Fajnie byłoby polatać na miotle

Dziewczyna ze wsi, która boi się kur, kaczek i krów. Studentka kierunku technicznego z zamiłowaniami humanistycznymi. Marzycielka, która chciałaby w przyszłości dobrze zarabiać. Siatkarka AGH Galeco Wisły, Sabina Rusinek w mało siatkarskiej rozmowie.

– „Nie czytasz – nie idę z tobą do łóżka”.
– O matko… No tak, polubiłam taką stronę na facebook’u. Ha, ha, ha. Ale nie należy rozumieć tego zbyt dosłownie.
– Zastanawiałem się właśnie, czy podrywasz facetów w bibliotekach i księgarniach.
– Nie. Jeśli facet czyta, to jest w stanie czymś mnie zainteresować. Co się wiąże z tym, że może być potencjalnym przyszłym mężem.
– „Alchemika” nazwałaś swoją „osobistą biblią”. Mnie ta książka Paulo Coelho wydawała się taką klasyczną powieścią dla pensjonarek, egzaltowanych nastolatek.
– Teraz Coelho się zrobił komercyjny; gdy się chce być fajnym i trendy, to trzeba go czytać. A ja to czytałam już dawno. „Alchemik” jest o tym, że trzeba spełniać własne marzenia i do tego dążyć. Jak czytam coś takiego, to mnie jakoś napędza.
– Przy pobieżnym przejrzeniu wygląda na księgę sentencji, gotowych cytatów.
– No tak, to jest zbiór sentencji. Dawniej po przeczytaniu czegoś takiego przez dwa dni miałam postanowienie: „A! Będę tak robić!”. Potem mi przechodziło… Ale myślę, że to nie jest złe, gdy człowiek motywuje się czymś, co przeczyta w książce.
– Na przykład w „Harry Potterze”?
– Może o tym nie będę mówiła, bo mi trochę wstyd, że mam 22 lata i nadal go uwielbiam.
– Nie ma się czego wstydzić. Nieżyjący już profesor Zbigniew Raszewski, który po sześćdziesiątce zachwycił się książkami Małgorzaty Musierowicz, skierowanymi teoretycznie do nastolatek, napisał w liście do niej: „Literatura nie dzieli się na >dla dzieci< i >dla dorosłych<, ale na nudną i zajmującą”.
– Tylko być może pobudki, którymi kieruję się czytając taką Rowling są dość infantylne. Każdy tom czytałam pewnie z dziesięć razy i ludzie uważają, że jestem jakaś dziwna. Kiedy mam dwa dni wolne, które mogę poświęcić tylko na czytanie – to czytam „Harry Pottera”. I przenoszę się w świat magii.
– To są te infantylne pobudki?
– Poza walką dobra ze złem, nic głębszego te książki nie przynoszą. Ale można pomarzyć, że fajnie byłoby dostać się do Hogwartu i uczyć magii, czy polatać na miotle.
– Brzmi kusząco.
– No widzisz, każdy marzy o tym, żeby zmienić szarą rzeczywistość za oknem.
– Ale ty podobno zamarzyłaś sobie inny niż miotła środek lokomocji i zrobiłaś prawo jazdy na motocykl? Trudno uwierzyć, że rodzice się na to zgodzili.
– Nie zgodzili się, bo nie wiedzieli… Mama dowiedziała się już pod koniec, bo nie odbierałam telefonu przez dwie godziny, kiedy byłam na „jeździe”, więc w końcu się przyznałam. Przez trzy dni myślałam, że będę musiała wyprowadzić się z domu. Później jakoś przywykli, a ostatnio nie było nawet komentarza, gdy poszłam pojeździć z kolegą.
– I co cię tak pociąga w „pojeździe honorowych dawców nerek”?
– Dawcą może być nawet przechodzień, a jak ktoś jeździ „z głową” motocyklem to dawcą nie będzie. Do tego wydaje mi się, że często winnymi wypadków są kierowcy samochodów, bo zauważyłam jak arogancko zachowują się wobec motocyklistów. A co pociąga? Tego się chyba nie da opisać ani porównać do niczego.
– Zaczynam przypuszczać, że „Mistrz i Małgorzata” – inna twoja ulubiona książka – podobał ci się tak bardzo ze względu na postać szatana.
– (śmiech) Nie. Jest dla mnie świetnym zbiorem metafor. Pokazuje wyższe uczucia, które człowieka do czegoś zmuszają. Matko! Przypomniało mi się „Miasto ślepców” – już nigdy więcej tego nie przeczytam, ale zrobiło na mnie niesamowite wrażenie, coś jak „Rok 1984”.
– Co cię tak poruszyło?
– To raczej było przerażenie. Ta książka okazuje jak ludzie w ekstremalnych sytuacjach potrafią stać się zwierzętami. Nie zachowują ani odrobiny człowieczeństwa. „Miasto ślepców” dla mnie to jak wizyta w Auschwitz. Byłam tam raz, dobrze, że to zobaczyłam, ale nie chcę już tam wracać. A tego zapachu i widoku szyn nigdy nie zapomnę.
