Drybling słodkiego łobuziaka

Wywiad ukazał się w „Przeglądzie Sportowym” z 8 września 2004 roku

9 października 1996 roku, stadion Wembley. Siódma minuta meczu Anglia – Polska; akcja prawą stroną Henryka Bałuszyńskiego, dośrodkowanie. Kozłującą piłkę przepuszcza Krzysztof Warzycha, trafia ona pod nogi Marka Citki, a ten ostrym strzałem z ośmiu metrów pokonuje Davida Seamana. Polacy prowadzą 1:0. Rodzi się gwiazda.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Grzebiemy w trupach, nie ma już stadionu Wembley, zostały gruzy, no i mecz przegraliśmy – śmieje się dzisiaj, odrobinę zapomniany, Citko.
– Ale chyba pamięta pan tamtego gola?
– Tak, oczywiście. Nie mam wprawdzie kasety z tamtego spotkania, ale w każdym wywiadzie dziennikarze mi przypominają.
– Serce skoczyło wtedy do gardła?
– To jest automat: zauważyłem piłkę, przyjąłem ją i uderzyłem.
– Nie mierząc – jak później pan opowiadał.
– Uderzałem z prostego podbicia i nie celowałem. Kiedy piłkarz jest w formie, dobrze się czuje, to gdzie nie kopnie – wpada gol. Tak było kiedyś z Olisadebe w reprezentacji. Każdy strzał wchodził albo przy słupku, albo bramkarz nie zdążył.
– Andrzej Woźniak czasami mawia o sobie w żartach: „Książę Paryża i Żebrak Londynu”.
– Popełnił błąd przy pierwszym golu Shearera, ale to nie tylko on przegrał mecz. Wyrównująca bramka podziałała na Anglików mobilizująco – uwierzyli, że mogą wygrać. Wcześniej, gdy prowadziliśmy – byli w lekkim szoku. Tworzyliśmy groźne akcje, nie czuliśmy się słabsi; mieliśmy dużo swobody, dobrze operowaliśmy piłką, widzieliśmy, że przeciwnicy są przestraszeni. Ten gol dodał im animuszu, do przerwy było już 2:1. Później jeszcze mogliśmy wyrównać, ale zabrakło nam trochę skuteczności i szczęścia.
– Polska drużyna grająca w taki sposób na Wembley to był ewenement.
– Byliśmy mocni psychicznie, nikt z nas nie przejmował się, że naprzeciw stoją Anglicy. Byliśmy świadomi swojej wartości, że umiemy grać w piłkę. I to udowodniliśmy – nie wybijaliśmy po autach, ale pokazaliśmy fajny futbol.
– Był taki zawodnik, który wówczas startował do wielkiej kariery. Nazywa się David Beckham.
– Szczerze mówiąc, w ogóle go nie pamiętam. Dopiero później dowiedziałem się, że grał w tym meczu.
– Przenieśmy się do Białegostoku. Nazwiska wywołują zawrót głowy: Citko, Frankowski, Piekarski, Bogusz, Chańko, Sazonowicz, Jurkowski, Tomar. Wszyscy z jednego miasta, z roczników 1973-74, wszyscy niesamowicie utalentowani. Było coś wtedy w powietrzu, może wasze mamy jadły to samo, że urodziliście się w jednym okresie i powstał tak wyśmienity zespół?
– Nie, nie, to praca trenera Karalusa, który nauczył nas wszystkiego. Był psychologiem, trenerem, wychowawcą, wspaniałym człowiekiem. Uczył nas tylko i wyłącznie techniki: główki, wolej, drybling. Jeździliśmy za granicę, rywalizowaliśmy z trzy lata starszymi przeciwnikami, odbijaliśmy się od nich, przegrywaliśmy po sześć zero, ale on powtarzał, że to w przyszłości zaprocentuje. Miał rację – nabieraliśmy pewności, że nie musimy się bać silniejszych. Później robiliśmy z przeciwnikami, co chcieliśmy. W trakcie meczu mieliśmy takie ćwiczenie, że przez piętnaście minut nie pozwalaliśmy rywalom dotknąć piłki.
