letniego krakowianina.

– Umówiliśmy się z prezesem, że przygotuję listę sprzętu, jakiego potrzebuję: twarde piłki do masażu, rollery, gumy. 70 procent ćwiczeń na tym wykonuję – wyjaśnia. – I wtedy podpiszemy kontrakt, bo lista będzie aneksem do niego. Ale sprawa jest „klepnięta”, dzisiaj zacząłem pracę w Bielsku.
Znalazł się w sztabie Krzysztofa Stelmacha, któremu pomagał już w AZS Olsztyn, w sezonie 2013/14. Wtedy łączył to z różnymi rolami, nawet kierownika drużyny, teraz skoncentruje się na przygotowaniu fizycznym. Drugim trenerem będzie brat Krzysztofa, Andrzej Stelmach.
Wojtek nie ukrywa, że myślał o pozostaniu w Cerrad Czarnych Radom, gdzie zawodnicy i sztab szkoleniowy byli z niego zadowoleni. – Słyszałem od nich pochlebne opinie, ale przez trzy miesiące nie doczekałem się telefonu prezesa, czy choćby odpowiedzi na sms-a – kręci głową. – Rozumiem, że Raul Lozano może ściągnąć kogoś ze sobą, ale powinienem dostać jakąś odpowiedź od prezesa o braku zainteresowania. Czekałem długo, ale kiedy zadzwonił Krzysiek Stelmach, poprosiłem o trzy dni do namysłu i zdecydowałem się szybko.

W Czarnych zetknął się z kolejnymi gwiazdami siatkówki, medalistami mistrzostw świata, Danielem Plińskim, Lukasem Kampą, Dirkiem Westphalem.
 Panowała taka reguła, że im kto więcej osiągnął, tym był bardziej pokorny i chętny do pracy – opowiada. – Lukas cały czas szuka czegoś, co mógłby jeszcze poprawić. A 37-letni Daniel po sezonie halowym zaczął grac na piasku. Widziałeś go na mistrzostwach w Krakowie – wytrzymywał tyle czasu na boisku przy tym upale, a dużo młodsi od niego mieli problemy. To nie bierze się znikąd. A poza tym już w Olsztynie przekonałem się, że ci wielcy siatkarze, których znam z telewizji, to normalni fajni ludzie.
On sam też jest już w innym miejscu niż dwa lata temu. Widać, że pewności siebie dodały mu doświadczenia w ekstraklasie i niezaprzeczalne osiągnięcie w Radomiu – przypomina, że w trakcie sezonu nie było w zespole żadnych kontuzji przeciążeniowych, barków, kolan, przepuklin kręgosłupa. – W siatkówce to ważna część pracy trenera od motoryki – podkreśla. – Często łatwiej dostrzegana, niż klasyczne przygotowanie. Zwróć uwagę: podczas meczu nikt nie powie, że jedna drużyna jest wyraźnie lepiej od drugiej przygotowana fizycznie, tak jak mówi się to w koszykówce, piłce nożnej albo ręcznej.

O swojej profesji rozprawia z nieudawaną pasją, tak jak dwa lata temu, kiedy przedstawialiśmy jego sylwetkę TUTAJ. Tyle że dzisiaj jest o dużą ilość mądrych lektur dalej. Kiedy tylko znajdzie słuchacza, opowiada o amerykańskiej myśli szkoleniowej; o „Mobility workout of the day” Kelly Starretta, „Współczesnym treningu siły mięśniowej Michała Wilka, o Christianie Thibaudeau zajmującym się treningiem siłowym m.in. w futbolu amerykańskim, o autorze popularnego testu FMS – Garym Cook’u. Czyta nawet bloga żywieniowego. „Usystematyzował”, „uporządkował” wiedzę – powtarza. Twierdzi, że sporo rozjaśniło mu również studiowanie… mechaniki na AGH, bo lepiej rozumie zasady działania mięśni.
– Uważam, że przygotowanie motoryczne powinno być coraz istotniejsze, zwłaszcza w pracy z młodzieżą – przekonuje. – Taki 17-18-letni chłopak urośnie do dwóch metrów, ale nie robi koniecznych ćwiczeń, bo nie lubi, nie jest w stanie, albo nikt go nie nauczył, nie przypilnował. Potem przychodzi do seniorskiej siatkówki i zanim włoży się go pod sztangę, trzeba go „wyprostować”, bo inaczej zaraz go plecy zaczną boleć, kolana zaczną boleć. Generalnie, do wszystkich siatkarzy w drużynie będę miał prośbę: „dajcie mi kredyt zaufania, 2-3 miesiące, a zobaczycie, że lepiej się poczujecie”. Tyle że najefektywniejszą pracę wykonuje się „jeden do jednego”, trener – zawodnik. To oczywiście niemożliwe w naszych realiach, ale liczę, że Krzysiek zgodzi się na rozbicie grupy do zajęć z motoryki, choćby na pół.

Twierdzi, że obecny BBTS przypomina mu AZS Olsztyn sprzed dwóch lat. Jego własne marzenia o przyszłości można umieścić w trzech torach. – Chciałbym się „wbić” kiedyś do któregoś z klubów wielkiej czwórki, poza wszystkim w nich i inne pieniądze byłyby do zarobienia… – zwierza się. – Ale dostać się tam będzie bardzo trudno.
Drugie wyzwanie z jakim pragnąłby się zmierzyć, to praca w Szkole Mistrzostwa Sportowego. Kształtowanie cech motorycznych, począwszy od I klasy liceum, przez trzy lata. – I po tym okresie fajnie byłoby zobaczyć, jak się rozwinęli fizycznie, czy są zabezpieczeni przed urazami, zdolni do znoszenia obciążeń – tłumaczy. – Ale mam też marzenie związane bezpośrednio z siatkówką, że uda mi się w przyszłości poprowadzić jakiś zespół. Dlatego jak najwięcej chcę skorzystać na współpracy z trenerami, którzy – wcześniej jako zawodnicy – są związani z tą dyscypliną przez większość życia.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.