Do utraty tchu

To pierwszy artykuł nowego działu – „Archiwum nostalgii”. Będą tutaj ukazywać się teksty publikowane już wcześniej w prasie. Niektóre w nieco innej wersji – bez ówczesnych interwencji redakcyjnych. Niektóre są uniwersalne, niektóre ciągle aktualne, w przypadku innych zmienili się bohaterowie, okoliczności, ale z drugiej strony mogą one budzić nostalgię za tamtymi wydarzeniami. Może nie tylko nostalgię autorów;)

Artykuł ukazał się w miesięczniku „futbol.pl” w styczniu 2008 r.

Gdzieś przy knajpianym stoliku, na stadionowej trybunie, podczas przypadkowej rozmowy z kibicem, wyświetla się film. Sceny z barwnego życia w szarej, peerelowskiej rzeczywistości, życia pełnego niepowtarzalnych emocji, niezwykłych wzlotów i gwałtownych upadków. Film z kariery Andrzeja Iwana. 

Sekwencja I. 12 listopada 1980 roku, nieistniejący już Estadio Sarria w Barcelonie, Polska jedyny raz w historii pokonuje Hiszpanię, 2:1. Obie bramki zdobywa Andrzej Iwan, który dwa dni wcześniej skończył 21 lat. Na trybunach trener reprezentacji Brazylii, Tele Santana. – Kto wywarł na panu szczególne wrażenie? – spytał hiszpański dziennikarz. – Ci dwaj Polacy, Iwan i Skrobowski, chciałbym ich mieć w swojej drużynie – odparł słynny szkoleniowiec, wyznawca ofensywnego, efektownego futbolu.

Z dziewięcioma trafieniami „Ajwen” został w tamtym roku najskuteczniejszym strzelcem w meczach reprezentacji europejskich. Trzy z nich zaliczył w konfrontacji z Kolumbią, podczas letniego tournee po Ameryce Południowej. –  Gdy wylądowaliśmy w Bogocie, od razu nam powiedzieli: – Nie wychodźcie z hotelu, nie wyciągajcie pieniędzy, nie wymieniajcie ich w banku, bo 80 procent w obiegu to fałszywki… – wspomina. – Na stadion Millionarios jechaliśmy w wojskowym konwoju, górą helikoptery, goście z karabinami maszynowymi obstawili wszystko. Atmosfera była cudowna, 45 tysięcy kibiców, full, wszyscy jak szaleni. Kolumbijczycy chyba na narkotykach, mieli błędne oczy; Kazek Kmiecik dostał kolanem w twarz, złamali mu kość jarzmową. Kiedy Staszek Terlecki dołożył czwartego gola, podbiegł do mnie, uklęknęliśmy przy ogrodzeniu. Rzucali w nas czym się dało. Staszek się przeżegnał i mówi: „O Boże, co my dzisiaj gramy!”. A graliśmy bajeczny mecz. Bajeczny mecz! Wychodziły mi sztuczki techniczne, których nie odważyłbym się robić na podwórku. Wszystko mi wychodziło. Na przykład podbijałem piłkę, leciała półtora metra w prawo, odbijała się od trawy i wracała do mnie, już za przeciwnikiem.

Na koniec roku Jupp Derwall, niemiecki trener świeżo upieczonych mistrzów Europy, powołał go do reprezentacji kontynentu na mecz pokazowy. – Pamiętał mnie, bo wcześniej graliśmy przeciwko niemu jakiś sparing, strzeliłem mu jakieś bramki. Tyle że zgłoszenie przyszło do PZPN, a oni wysłali Zbyszka Bońka. Ja dowiedziałem się po fakcie – uśmiecha się beznamiętnie. I dodaje uniwersalny refren tej opowieści: – Takie czasy były…

Dwa tygodnie w anclu

Sekwencja II. 6 grudnia 1978 roku, restauracja „Dniepr” przy Królewskiej w Krakowie. W środku baza cinkciarzy, nieopodal największy sklep „Peweksu” na południu Polski. – Pamiętam jak dziś, wieczorem Śląsk Wrocław miał grać z Borussią Moenchengladbach, chcieliśmy na wesoło wytrzymać do transmisji, zaczęliśmy z „Myszą” Płaszewskim pić koniaki – opowiada. – Potem pojechaliśmy do „Stylowej” w Hucie, bo to były „Myszy” tereny. Kelnerka schowała mi rękawiczki dla żartów. Byłem już „ebebebe” i awanturę zrobiłem.