– Zapachu?
– Byłam wtedy w trzeciej gimnazjum, wyobrażałam sobie chyba za dużo. Jak widziałam barak, to widziałam w nim ludzi… I to nastawienie sprawiło, że czułam zapach tych włosów, butów. Cały wieczór się potem leczyłam, tak mnie głowa bolała.
– Wracając do „Miasta ślepców”, to zrobili niezłą ekranizację, w której grają Julianne Moore, Mark Ruffalo, Gael Garcia Bernal.
– Wolę zawsze książkę od filmu, bo film nie zastąpi tego, co się dzieje w mojej głowie. Czytam takiego „Harry Pottera”, wyobrażam sobie mnóstwo twarzy i miejsc, a potem go oglądam w kinie i wygląda to beznadziejnie i inaczej. To po co mam oglądać film, skoro mam swój świat i swoją wizję? Przy „Harry Potterze” jeszcze czułam się w obowiązku obejrzeć, ale zazwyczaj tego nie robię. Chodzę do kina, ale bardziej, żeby posiedzieć ze znajomymi. Wolę bibliotekę – wojewódzka przy Rajskiej zarobiła na mnie miliony.
– Nie oddajesz w terminie, a inni czekają? Jak ja nie znoszę takich ludzi…
– Zawsze mi jakoś nie po drodze. Książki mogą leżeć przeczytane, a ja zapominam ich zabrać. I przypominam sobie: „Przecież miałam maila z biblioteki z ponagleniem. Kiedy to było?”. A potem się okazuje, że to już miesiąc i muszę zapłacić 40 złotych.
– Twoja opowieść o wyobraźni działającej podczas czytania kojarzy mi się z felietonem Małgorzaty Musierowicz z „Tygodnika Powszechnego” – jak spotkała się z zarzutem, że ludzie, którzy czytają książki, nie żyją naprawdę…
– Niee, to przecież jakaś bzdura!
– Odpowiedziała: „Jest odwrotnie – tacy ludzie przeżywają kilka egzystencji naraz”.
– Dokładnie. Dawniej czytywałam jej „Jeżycjadę”. O rodzinie Borejków, którzy ciągle zapraszali znajomych na herbatę; było u nich pełno ludzi i dom był ciągle otwarty. Było to coś, o czym zawsze marzyłam jako jedynaczka – dom pełen ludzi. I te córki Borejków, które zajmowały się czymś innym niż wszyscy.
– A umiesz wytłumaczyć, dlaczego takie dziewczyny jak w tamtych książkach nie występują w stanie wolnym w przyrodzie?…
– Wydaje mi się, że są. Tylko trzeba poszukać. Mamy teraz… W dobie… Jak by to powiedzieć, bo nie mogę brzydko powiedzieć… W dobie dziewczyn w różowych bluzeczkach i białych butach… Jest ich nadmiar. Ale są też inne dziewczyny, nawet takie jak z powieści Małgorzaty Musierowicz. A pamiętasz zapuszczanie węża morskiego? Gdzie to było, w „Sposobie na Alcybiadesa”?
– Tak, u Niziurskiego.
– Byłam specjalistką od węża morskiego. „Alcybiadesem” był mój ukochany wychowawca z podstawówki w Kryspinowie. Polonista i historyk, bardzo światły człowiek. Nawet wyglądał jak ideał polonisty – zadbany, z charakterystyczną bródką. Miałam dobre oceny, dosyć mnie lubił, więc zwykle wstawałam na początku lekcji i „zapuszczałam” – pytałam o jakieś zdarzenie z historii, albo wiersz. Potem trzeba było się jeszcze parę razy odezwać, czy zadać pytanie pomocnicze i już cała lekcja była o tym.
– W książce miało to chyba na celu uniknięcie klasówki, czy odpytywania?
– U nas chodziło o to, żeby nie robić za wiele na lekcji. Wiesz jak jest na polskim – zawsze przerabia się jakąś lekturę albo wiersz, co chwila jest pytanie do sali; ktoś musi odpowiedzieć, ktoś musi się skupić. No i jeszcze wcześniej trzeba tę lekturę przeczytać… A tak to tylko parę osób do „podpuszczania” było zajętych. Zawsze na przykład była skuteczna legenda o Zygmuncie Auguście i Twardowskim, który obiecał, że pokaże królowi zmarłą żonę – poustawiał lustra przerzucające jej podobiznę od obrazu stojącego w innej komnacie.
– Niziurski się nie starzeje, jak widać. A „Tomki” Szklarskiego, albo „Winnetou” Karola Maya?
