Dziennik pisany po treningach

Artykuł ukazał się w „Tempie” z 5 września 2002 r.

Taki jest rzeczy porządek
Pamiętaj o tym, błaźnie
Zachorujesz na zdrowy rozsądek
Ozdrowiejesz na chorą wyobraźnię
Jonasz Kofta „Biedny Yorick”

Kiedy przed kilku laty w „Tempie” został opublikowany „Pamiętnik piłkarza”, trudno było uwierzyć, że to nie dziennikarz zmyślił sobie atrakcyjną fabułę. Żeby sportowiec pisał dziennik?! I to jeszcze piłkarz?! No, bez cudów.
Jednak gdy zawodnik pierwszoligowego „Gromu” wyjechał do jednego z zespołów zagranicznych, kobieta sprzątająca zwolnione przez niego klubowe mieszkanie wygarnęła z dna szafy stertę klamotów. Obok starych korkotrampek, butelek po piwie i zniszczonej torby podróżnej, wyleciał na podłogę zeszyt w kratkę formatu A4, z kilkudziesięcioma stronami pokrytymi okrągłym, przechylonym nieco w prawo pismem.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Poniedziałek
Nie wiem, co się dzieje, ale coraz częściej rano, następnego dnia po meczu, bolą mnie wszystkie kości. Wczoraj naorałem się jak głupi osioł. Powieźliśmy „Piasta” 4:0 i sam włożyłem im dwa gole. Nie chce mi się kupować gazet, pewnie połowa relacji nosi tytuły: „Rażeni Gromem”.
Dwa lata temu, na wiosnę, potrzebowaliśmy punktów, żeby zakwalifikować się do pucharów europejskich; mieliśmy dym pod tyłkiem, sponsor straszył, że się wycofa. Nasz kapitan, Zenek zadzwonił do Heńka, jednego z tych, którzy rządzili „Piastem”, bo znał go wcześniej ze wspólnej gry w „Motorze”. Mówi mu, co i jak, że rzucimy im połowę premii za ligę. Tamten niby się zgodził, ale potem przypomniał sobie, że za miesiąc kończy mu się kontrakt; poszedł do prezesów i wychlapał wszystko. Menda załatwiła sobie w ten sposób przedłużenie umowy, a kumplom podwojenie premii za mecz. Nie dali się ruszyć i przegraliśmy. Nam puchary przeszły koło nosa, a oni za tydzień podłożyli się „Huraganowi”, który bronił się przed spadkiem. Od tamtej pory każdy mecz z nimi gramy „na hurra”, jak o mistrzostwo świata. Wygląda na to, że w tym roku nie będą mieli już czego sprzedawać.

Po południu mieliśmy odnowę biologiczną. Facet, który obsługuje saunę, opowiadał, jak w sobotę był w swojej rodzinnej wsi na imieninach chrześniaka. Poszedł na mecz A-klasy, a tam normalka – na trybunach grupki gości ćwiczą tanie wina, działacze piją lepsze trunki w mercedesie prezesa. Kiedy sędzia wyrzucił z boiska jednego z przyjezdnych, cała drużyna ruszyła na niego. Uciekł do klubowego baraku, zabarykadował się, a szturmującym drzwi piłkarzom pokazywał przez okno czerwone kartki. Ubaw po pachy. We wsi akurat była zabawa i policja miała zajęcie, więc biedaka musiała ratować straż pożarna.

Wtorek
Mieliśmy na testach siedemnastolatka, który w trzeciej lidze strzelił cztery bramki w jednym meczu. Wygląda na niepociumanego, co mu jeszcze mama buty wiąże, ale widać, że ktoś mu wytłumaczył, jak znaleźć się w pierwszej lidze. Po treningu zaprosił nas na browar. Poszliśmy w szóstkę, a Grzesiek, który chciał naciągnąć młodego na jeszcze jedną kolejkę, zaczął opowiadać historyjki z czasów, gdy jeszcze grał w „Broni” i prowadził go Sękowski, największy handlarz w lidze. Kiedyś trafił swój na swego: przyjechał do nich „Taran” i poszła wieść, że trener przeciwników podkupił mu czterech gości z pierwszego składu. Sękowski całą czwórkę zostawił w szatni, ale i tak „Broń” przegrała. Po meczu okazało się, że co do tamtych to nie ma pewności, ale na pewno kasę wzięło pięciu rezerwowych, którzy tym razem wyszli na boisko. Młody słuchał z otwartymi ustami, pewnie coś takiego widział w telewizji, gdy Newman z Redfordem nacinali w „Żądle” tego gangstera. No i dobrze, niech się gówniarz uczy.