Został oskarżony o pobicie kelnerek i wezwanych na pomoc milicjantów. – Nie uderzyłem żadnej kobiety – zarzeka się. – Może i one nie miały zębów, ale brakowało im ich już wcześniej. Wydałem wtedy wszystkie pieniądze, jakie dostałem za mistrzostwa świata w Argentynie. Na kelnerki, milicjantów. Gdyby nie to, pewnie bym poszedł siedzieć, albo udupiliby mnie w wojsku. Formalnie byłem wtedy żołnierzem, zamknęli mnie do ancla w jednostce, przez dwa tygodnie dwa razy mnie tam okradli. Przyjechał gość z Gwardii Warszawa i powiedział, że jak do nich nie przejdę, to mogę przez pięć lat nie wyjść z jednostki. Wysłałem gryps przez znajomego dżudokę. Pułkownik Jabłoński pojechał do Warszawy i mnie wyciągnął. Jabłoński to całe dobro, jakie było w Wiśle. Nie był milicjantem. Był człowiekiem.

PZPN zawiesił go na rok, wyszedł na boisko po ośmiu miesiącach. Ominęły go mecze ćwierćfinałowe z Malmoe. Wiele osób do dzisiaj twierdzi, że gdyby zagrał w nich Iwan, Wisła mogła awansować dalej, a później zdobyć nawet Puchar Europy.

Rzuć się lewo, Ciapuś

Sekwencja III. Wiosna 1985 roku. Wisła spada do II ligi. Iwan z piątką kolegów od kilku tygodni jest odsunięty od drużyny. Oficjalne pismo – „W innych klubach piłkarze o mniej znanych nazwiskach robią więcej dla swoich zespołów, niż Pan” – eufemistycznie ujmowało zarzut handlowania meczami. – Jeśli ktoś powie, że ja Wisłę sprzedałem, jestem gotowy do każdej konfrontacji – mówi z naciskiem. – Nienawidzę ustawianych rzeczy; jestem hazardzistą i nawet jak się komuś karty przewrócą, to nie będę patrzył, bo mnie potem wygrana nie cieszy. Nigdy w życiu nie oddałem nawet pół punktu, choć okazje były. W maju 1978 roku, na spotkanie z Ruchem Chorzów, który walczył o utrzymanie, przywieźli mnie prosto z mistrzostw Europy juniorów, gdzie zdobyliśmy brązowy medal. Działacze nagadali mi po drodze, że mobilizują wszystkie siły, aby nie było podejrzeń. I jak głupek orałem boisko. Załapałem dopiero pod koniec, co się dzieje. Wszedłem do szatni, szczyl, osiemnastolatek i powiedziałem: „Jak, kurwa, ktoś się odezwie, to mu wpierdolę”. Następnego dnia dostałem pieniądze. Ruchowskie, z podziału.