– Technikę miał pan we krwi?
– Talent jest potrzebny, ale też trener dawał nam swobodę, żebyśmy rozwijali umiejętności. Gdy zaczynaliśmy mecz, brałem piłkę i starałem się przedryblować wszystkich przeciwników do bramki. Z czasem było coraz lepiej, ale nigdy nie doszedłem do bramkarza, najdalej do ostatniego stopera.
– Tomasz Frankowski opowiada: „Pięć razy wychodziłem na pozycję, ale on dalej się kiwał, za szóstym odpuszczałem, on wtedy podawał, a ja wysłuchiwałem pretensji trenera”.
– Tomek niech nie narzeka, dostał ode mnie tyle piłek „na nos”, że krew mu płynęła.
– Był pan podziwiany za błyskotliwość, ale pojawiały się też zarzuty, że gra pan zbyt egoistycznie. Dosadnie określał to na przykład Wojciech Kowalczyk.
– Mówmy o fachowcach.
– Niektórzy z nich twierdzą, że dzisiaj pański styl – zbyt długie przetrzymywanie piłki – może być nieco archaiczny.
– Mój styl się zmienił. Nie jestem podwórkowym grajkiem, który bierze piłkę i się kiwa. Dobrze wiem, że teraz gra się na jeden, dwa kontakty. Choć nie popadajmy też w skrajności, bo dobry drybling jest wartością. Jeżeli w drużynie jest zawodnik potrafiący dryblować – może przesądzić o wyniku.
– Sprytem wykazywał się pan nie tylko na boisku. Już będąc nastolatkiem kupił pan samochód.
– Byłem dosyć operatywny. Najstarszy brat zajmował się handlem i pomagając mu, odkryłem, że też mam do tego żyłkę. Gdy jeździliśmy na zgrupowania na Łotwę, Litwę, zawsze wiozłem jedną torbę ze sprzętem, a drugą na handel.
– Z czym?
– Z dżinsem, znaczki, pocztówki. Pomagałem bratu na bazarze. Nie chodziłem w czwartek do liceum, tylko stałem na rynku. Chodziłem z butami, krzyczałem: „Buciki dla pani Ewy”, zachwalałem, wciskałem ludziom towar, targowałem się. Zarabiałem dobre pieniądze; jeździłem taksówkami, wybierałem się na zakupy do Warszawy, pomagałem rodzicom. W pewnym momencie zastanawiałem się, czy dalej grać w piłkę, czy poważniej zająć się handlem.
– Podobno miał pan również talent do kart i bilarda. Frankowski opowiada: „Rozbijałem trójkąt, ale Marek za chwilę miał wszystkie bile w łuzach”.
– Występowałem nawet w mistrzostwach Polski, w turniejach. Niedawno wygrałem jedną ręką z kolegą z Cracovii; nie chcę mu robić wstydu i podawać nazwiska.
– Ogrywał pan amatorów na kasę? W karty również?
– Dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają.
– Prowadził pan barwne życie nastolatka.
– Nocne życie. Byłem takim słodkim łobuziakiem.
Alkohol?
– To właśnie nie. Piwa nie lubię do tej pory, innych trunków też raczej nie używałem. Na dyskotekach byłem często po to, żeby odwozić pijanych kolegów. Na trening wstawałem niewyspany, potem chodziłem grać na automatach, do kasyna.
– I nagle wszystko pan rzucił.
– Zmądrzałem, czuwała nade mną Boża opatrzność. Wpadła mi w ręce taka książeczka o naśladowaniu Chrystusa. Nawet nie o tematyce religijnej, ale życiowej. Zacząłem się zastanawiać nad swoją przyszłością, powoli zmieniałem siebie, swoje wartości, towarzystwo.
– Dziwne, że pan w ogóle otworzył tę książeczkę. Do słodkiego łobuziaka to niezbyt pasuje.
– Czysty przypadek. Usypiałem chrześniaka, musiałem długo z nim siedzieć i nudziło mi się. Wziąłem pierwszą książkę z brzegu, zacząłem czytać. Coraz bardziej mnie to wciągało. Nie było jednego błysku w oku, nie zmieniłem się od razu, to był proces.
– Zmiana miała wpływ na formę sportową?
– Tak, przede wszystkim zacząłem się wysypiać. Trenowałem solidniej, odżywiałem się właściwie. To prozaiczne, ale nie byłem już zmęczony, miałem ochotę do pracy. Gdyby nie ta zmiana, to potem w Widzewie pewnie by mi palma odbiła, wsiąkłbym w imprezy.
– Jesienią 1996 roku Polska oszalała na pańskim punkcie. Lubił pan określenie „Citkomania”?
– Musiałem je zaakceptować. Początkowo cieszyłem się, że ludzie mnie rozpoznają, proszą o autograf, ale później stało się to męczące. Cały ten szum, ludzie tym żyli, ale ja przechodziłem obok, starałem się pozostać tym samym chłopakiem, który wyjeżdżał z Białegostoku. W klubach zawsze najlepiej żyłem z magazynierami i sprzątaczkami, bo uważałem, że to tacy sami ludzie jak prezes. Chciałem być naturalny, normalny. Dziwiły mnie opinie, że robię sobie reklamę swoją wiarą. Uważam, że w kraju, gdzie tylu ludzi przyznaje się do katolicyzmu – moje zachowanie jest normalne.
– Dostawał pan ponoć co tydzień pudło listów od fanów.
– Worki nawet. Starałem się je czytać, ale ilości były tak wielkie, że nie dawało się przerobić. Siedziałem do trzeciej nad ranem, ludzie zwierzali się ze swoich problemy, aż głowa zaczynała boleć. Prośby o radę, pomoc finansową, wyznania miłosne, dziewczyny opisywały całe swoje życie. Były i zdjęcia. Jedna dziewczyna napisała do klubu, groziła samobójstwem, jeśli nie dostanie mojego adresu. Próbowałem początkowo odpisywać, ale potem nie dałem już rady.
– W końcu wstydził się pan popularności. Odbierając nagrodę za najlepszego sportowca roku 1996, prawie pan przepraszał.
– Na sali złoci medaliści olimpiady w Atlancie, osoby, które wcześniej widywałem tylko w telewizji, a ja dostaję pierwsze miejsce. Widzę na twarzach zaskoczenie, a nawet złość. Nic wielkiego nie zrobiłem, bo strzelałem bramki w przegranych meczach.
– Nie tylko kibice zwrócili na pana uwagę. Media długo roztrząsały lukratywną ofertę z Blackburn.
– Wszyscy podniecali się kwotami, a ja patrzyłem na stronę sportową, Blackburn było słabe, walczyło o utrzymanie, no i spadło. Chciałem wtedy odejść do klubu, który będzie miał ambitne cele. W pewnym momencie miałem mnóstwo propozycji z zagranicy. Był Inter Mediolan, telefon z Liverpoolu, inne czołowe zespoły dobrych lig. O większości w Widzewie mi nie mówiono, informacje docierały dopiero później.
– Mirosław Szymkowiak powiedział ostatnio: „Byłem zadowolony, że Marek nie wyjechał, bo to oznaczało, że Widzew dalej będzie silny. Dzisiaj jednak kopałbym go po tyłku, żeby wyjechał. To była jego życiowa szansa”.
– Ha, gdyby można było przewidzieć, co się stanie, że przytrafi się poważna kontuzja Achillesa… Podobnie bywa ze zmianą klubu: podejmuje się decyzję, a potem, po dwóch, trzech tygodniach, pojawia się lepsza propozycja i okazuje się, że tamten wybór był zły. Dlatego nigdy nie oglądam się za siebie.
– Pojawiła się również plotka, że lekarze z Blackburn po badaniach stwierdzili, że jest pan narażony na taki uraz i nie warto ryzykować.
– Bzdura, nie miałem żadnych badań. Pojechałem do Anglii na rozmowy, ale do nich nie doszło. Zdenerwowało mnie czekanie.
– W jednym z wywiadów zwierzał się pan: „Przed meczami nigdy nie modlę się o zwycięstwa, ale żeby wszyscy uniknęli kontuzji”. W maju 1997 roku zerwał pan ścięgno Achillesa, nie grał pan rok, a przez kilka następnych z trudem dochodził do siebie. Nie pojawił się żal do losu?
– Przez pierwsze dni nawet się cieszyłem, że mam troszeczkę spokoju. Leżałem sobie, mogłem pooglądać telewizję, poczytać książki. Później, gdy leczenie przedłużało się, zaczęło mnie to denerwować, ale nigdy nie miałem jakichkolwiek pretensji do losu. Kontuzje są wliczone w zawód piłkarza.
– Mówił pan jednak: „Największym rozczarowaniem mojej kariery było to, że w czasie kontuzji nikt się mną nie interesował”.
– Dokładnie, mogłem wtedy zobaczyć na kogo mogę liczyć. Za leczenie płaciłem z własnej kieszeni, działacze Widzewa nawet nie wiedzieli co się ze mną dzieje, gdzie się leczę, jakie są postępy.
– Ani jednego telefonu z klubu?!
– Ani jednego! Działacze byli zajęci swoimi sprawami, Widzew walczył cały czas o mistrzostwo Polski. Sam nawet musiałem znaleźć sobie lekarzy. Nigdy jednak nie użalałem się nad sobą.
– W pańskiej ówczesnej sytuacji byłoby to usprawiedliwione.
– Na marudzenie szkoda czasu. Trzeba chwytać dzień, iść do przodu. Znalazłem żonę, mogłem się przekonać, że mogę na nią liczyć w trudnym okresie bez sławy, dużych pieniędzy. Mam fajną rodzinę i to jest najważniejsze. Kontrakt małżeński był dla mnie o wiele istotniejszy, niż umowa z Blackburn. Czasem mówię żartem do żony, że dla niej zostawiłem miliony funtów.
– I co ona na to?
– Puka się w głowę.
– Kontrakt z Wisłą w 1998 roku mógł być również korzystny. Jest pan nawet na przedsezonowym plakacie krakowskiej drużyny.
– W Wiśle zatrudniono Franciszka Smudę, powstawał klasowy zespół. Trenowałem z nimi kilka tygodni, ale nie dogadaliśmy się.
– Poszło o pieniądze? Mówiło się wtedy, że Bogusław Cupiał daje, ile kto chce.
– Tylko się mówiło. Nie chodziło jednak o pieniądze, bo myślę, że byśmy się dogadali. Nie doszło do dwóch umówionych spotkań, więc pomyślałem, że może Wisła boi się ryzyka albo nie jest tak bardzo zainteresowana, więc postanowiłem się nie napraszać, wróciłem do Łodzi. Z Andrzejem Pawelcem dogadałem się w pięć minut. Wyjaśniliśmy sobie wszystko, zwrócono mi koszty leczenia i zaproponowano nowy kontrakt.
– Ze Smudą spotkaliście się w końcu w Legii. Warszawscy kibice wybrali pana najlepszym piłkarzem wiosny.
– Mówiło się wręcz o moim powrocie do reprezentacji.  Ale nagle przyszedł Dragomir Okuka i było po mnie. Ściągnął swoich zawodników i zrobił dla nich miejsce w składzie, a mnie nie dał żadnej szansy. Potem nie mogłem trenować i grać nawet w rezerwach. To już była zwykła złośliwość. Na początku sezonu Okuka wysłał mnie do prezesa, u którego usłyszałem, że nie pasuję do koncepcji i mogę sobie szukać klubu. Serb nawet nie powiedział mi o tym osobiście.
