Dorastanie do ślubnego garnituru

Koszykarze Sokoła Łańcut pokonali SKK Siedlce, 73:61, zbliżając się do ostatecznego triumfu w sezonie zasadniczym I ligi.
Pomogła im też wyjazdowa porażka Legii Warszawa z Rosą Radom, która stała się faktem akurat przed pierwszym gwizdkiem w Łańcucie. Wiadomo było wtedy, że mogą sobie pozwolić na dwie wpadki w pozostałych sześciu spotkaniach. – Zbijaliśmy piątki wychodząc na prezentację, gdy powiedział nam to jeden z kibiców. Nie zdekoncentrowało nas to jednak, patrzymy tylko na siebie – twierdzi Krzysztof Krajniewski, który dzisiaj został „starterem”. Dwoma ciekawymi akcjami (w tym – z odejściem od obrońcy i rzutem o deskę) dał swojej drużynie drugie prowadzenie, 7:5.
Po raz pierwszy od czasu przenosin do SKK pojawił się w hali MOSiR Marcin Pławucki, którego dwuletnie występy w Sokole, ambicję i ofiarność, dobrze pamiętają kibice. Powitali go brawami, a rezydenci „młyna” – dodatkowo skandowaniem imienia i nazwiska. Niewysoki rozgrywający sprawiał wrażenie nieco stremowanego powrotem do miejsca, w którym zdobywał I-ligowe szlify.
– Fajnie zobaczyć starych znajomych, obiekt, gdzie odnosiliśmy sukcesy, jednak starałem się podejść do tego, jak do każdego meczu – przekonuje. Przywiózł ze sobą cechy wolicjonalne, z których jest znany, ale rywale starali się wykorzystywać jego warunki fizyczne. Marek Zywert po ofensywnej zbiórce zagrał z nim „jeden na jeden” z pozycji niskiego centra i zrobiło się 15:7. Wobec nieobecności Marcina Sroki i kłopotów z faulami Rafała Kulikowskiego, rolę „piątki” często i z powodzeniem pełnił ruchliwy Maciej Klima. Po drugiej stronie, siłą i lewą ręką, rewanżował się Rafał Rajewicz.

Pierwsza kwarta skończyła się 18:13, w drugiej Sebastian Szymański wcelował za trzy, więc ponownie przymierzył z tej odległości już na sekundę po przekroczeniu połowy boiska. Przedzielił to przechwyt i samotna kontra Bartosza Czerwonki, a na tablicy świeciło się 30:17. Gospodarze jednak równie łatwo zyskiwali przewagę, jak ją tracili. Ich trener, Dariusz Kaszowski, poirytowany zachowaniami defensywnymi, tak w trakcie czasu na żądanie trzepnął o ziemię podkładką do rysowania, że złamała się na dwie części i trochę drobiazgów.
Do przerwy trwały zawody w przeciąganiu liny pomiędzy Jerzym Koszutą a Rajewiczem, uwieńczone rezultatem 39:29. Po niej miejscowym w kilku przypadkach zabrakło zdecydowania lub precyzji, na co nie uskarżali się Rafał Sobiło i Damian Szymczak, więc w efekcie różnica zmalała do 41:38.
To był kluczowy moment; gdybyśmy przełamali wtedy wynik, to może zachowalibyśmy szanse na zwycięstwo. Za słabą mieliśmy jednak skuteczność z „trójek”, które zwykle są naszą silną bronią, ale przeciwnicy dobrze je zatrzymali. Zbyt dużo też przydarzyło się strat, ja sam chyba ustanowiłem jakiś rekord – narzeka Pławucki, który zgubił siedem piłek.

Klima i Szymański (wjazd z wysuniętym kolanem i strzał z obwodu) przerwali marazm swojego zespołu, a Zywert widowiskowo rozprowadził Koszutę, penetrując środek i mimochodem oddając „gałę” wbiegającemu za nim partnerowi. 50:38 i 52:40 po upływie trzydziestu minut i kolejnym trafieniu „Jerry’ego”, który spisywał się w środowy wieczór jak nowo narodzony, choć jeszcze wstając rano z łóżka nie wiedział, czy będzie mógł zagrać. Kolano zaczęło doskwierać w trakcie zajęć w miniony czwartek i wyeliminowało go z sobotniego spotkania w Inowrocławiu. Dużą pracę wykonał z nim specjalista od motoryki Sokoła, Mateusz Leja. Jurek wyszedł na wtorkowy trening, lecz ciągle odczuwał bóle. Dopiero dzisiejsza konsultacja u rzeszowskiego fizjoterapeuty przesądziła, że więzadła poboczne nie są naruszone i może wyjść na plac.
Solidarnie dzielili się na nim zdobyczami z Szymańskim, który dodatkowo zafasował statuetkę dla MVP. Nieźle ponadnormatywną ilość minut wykorzystał Czerwonka, a gdy w 37. minucie Koszuta w wyskoku podwyższył na 66:52 – jasne było, że gospodarzom nie może już stać się krzywda. A wcześniej istniały ku temu uzasadnione obawy, bo poza opisywanymi kłopotami Jerzego kontuzje wykluczyły Alana Czujkowskiego i Patryka Busztę, a za trzy przewinienia techniczne musiał pauzować Sroka.
– Liczyliśmy na zwycięstwo, ale to dlatego, że zawsze na nie liczymy, a nie ze względu na ich problemy personalne – kwituje Marcin Pławucki. – Sam dawniej wchodziłem zwykle z ławki, więc wiem, że takie rzeczy tylko podwójnie mobilizują pozostałych: „muszę zastąpić kolegę”.

Najdłuższy występ w tych rozgrywkach zanotował Krajniewski, który w przerwie miał najwięcej minut na liczniku ze wszystkich uczestników spotkania. – Ostatnio tak dużo przebywałem na parkiecie pewnie ze dwa lata temu, jeszcze w Anwilu Włocławek, w ekstraklasie – wspomina skrzydłowy dochodzący do siebie po operacji przepukliny kręgosłupa, która zabrała mu cały poprzedni sezon. – Mam nadzieję, że odzyskam formę; coś takiego powinno w tym pomóc.
Opowiada anegdotę, jak w listopadzie 2015 roku wraz z narzeczoną, a obecnie żoną – Katarzyną  kupili suknię i garnitur na zaplanowany w czerwcu 2016 ślub: – Kręgosłup wtedy już dolegał, nie mogłem trenować, potem była operacja, lekka rehabilitacja. W kwietniu chcieliśmy dokonać drobnych przeróbek i okazało się, że garnitur jest dwa numery za duży. Tak schudłem…
„Garniak” został wymieniony, ale Krzyśka jesienią i zimą nękały jeszcze dolegliwości pochodne po zabiegu, zwłaszcza kolan, których nie stabilizowały osłabione mięśnie. – Czuję się coraz lepiej fizycznie: na siłę nie narzekam, wyskok powoli wraca, nieźle wytrzymałem kondycyjnie dzisiejszy mecz – podkreśla. – Kluczem jednak będzie odzyskanie pewności siebie, umiejętność podejmowania ryzyka w sytuacjach, w których dawniej bym się nie zastanawiał. A na przykład dzisiaj, kiedy kilka razy rzut się nie udał, uznałem, że lepiej pomóc w inny sposób: jakąś zbiórką, asystą.
Przed łańcuckim teamem jeszcze pięć konfrontacji, z których trzy musi rozstrzygnąć na swoją korzyść, żeby nie oglądać się na rezultaty Legii. Najbliższa, już w sobotę, w Stargardzie. – Spójnia jest najtrudniejszym z pozostałych rywali – uważa Krzysiek. – Zrobimy jednak wszystko, żeby już nie wypuścić możliwości zajęcia pierwszego miejsca w sezonie zasadniczym.
PAWEŁ FLESZAR

SOKÓŁ Łańcut – SKK Siedlce 73:61 (18:13, 21:16, 13:11, 21:21)
Sędziowali: Adam Krasuski, Mateusz Skorek i Paweł Berdyczko. Widzów: 500.
SOKÓŁ: Koszuta 18 (7 zb.), Klima 11 (12 zb.), Zywert 11 (1×3, 6 as., 4 zb., 3 prz.), Krajniewski 5 (4 zb.), Kulikowski 1 (6 zb.) oraz Szymański 18 (4×3), Czerwonka 7 (1×3, 3 prz.), Balawender 2, Inglot. Trener: Dariusz Kaszowski.
SKK: Szymczak 16 (2×3), Rajewicz 14 (6 zb.), Sobiło 11 (1×3), Weres 5 (1×3, 4 zb.), Pławucki 4 (5 zb., 4 as.) oraz Król 5 (1×3), Czosnowski 4 (4 zb.), Nędzi 2, Stefanik (4 zb.), Kołodziński. Trener: Teochar Mołłow.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.