– To czytała moja Zosia, znaczy moja mama. Ale my z koleżankami miałyśmy podobne książki, zabierające w daleką podróż: Juliusza Verne, „Pana Samochodzika”, „Wakacje z duchami”. No i „Dzieci z Bullerbyn” – „biblia dzieciństwa”, która kojarzy mi się z wsią, na której się wychowałam i w której mieszkam – nocowanie w stogu siana, pod namiotem, przeróżne zabawy.
– Ale przecież ty się boisz wiejskiej rzeczywistości?
– Boję się tylko zwierząt, ale to nie znaczy, że nie lubię wsi. Kiedy widzę krowę, która jest uwiązana – spoko, niech sobie stoi, mogę przejść. Ale stado krów gryzące sobie wolno trawę to gorzej – nie raz zdarzało mi się nadkładać drogi, żeby obejść je z daleka. Kiedyś wracałam wieczorem, sąsiad miał rotweilera, kompletnie nieszkodliwego, ale myślałam, że zejdę na zawał. Innym razem wyskoczył na mnie kogut i nawet mi nic nie zrobił – nie zdążył, bo pobiłam rekord na sto metrów. Zawsze za dużo sobie wyobrażałam. „Co się może zdarzyć, gdyby…”.
– Nie za bardzo mi się to zgadza z pragnieniem skoku na bungee. Czy ty nie masz za mało adrenaliny i szukasz jej w każdym możliwym miejscu?
– Chyba tak, potrzebuję jej w bardzo dużych ilościach, tylko czasem trzeba się hamować, bo „nie wypada”. Skok na bungee pewnie będzie, ale bardziej marzy mi się skok ze spadochronem lub kurs na paralotni, czekam tylko na kogoś, kto się ze mną wybierze. Mam jeszcze parę pomysłów, tylko nie mówię o nich mamie, bo po co nam zawał serca w rodzinie…
– Z innej beczki. Sześć lat temu, podczas wywiadu, podeszła do mojego stolika rudoblond dziewczynka z otwartą twarzą i mówi: „Ja też chciałam coś powiedzieć do gazety – chodzę do I LO w Krakowie i ta szkoła jest bardzo głupia”.
– Nie pamiętam tej sytuacji, ale ocena się zgadza, więc mogłam tak powiedzieć (śmiech).
– A teraz jak to oceniasz?
– Cieszę się, że jestem jego absolwentką. Jest prestiżowe, bo najstarsze w Polsce. I Matejko go nie skończył na przykład (śmiech). Miałam koleżankę, która to liceum wychwalała, stwierdziłam „Będzie super, będę się rozwijać”, a potem okazało się, że to trochę wyścig szczurów. Było mi trudniej ze względu na siatkówkę. „Dlaczego pojechałaś na mecz, a nie przyszłaś na sprawdzian?” – kompletnie nie mogli tego zrozumieć. No i w tym liceum zrozumiałam, że sprawiedliwości w życiu zbyt wiele nie ma. Bardziej liczą się inne rzeczy. Dzisiaj mogę na takie sprawy patrzeć z dystansem.
– Cóż, szkoła uczy… A akurat ta wiedza jest, niestety, bardzo praktyczna i przydatna w dorosłym życiu… A dlaczego z tyloma zainteresowaniami humanistycznymi poszłaś na Energetykę i czytasz „Podstawy wytrzymałości materiałów” zamiast powieści?
– Mam plan na przyszłość i muszę zarabiać pieniądze mimo wszystko (śmiech). Poza tym, zawsze w szkole byłam dobra z przedmiotów ścisłych, z „majcy”.
– Trzeba było pójść na medycynę, to jest ciężka, ale prosta droga do pieniędzy. Na dodatek – zawód społecznie szanowany.
– No tak, poszła tam połowa mojej klasy „biol-chem”. Tylko kiedy ja mam wyciągnąć komuś drzazgę z palca, to jestem bardziej spanikowana, niż ten z drzazgą… Na kółku biologicznym rozkrawaliśmy kiedyś oko krowy. Gdy zobaczyłam nóż, który się zbliżał do tego oka, poszłam do kąta i do końca zajęć powstrzymywałam odruch wymiotny.
– Faktycznie, medycyna odpada. A przy siatkówce jak ci się udało wytrwać, bo ponoć „za młodu” chciałaś rezygnować?
– Spytaj Jana Rusinka, lat 46 (śmiech). To mój tata. Woził mnie na zajęcia, ja mówiłam, że nie chcę, a on na to: „To jeszcze do końca roku, bo teraz głupio odchodzić”. Potem zaczęły się rozgrywki młodzieżowe i widać było efekty treningów. Do tego na turniejach był taki pociągający patos – tu grają hymn olimpijskich, tam „We are the champions”. Wtedy drużyna była grupą, nie dostawało się pieniędzy, ale za to poczucie obowiązku wynikało z czego innego – „Nie mogę nie przyjść na trening albo mecz, żeby nie zawieść koleżanek”.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Sportową sylwetkę Sabiny Rusinek można znaleźć TUTAJ.

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*