– Okuka wywalczył z Legią mistrzostwo w 2002 roku, czym udowodnił swoje racje.
– Można powiedzieć, że w tamtym sezonie to Wisła przegrała tytuł, a nie Legia go zdobyła. Byłem zaskoczony, bo przy takim sposobie trenowania i stylu gry nie spodziewałem się, że Legię stać na mistrzostwo.
– Tułał się pan po różnych klubach, ostatnio w Szwajcarii wiodło się panu dobrze. Dlaczego wrócił pan do Polski?
– Rozwiązałem kontrakt, bo widziałem, że nic więcej się już nie nauczę. Zmieniła się taktyka; kazano mi biegać, kopać, bronić.  Wolę mieć przyjemność z grania, nawet za mniejsze pieniądze. Dwa dni przed podpisaniem kontraktu z Cracovią pojawiła się propozycja z Grasshoppers Zurich, ale musiałbym czekać jeszcze tydzień. Nie chciałem.
– A teraz chce pan wrócić do reprezentacji. To nie irracjonalna wiara?
– Dlaczego?!
Zawodnicy w pańskim wieku raczej o tym nie myślą.
– Wiek nie gra roli, powinni grać najlepsi, nie trzeba stawiać tylko na młodych. Może za miesiąc osiągnę formę sprzed ośmiu lat. Wiele zależy od szkoleniowca, popatrzmy choćby na to, co Henryk Kasperczak zrobił z Wisłą. Tam każdy zawodnik podniósł swoje umiejętności o 30-40 procent. Uważam, że Cracovia również ma znakomitego trenera i przy Wojciechu Stawowym mogę się odbudować.
– Zapewne zna pan biblijną przypowieść o talentach…
– Nie zmarnowałem swojego. Na razie wykorzystałem go częściowo, ale z przyczyn, na które nie miałem wpływu.
– W 1996 roku można sobie było wyobrazić Marka Citkę odbierającego w przyszłości w Paryżu „Złotą piłkę”.
– Byłem na dobrej drodze. Dostałem talent i go nie marnuję. Robię wszystko, żeby się spełnić, lecz niestety kontuzje mi w tym przeszkadzają.
– A jeśli ktoś opisze historię polskiego futbolu i umieści pana nazwisko w rubryce „Niespełnione, wielkie talenty lat 90.”, obok Wojciecha Kowalczyka, Ryszarda Stańka czy Macieja Terleckiego?
– Liczę na rzetelniejsze opracowanie. Jest różnica między zmarnowaniem potencjału przez nieodpowiednie prowadzenie się, a niewykorzystaniem go przez kontuzje. Zresztą o czym my w ogóle mówimy? Wciąż głęboko wierzę, że moje nazwisko trafi tam pod zupełnie innym hasłem.
Rozmawiali PAWEŁ FLESZAR i PRZEMYSŁAW FRANCZAK

MAREK CITKO
Urodzony: 27 marca 1974 roku. Wzrost: 177 cm; waga: 72 kg. Kluby: Włókniarz Białystok (1983-84, Jagiellonia Białystok (1984-95), Widzew Łódź (1995-99), Legia Warszawa (2000-01), Groclin Grodzisk Wlkp. (jesień 2001), Hapoel Beer-Sheva (Izrael, wiosna 2002), Legia (jesień 2002), FC Aarau (Szwajcaria, 2003-04). Kontrakt z Cracovią: do 31 czerwca 2006 roku. Bilans w polskiej lidze: 146 meczów, 22 gole. Bilans w reprezentacji: 10 meczów, 2 gole. Największe sukcesy: dwukrotnie mistrzostwo Polski (1995/96 i 96/97), Superpuchar Polski (96/97).
* stan na 7.9.2004

Skomentuj