Środa
Trener zwariował. W połowie rundy wymyślił sobie, że musimy popracować nad wytrzymałością, wywiózł nas za miasto, w lasy i powiedział, że czeka w leśniczówce, dwadzieścia kilometrów dalej. Na szczęście, Franek ma lekkiego świra na punkcie złodziei; zawsze nosi przy sobie wszystkie pieniądze, biżuterię, której akurat żona nie założyła i komórkę. Taksiarz, który nas woził, miał minę, jakby parę miesięcy wcześniej przyszły Święta Bożego Narodzenia. Trener też był zadowolony, bo przed leśniczówką ochlapaliśmy się w strumyku i wyglądaliśmy na strasznie spoconych.

Nasz trener to w gruncie rzeczy fajny gość, tylko ma trochę dziwactw. Przed każdym meczem motywuje nas, mówiąc, że jesteśmy obserwowani przez wysłanników klubów zagranicznych. Tymczasem jedynymi cudzoziemcami przychodzącymi na nasz stadion są Wietnamczycy, którzy w tygodniu sprzedają ortalionowe kurtki i dżinsowe koszule na placu targowym. No, ale trener od czasu studiów na uniwerku uważa się za psychologa. Ugrzali go wprawdzie już na pierwszym roku, lecz twierdzi, że zdążył dostatecznie dobrze poznać tajemnice ludzkiej psychiki.
A kasę trzeba będzie jutro Frankowi oddać. Z jednodniowym procentem.

Czwartek
Z trenerem faktycznie coś niedobrze. Dzisiaj mieliśmy zajęcia szybkościowe, przez godzinę kazał nam biegać sprintem kilkudziesięciometrowe odcinki i tak patrzył cały czas, że nie dało się nic oszukać. Od jutra rzucam palenie.
Zdałem wreszcie ostatni egzamin na AWF – fizjologię. Została magisterka, ale to formalność, bo promotor jest fanem naszej drużyny. Ma karnet na cały sezon, a w jego pokoju na uczelni wisi nasz plakat, do którego po zwycięstwach przykleja małe piłeczki z papieru. Za to profesor od fizjologii nienawidzi piłkarzy (podobno z jednym uciekła mu kiedyś narzeczona) i oblał mnie jeszcze na trzecim roku, a na czwarty dostałem się warunkowo. Dzięki Bogu, wyjechał na jakieś stypendium do Stanów, a nasz kierownik drużyny dogadał się z docentem, który go zastępuje. Za wpis do indeksu obiecał mu komplet mebli włoskich.

Przychodzę na egzamin, docent w swoim pokoju stoi przy szafce, parzy sobie kawę.
– Jak pan się nazywa?
– Marcin Kowalski, panie docencie.
– Uczył się pan fizjologii, panie Marcinie?
– Uczyłem się, panie docencie.
– Proszę mi powiedzieć, jaka jest zawartość potasu w kanalikach nerkowych podczas wysiłku?
Wcięło mnie. Nawet bym nie wiedział, gdzie znaleźć odpowiedź w podręczniku. A on na to:
– Na dwa pierwsze pytania odpowiedział pan bardzo dobrze, na trzecie – niedostatecznie. Wychodzi średnia: cztery.
I czego to ludzie nie zrobią dla wygody! Inna sprawa, że dyplom będę mógł sobie do butów włożyć, bo po zakończeniu kariery chcę otworzyć jakiś biznes. Ale przynajmniej rodzice się ucieszą, że mam te trzy literki przed nazwiskiem.

Piątek
Przed treningiem dopadł mnie dziennikarz, spuściłem go obietnicą wywiadu po zajęciach. To jeden z tych, którzy – kiedy sponsor przyszedł do naszego klubu – w gazetach wyśmiewali się, że nazwę trzeba zmienić na „Masarz” (sponsor ma sieć firm mięsnych). Zaprosił paru pismaków na tydzień do domku, który na każde lato wynajmuje w Grecji (żaglówki, grille, wina, te rzeczy) i od tamtej pory śpiewają mu „Hosanna!”.
Nie chciało mi się z nim gadać. No bo po co? Po raz setny odpowiadać na pytanie, co czułem, gdy w ligowym debiucie zdobyłem hat-trick? A żeby pokazać, że nie jestem prymitywnym kopaczem, znowu miałem opowiadać, że pisałem najlepsze wypracowania w klasie i nauczycielka namawiała mnie na studia polonistyczne? „Sorry, no bonus” – jak mawiał Wicio, mój kumpel z liceum. Wyszedłem bramką na tyłach stadionu, a samochód przestawiła mi z parkingu dziewczyna Maćka.