W osławionym meczu ze Śląskiem we Wrocławiu, na zakończenie sezonu 81/82 dostał premię od Widzewa Łódź, który rywalizował o mistrzostwo właśnie ze Śląskiem. Wrocławianom do zdobycia tytułu wystarczał wtedy remis w meczu z Wisłą, w ostatniej kolejce. – Graliśmy w dziewiątkę, bo dwóch kumpli nas sprzedało – twierdzi. – Bez nazwisk, niech będzie X i Y. X proponował mi spółkę, ale ja miałem przechodzić do Widzewa, wziąłem od nich zaliczkę, rozdałem chłopakom w szatni po 200 dolarów. W pierwszej połowie miałem „setę”, pustą bramkę i strzeliłem nad poprzeczką. Myślę sobie: „Kurwa, teraz to mnie wszyscy zajebią”. Na szczęście „Skrobek” później trafił, prowadziliśmy 1:0. Pawłowski – lider Śląska – podlatuje do mnie spanikowany: „Andrzej, przecież ja ci dam wszystko co chcesz, odpuśćcie”. Zacząłem sobie z niego jaja robić: „Powiedz kierownikowi, żeby przyniósł całe złoto, jakie macie w szatni”. Niedługo dostali karnego. Pawłowski bierze się do strzelania, a kolejkę wcześniej nie wykorzystał „wapna” w Mielcu, inaczej już wtedy mieliby mistrzostwo. Widzę, że X podszedł do Jasia Adamczyka, naszego bramkarza, coś mu powiedział, a potem kiwnął głową w kierunku Pawłowskiego. Podchodzę do Adamczyka i pytam: „Ciapuś, co ci X powiedział?” „No, żebym szedł w prawy, bo tam na pewno Pawłowski będzie strzelał”. Ja na to: „To idź w lewy”. I Pawłowski strzelił w lewy, „Ciapek” się tam rzucił i obronił. Byłem już wtedy wodzem i takie rzeczy nie mogły się dziać bez mojego pozwolenia. Widzew został mistrzem, a po meczu żony piłkarzy Śląska chciały nas zabić, z pazurami się na nas rzuciły. Wszystko mieli przygotowane do fety, bankiet na 300 osób.

Wspomina. – Już w Górniku, przyjechał do mnie facet z Ruchu Chorzów i prosił, żeby wygrać ze Stalą Mielec. Był przekonany, że Mielec nam zapłaci za podłożenie się i oni spadną. Rozmawiam z ministrem Szlachtą, który rządził w Górniku, a on: „Wiesz, jak Ruchu nie cierpię, ale pasuje mi absolutnie, żeby wicepremier Gorywoda, ich sympatyk, był po mojej stronie”. W Mielcu zrobiłem karnego, wygraliśmy 1:0.

Wspomina. – To były chore czasy, wiesz. Muszę się cieszyć z tych mistrzostw, które zdobyłem w Zabrzu, ale nie jestem przekonany, że wszystkie mecze wygrywaliśmy czysto. Tylko tutaj od razu kontra do Engela. To trener z gatunku tych, kurwa, którzy nigdy nie przegrali przez swoje błędy. Jego Legia padła u nas 3:0, ale kto sprzedaje mecz na szczycie?! OK, w dniu meczu z Legią Andrzej Buncol przyszedł do Jaśka Urbana. Chciał buty. Oni nie mieli, a u nas sprzętu było od groma. Najlepszego. Jasiu dał mu Pumy, a potem Engel ukuł teorię, że jego piłkarze dostali od nas w butach pieniądze. Trzeba mieć umysł pana Engela, albo charakter pana Engela.

Duma na asfalcie

Sekwencja IV. Początek lat 70., betonowe osiedla Nowej Huty, grupki chłopców na asfaltowych boiskach. Przefarbowane obrazki z wielkomiejskich gett murzyńskich w Stanach Zjednoczonych. – U nikogo się nie przelewało; jak nie chciałeś kraść, to musiałeś grać w piłkę na pieniądze – opowiada Iwan. Miał trzynaście-czternaście lat, koledzy i rywale byli dorośli. – To były straszne mecze, golenie miałem porąbane jak szatkownicą. Graliśmy pięciu na pięciu; brałem od mamy pięćset złotych, żeby moja drużyna mogła obstawić bank po stówce. Wiedziałem, że jak stracę tę kasę, to za dwa dni nie będzie w domu co jeść. Nigdy nie przegrałem takiego meczu. Chłopaki „grzali” potem, ja wtedy nigdy nie piłem, nienawidziłem piwa, wina. Ale grałem najlepiej w piłę i mir miałem na osiedlu straszny; żaden kizior nie miał prawa mnie ruszyć. Kiedyś, już w Wiśle, wróciliśmy tam. Krzysiek Budka, Adam Nawałka, ja. I przegraliśmy. Sromotnie. Wyobrażasz sobie? Już baliśmy się o nogi, uważaliśmy…

– W Hucie enklawy były takie, że się, kurwa, w głowie nie mieści. Chodził chłopak i ciągle dostawał manto. Kiedyś ktoś poleciał, żeby mu tradycyjnie wpierdol spuścić, a on się nagle odwrócił, lewa, prawa, lewa. Znokautował tamtego. Okazało się, że boks trenował przez półtora roku, żeby już nie musieć uciekać. Tacy byli ludzie. Asfalt, osiedle to było nasze życie, nasza szkoła i to jest mój powód do dumy. Nigdy nie sprzedałem kumpli ani wtedy, ani później. Teraz już wierzysz, że nie puszczałem meczów?

Wszystkie dolary Młynarczyka

Sekwencja V. Czerwiec 1982, Hiszpania, mistrzostwa świata. Iwan już od trzech miesięcy ma naderwany mięsień prawej nogi. Gra na zastrzykach, piłkę kopie tylko lewą. – Na sparingu we Francji przyjąłem piłkę na klatę i walnąłem z woleja w okienko, z linii pola karnego – opowiada. – Piechniczek dziwił się potem na treningu: „Ajwen nie mów, że strzelisz jeszcze kiedyś takiego gola”. „Trenerze, co najmniej cztery na pięć” – odpowiedziałem. Wysłał Grześka Latę do dośrodkowań. Powtórzyłem to pięć na pięć. Piechnik tylko kręcił głową: „No, nie, to jest, kurwa, niemożliwe”.

Mistrzostwa świata skończyły się dla niego w 27. minucie drugiego meczu, z Kamerunem, kiedy mięsień zerwał się ostatecznie. Na brązowy medal zapracował poza boiskiem. – Mieszkałem w pokoju z Józkiem Młynarczykiem; po pierwszej rundzie przez trzy dni, zamknięci, piliśmy i graliśmy w karty. Wygrałem od niego dwanaście tysięcy dolarów, kolosalne pieniądze. „Młynarzowi” coś odbiło, powiedział, że nie będzie już bronił. Przychodził Piechniczek, prosił go, a on: „Spieprzaj, Piechnik, nie wychodzę”. Oddałem mu prawie całą kasę, zostawiłem sobie tylko 900 dolarów i poszedł na trening. Gdy wylądowaliśmy w Polsce, „Młynarz” pierwsze co zrobił, to moją żonę na lotnisku uściskał: „Twój chłop życie mi uratował!”.

Spróbował wszelkich odmian hazardu, za to błyskawicznie wyleczył z kart swojego przyjaciela, Adama Nawałkę. – Po meczu pucharowym w Brnie poszło tylko jedno rozdanie – opowiada. – „Nawała” dostał karetę asów, podpalił się i windował stawkę w nieskończoność. Ale ja miałem małego pokera i musiał mi oddać adapter Fonomaster, najlepszy, jaki był wtedy dostępny.
Gdy wraz z Nawałką prowadził Wisłę w 2001 roku, obiecał człowiekowi, który w klubie jeździł traktorem, że da mu swojego Seata, jeśli zdobędą mistrzostwo. Samochód zmienił właściciela. Inaczej niż „Zastawa”, którą dwadzieścia lat wcześniej chciał postawić w pokerze. – Spisałem umowę, ale ktoś zwinął się z nią, zanim doszło do gry – wspomina. ? To byli oszuści, kręcili nielegalną ruletę, naciągali każdego. Poszedłem po prośbie do znajomych milicjantów. Musiałem kupić siatkę wódki, pojechaliśmy pod Miechów, gdzie samochód stał w stodole. Chłopakowi powiedzieli tak: „Jeszcze raz zamachniesz się na nieodpowiedniego gościa, to nie będzie cię na mieście”.

Nie zawsze można było liczyć na pomoc. Na początku lat 90., na trzydniowej sesji w Warszawie, przegrał w karty 100 tysięcy dolarów. – Jechałem do Krakowa beemką i przez całą drogę zastanawiałem się: „Przypierdolić w drzewo, czy nie?”.

Smak marynowanej cebuli

Sekwencja VI. Marzec 1981 roku, Bukareszt. Po przegranym 0:2 meczu z Rumunią, reprezentanci czekają w hotelu na samolot do Polski. Po powrocie Wisła ma zmierzyć się w Sosnowcu z Zagłębiem. Sosnowiczanin Wojciech Rudy – obecnie podejrzany o większe przestępstwa – postanawia wyłączyć najgroźniejszego zawodnika Białej Gwiazdy. – „Podlewał” mnie przez trzy dni, a jeszcze nie było czym przejeść, bieda – opowiada „Ajwen”. – Tylko marynowane cebule. Nażarłem się tak, że od tamtej pory nie mogę na nie patrzeć. Byłem sztywny strasznie. Z hotelu, a potem z samolotu wynosili mnie jak drewno.
Przespał noc, następnego dnia trener z kierownikiem drużyny cucili go – jeszcze niezupełnie trzeźwego – zimnymi prysznicami i kawą. Po kilku godzinach strzelił Zagłębiu dwa gole.

Gdy w 1987 roku w plebiscycie „Piłki Nożnej”, został wybrany najlepszym polskim piłkarzem, późną jesienią nagle zniknął na cztery dni. Sytuacja robiła się dramatyczna, bo na najbliższy mecz miał przyjechać zainteresowany transferem Iwana prezes VFL Bochum. – Powiedzieli Edkowi Sosze, że jak mnie nie znajdzie, to wyleci z roboty ? opowiada z lekkim zawstydzeniem. – Udało mu się, przywiózł mnie prosto na stadion. Dostałem najwyższe noty w gazetach, prezes Bochum mówi: „Super grałeś, ale dlaczego tak dużo wody pijesz?”. Powiedziałem, że złapałem jakąś infekcję. Przed wyjazdem do Niemiec dostałem jeszcze od Górnika 100 000 złotych kary.

Są tu sceny z knajp krakowskiego półświatka i klubów studenckich. Nocnych imprez i porannych powrotów do domu polewaczkami. – Wyjeżdżają o czwartej, zwykle wtedy wychodziłem, a jak nie było, to brałem radiowóz – śmieje się. – Gliniarze nie mieli prawa mi odmówić. Dopiero gdy już byłem na wylocie, wyszedłem z „Jaszczurów”, gdzie kolega robił wieczór kawalerski. Wsiadam, a milicjant: „Co my, kurwa, taksówka?”. Ja na to: „No, nie”, wysiadłem, rąbnąłem drzwiami, ale coś słabe były, bo została mi klamka w ręce. Wypadli z wozu i wzięli mnie na komendę; zaczęli przesłuchiwać, straszyć. Dobrze, że „Nawała” się dowiedział i mnie wyciągnął, bo pewnie by mnie wtedy sprali.

Radiowozem na trening

Sekwencja VII. Ciąg zdarzeń z pogranicza snu i jawy. Dziewięciolatek, który dostał prawdziwą skórzaną piłkę na komunię, pierwszy raz w życiu poszedł zagrać na dużym, trawiastym boisku Wandy Kraków, gdzie starsi chłopcy pobili go i zabrali prezent. – Pewnie jej już nie znajdziesz, ale zacznij u nas ćwiczyć, to będziesz miał piłek pod dostatkiem – pocieszał go Marian Pomorski, legendarny trener Wandy. – Niczego więcej się w futbolu nie nauczyłem, niż od tego człowieka – podkreśla Iwan.

Szesnastolatek, którego na pierwszy trening na Wiśle przywiózł radiowóz („Wstydziłem się pokazać między tymi gwiazdami i milicja dostała zadanie, żeby mnie dostarczyć”). Boisko było bardzo grząskie, ubrał korkotrampki i ślizgał się przez całe zajęcia. – Śmiali się wszyscy, Marek Kusto aż się popłakał, kpili: „Talent się wielki znalazł” – wspomina. Szybko przestał budzić rozbawienie, do dzisiaj jest najmłodszym debiutantem w ekstraklasie i strzelcem gola w powojennej historii Wisły.

Osiemnastolatek, który przebojem zdobył miejsce w podstawowym składzie Wisły, w mistrzowskim sezonie 77/78. – Na trybunach cała moja osiedlowa ekipa, a ja małolat na boisku, to były niesamowite emocje ? zwierza się.
Popisowy mecz przeciwko Legii Warszawa, w tymże sezonie, do dzisiaj wspominany przez Franciszka Smudę, który był stoperem w stołecznym zespole. – Złapałem go wtedy na karnego, ciągle powtarza: „Kurrrrwa, tyś mnie w chuja wtedy zrobił” – Iwan naśladuje charakterystyczny głos szkoleniowca Lecha Poznań.

Osiemnastolatek (ale już z żoną i nowonarodzoną córeczką), który gra tylko w nieoficjalnych meczach pierwszej reprezentacji, żeby móc wystąpić na mistrzostwach Europy juniorów. W sparingach seniorskiej kadry Jacka Gmocha zdobywa jednak siedem goli. – „Szczena” powiedział: „Jesteś pierwszym, któremu obiecuję, że na pewno pojedzie na mundial. Będziesz moją tajną bronią” – uśmiecha się z nostalgią. Został najmłodszym uczestnikiem mistrzostw świata w Argentynie, a kilkanaście lat później, gdy pracowali razem w Arisie Saloniki, Gmoch przychodził do niego wieczorami do domu i kontrolował, czy nie ma alkoholu w lodówce.

Obrotowy portret Hitlera

Sekwencja VIII. Sceny komiczne z elementami tragedii.
Siedemnastolatek gonił sędziego po jednym z meczów Pucharu Michałowicza. Arbiter był na rauszu i po ostatnim gwizdku powiedział do Iwana: „Kopnę cię w tyłek gówniarzu”. – Na szczęście dla niego i dla mnie, udało mu się uciec – wspomina. – Ale i tak dostałem pół roku dyskwalifikacji.

Spotkanie z Niemcami w 1981 roku, gdy na Stadionie Śląskim głośniej było słychać hymn niemiecki niż polski. – Ślązacy śpiewali – kiwa głową. Słyszałem później opowieść, jak jeden hajer się spóźnił i pyta: „Jaki wynik?” „2:1 dla noszych”. „A kto strzelił?” „Rumenigge i Fisher”… W Górniku grałem z takimi w drużynie, którzy mieli w domu obracane portrety na ścianie. Po jednej stronie Gomułka, po drugiej Hitler. Nie umieli, chłopaki, za dobrze po polsku mówić.
Wyjazdowa konfrontacja na Malcie, gdzie miejscowi rzucali w nich kamieniami i cegłami, wrzeszcząc „Russija”. – Włodek Smolarek się wtedy wychylił, odjebało mu coś, i po golu wskoczył na siatkę przed trybuną – opowiada. – Było dwóch policjantów na koniach, pierwsi uciekli. Nam też się jakoś udało… Mam jeszcze zdjęcie z zabandażowanymi dłońmi, boisko to była normalna skała.

Szok finansowy po przejściu z Wisły do Górnika. W Krakowie zarabiał 8-10 tysięcy złotych miesięcznie (2-3 średnie krajowe pensje), w Zabrzu dostał 45 tysięcy. – I od razu był mecz z Zagłębiem Sosnowiec, więc specjalna premia 40 tysięcy na łeb i po pięć tysięcy za bramkę. Wziąłem 105 tysięcy pierwszej wypłaty! – nawet dziś kręci z niedowierzaniem głową. Rany boskie, a oni jeszcze narzekali, że im źle.
Rewelacyjny, pierwszy sezon w Bochum, rozpoczęty badaniami, które wykazały, że ma najgorszą wydolność w drużynie. Trenował z bramkarzami. – Herman Gerland powiedział: „Masz być do dyspozycji w sobotę albo w niedzielę, przez resztę tygodnia możesz siedzieć tylko u masażysty” – wspomina. – Obroniliśmy się przed spadkiem, awansowaliśmy do finału Pucharu Niemiec. Nie byłem już napastnikiem, ale rozgrywającym, bez zadań defensywnych. Ci Niemcy biegali jak oszaleli; gdzie nie kopnąłem, to gość zawsze tam był. Po moich podaniach wychodzili po sześć razy sam na sam, tyle że strzelali z tego jedną bramkę co cztery mecze.

Wizyta na grobie Władysława Kozubala, sponsora Górnika, który namówił go do zakończenia kariery. – Obiecał, że będę działaczem, menedżerem; załadował mnie w buca normalnie – irytuje się. – Siedziałem pół roku u niego w Szwajcarii, grałem u makaroniarzy, w jakiejś amatorskiej drużynie. Potem się okazało, że Władek był oszust, mojego kolegę, którego z nim poznałem, wyrypał na parę milionów dolarów. Ale później nie wytrzymał presji. Wypił litr whisky i strzelił sobie w łeb z magnum 44. Jego żona mi opowiadała, że wszystko miał zaplanowane, kazał jej na noc wziąć tabletki nasenne. Kiedy wstała, poszła do jego pokoju, żaluzje były zaciągnięte, ciemno. Wdepnęła w coś, myślała, że to pies kupę zrobił. A to był mózg męża.

Pierwsza wódka z Cupiałem

Sekwencja IX. Hall budynku Wisły, „Galeria Sławy” z fotografiami wiślaków, którzy uczestniczyli w mistrzostwach świata. Podobizna Iwana została zdjęta kilka miesięcy temu, ochroniarze nie mogą wpuszczać go na mecze. – Powiedziałem wiosną w telewizji, że prezes Heler nic nie ma do powiedzenia, bo o wszystkim decyduje Cupiał i pewnie tą oczywistą prawdą mu podpadłem – szydzi. – Pomyśleć, że już trzydzieści lat temu piłem z nim wódkę, kiedy handlował farbami, lakierami i tak zarabiał pierwsze pieniądze. Wali mnie to, ale najgorsze, że przeze mnie przerąbane ma w Wiśle mój Bartek, bo nie może ani grać, ani odejść.

– To już nie śmieszne, tylko żałosne, ale najbardziej nienawidzę Cupiała za to, jak potraktował Zdziska Kapkę – zapala się. – „Kapa” przez dziewięć lat za niego dupy nadstawiał. Robił wszystko, co mu kazał. A Cupiał pozwolił, żeby go zeszmacili, choć wystarczyło jedno wypowiedziane publicznie zdanie: „Zostawcie go, wykonywał moje polecenia”.
– Następny, który bez sensu przyczepił się do „Kapiszona”, to Staszek Terlecki – uzupełnia. – Wyzywa w swojej książce Zdzicha od kapusiów, esbeków, a przecież go nawet za dobrze nie zna. To jest nieprawda, totalne nieporozumienie. Gdyby to powiedział ktoś z byłych zawodników Wisły… Ale nikt nie powie, bo Kapa był w porządku. To w ogóle głupia książka, już tytuł jest głupi. „Pele, Boniek i ja”? No, bez przesady. Pele i Boniek, to jeszcze, ale gdzie tam Staszek? Nic wielkiego w życiu nie osiągnął.

Naturszczyk z krwi i kości

Sekwencja X. Mężczyzna z kuflem piwa w krakowskiej restauracji. – Nie przeszkadza ci, że piję? – pyta kilkakrotnie. – Wczoraj dostałem „falę” – bez owijania w bawełnę mówi o swoich słabościach. Zwierza się, że lekturę gazety zaczyna od rubryki nekrologów. – Sprawdzam, który z kumpli poszedł, coraz częściej widujemy się na pogrzebach. Zostały nam jeszcze Wigilie, które piłkarzom wszystkich krakowskich klubów organizuje Józek Nowak. Nasze czasy jakieś inne były, wszyscy byliśmy kolegami, nie bałem się wyjść na ulicę. A mój syn musi. Kiedyś, na Karmelickiej, z samochodu wypadło na niego paru z nożami. Chłopcy z Cracovii, przeciwko którym grał w piłkę w młodzikach! Gdyby nie wskoczył do sklepu, to by go zajebali. To mnie przeraża.

Sam pożegnał większość dawnych urazów. – Zmądrzałem. Mogłem dawniej nie lubić Oresta Lenczyka, ale dzisiaj mam do niego zajebisty szacunek – mówi o trenerze, który 22 lata temu wnioskował o odsunięcie go od drużyny Wisły. – Zrozumiałem, że jest to człowiek, który pomaga każdemu piłkarzowi. Człowiek.

Ktoś, kiedyś powiedział o Andrzeju Iwanie: „Miał wszystkie dane, aby zostać jednym z najlepszych piłkarzy świata i zrobił wszystko, aby tak się nie stało”. – Nie będę się roztkliwiał nad sobą, nie uważam się za pokrzywdzonego przez los. Zawsze robiłem, co chciałem – przekonuje. Twardo. Jak zawsze. – Byłem naturszczyk, kurwa, z krwi i kości. W meczu z Odrą Opole w 20. minucie zerwałem torebkę stawową, zagrałem do końca i strzeliłem jeszcze gola. Nie ściągałem buta w przerwie, bo już bym go nie założył. Lekarz, jak zobaczył na drugi dzień nogę, to był w szoku. Tak robiłem wszystko: grałem, balowałem, piłem. Żyłem na całego. I niczego nie żałuję.
Ściemnienie. Napisy końcowe.

ANDRZEJ IWAN
Urodzony: 10 listopada 1959 roku w Krakowie.
Kluby: Wanda Kraków (1968-75), Wisła Kraków (wiosna 1976-85), Górnik Zabrze (1985 – jesień 87), VFL Bochum (wiosna 1988-89), Górnik (jesień 1989), Aris Saloniki (wiosna 1990 ? jesień 91), Górnik (wiosna 1992), FC Azzurri (1992/93), FC Pully (jesień 1993), Kuchnie Izdebnik (jesień 1994).
Bilans w polskiej ekstraklasie: 269 meczów/90 goli.
Bilans w reprezentacji: 29 meczów, 11 goli.
Sukcesy: 3. miejsce MŚ 1982, 5. miejsce MŚ 1978, 3. miejsce ME juniorów 1978, czterokrotnie mistrzostwo Polski (1977/78, 85/86, 86/87, 87/88), 2. miejsce MP (1980/81), 3. miejsce MP (1975/76), 1. miejsce MP juniorów (1975/76).
Kariera zawodowa: trener młodzieży (i zawodnik) w Spartaku Wielkanoc, trener w pionie młodzieżowym Wisły Kraków, specjalista od taktycznego rozpracowywania rywali w Wiśle, II trener w Wiśle Kraków (mistrzostwo Polski 2001, gdy I trenerem był Adam Nawałka), kierownik I drużyny Wisły, II trener w Zagłębiu Lubin, trener w Płomieniu Jerzmanowice, trener w Okocimskim Brzesko, skaut w agencji menedżerskiej Avance Sport, trener w Orlętach Rudawa, komentator telewizyjny.

PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*