Naprawdę ciekawa dla czytelników byłaby historia wyjaśniająca, dlaczego od sześciu lat nie gram w reprezentacji, ale tego nie opowiem żadnemu dziennikarzowi. Pierwszy i jedyny raz powołali mnie jeszcze jako juniora. Obóz był potwornie nudny, więc w nocy wybrałem się na dziewczyny. Trener, który miał nawyki troskliwego tatusia, dowiedział się i do czwartej nad ranem czekał na mnie w pokoju. Wchodzę oknem (pod spodem była kotłownia z metalową drabinką na ścianie), ten siedzi na moim łóżku i mówi: „Pakuj się”. Opinia poszła w Polskę i już nie dostałem powołania. Dzisiaj kadrowicze dzwonią do agencji towarzyskiej i zamawiają sobie panienki do hotelu. Nikt mnie jednak nie przekona, że goście, którym nie chce się wyjść na podryw na miasto, mogą coś osiągnąć w prawdziwej piłce.

Sobota
Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby po treningu pójść na obiad z Piotrkiem i jego żoną, Moniką. Od przystawek do deseru musiałem słuchać, jak się kłócą. Monika to kawał flądry, gdy Piotrkowi mecz nie wyjdzie i nie przyniesie premii do domu, każe mu zrzucać węgiel do piwnicy, albo froterować podłogi, podczas gdy inne żonate chłopaki przycinają co najwyżej trawniki kosiarką elektryczną, a i to tylko, kiedy mają dobry humor. Z drugiej strony, Piotrek ma zapewnioną grę w „Gromie” jeszcze przez długie lata, bo Monika podoba się dyrektorowi klubu. Kiedyś, na przyjęciu sylwestrowym, założyła sukienkę mini z dekoltem. Dyrektor – chociaż konus i sięga jej do brody – czarował ją przez cały wieczór i na palcach stawał, żeby sobie widok poprawić, a ręce ciągle wycierał o spodnie, tak mu się pociły.

Wieczorem pewnie wybiorę się na dyskotekę. Za miastem jest fajny lokal – „Oaza”. Przyjeżdżają do niego laski z ogólniaka, pewnie wystartuję do jakiejś. Żeby tylko rano nie zaczęła mi opowiadać, że jej największym marzeniem jest mieć kochającego, wiernego męża i trójkę dzieci, jak ta, którą nagrałem sobie w ubiegłym tygodniu.

Niedziela
Dzień niespodzianek. Samo to, że wygraliśmy czwarty mecz z rzędu i drugi na wyjeździe jest już dziwne. Strzeliłem pierwszego gola po tym, jak założyłem siatkę obrońcy i na dziesiątym metrze byłem sam przed bramkarzem. Rysiek, który mnie krył, to fajny gość, można z nim pogadać, ale trochę fajtłapa. Za to poza boiskiem ma refleks. Na wiosnę, kiedy jego „Orzeł” wchodził do ekstraklasy, Rysiek był kontuzjowany, a że zna kupę ludzi w drugiej lidze – jeździł po całej Polsce z pieniędzmi. Raz złapali go ochroniarze, gdy wchodził na stadion z plecakiem, w którym miał czterdzieści tysięcy. Płynnie im odpowiedział, że właśnie sprzedał samochód na giełdzie.

Niedługo po moim golu „Orzeł” wyrównał, ale sędzia ma jakieś biznesowe kontakty ze sponsorem i dziesięć minut przed końcem podyktował dla nas karnego. Ten sędzia, Posłuszyński, powinien być ministrem finansów. Już na początku kariery, w okręgówce, wsławił się tym, że wziął kasę od obydwu drużyn. I obydwu słowa dotrzymał! Kiedy gospodarze wygrali 3:0, przeciwnicy wystartowali do niego z pianą na gębie, a on im na to: „Spokojnie, poczekajcie kilka dni”. I faktycznie, po czterech dniach wynik został zweryfikowany jako walkower 0:3, bo u gospodarzy zagrał zawodnik, który powinien pauzować za żółte kartki. Posłuszyński mógł to zauważyć przed meczem i go nie dopuścić, ale albo ma się zmysł handlowy, albo dobry wzrok…

Szok przeżyłem dopiero po meczu, bo sprawdziły się wreszcie bajdurzenia trenera. Podeszło do mnie dwóch facetów, jeden z nich mówi, że jest tłumaczem pana Meyera (pokazał na drugiego), przedstawiciela klubu austriackiego, który jest zainteresowany moją grą u nich. Umówiliśmy się na rozmowę na jutro. „Grom” mnie pewnie puści, bo trener ciągle narzeka, że ma już dość mojego rozrywkowego trybu życia, więc pojadę do Austrii. Człowiek zmieni sobie klimat i zarobki, nowi kumple, inne panienki, a nasze miasto już mi trochę zbrzydło.
Przepisał PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj