Futbol nie zna zakazów

Artykuł ukazał się w „Przeglądzie Sportowym” z 7 kwietnia 2005 r.

Wadowicki ryneczek, noszący imię Jana Pawła II. W Bazylice Ofiarowania Najświętszej Marii Panny podniosła msza za duszę zmarłego kilka dni temu Ojca Świętego. Przed świątynią drżą płomyki kilkuset różnokolorowych zniczy, mnóstwo lampek stoi też nieopodal – przy ścianie domu, w którym urodził się Karol Wojtyła. Trochę hałasują samochody na przecinającej plac trasie Kraków – Bielsko-Biała, ale spacerujący po skwerze ludzie są skupieni i poważni.

Zgoła inny nastrój panował w tym miejscu przed prawie osiemdziesięciu laty, gdy pewnego dnia sześcioletni Karol i o rok młodszy Jerzy Kluger zaczęli podchody do drzemiącego na ławce policjanta. – Pamiętam, że nazywał się Ćwięk, a my ubzduraliśmy sobie, że szabla, którą nosi u boku jest drewniana – zaśmiewa się Kluger, który w dzieciństwie był nieodłącznym towarzyszem zabaw Papieża. – Musieliśmy to sprawdzić, więc zaczęliśmy ją wyciągać. Jeden trzymał za pochwę, drugi za rękojeść, ale szabla się zaklinowała. Kiedy w końcu wyszła, polecieliśmy obaj na ziemię, a Ćwięk się obudził i jak na nas nie ruszy! Dostalibyśmy porządne lanie, ale na szczęście przechodził akurat mój tata i nas uratował. Szabla była oczywiście metalowa.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Ten sam policjant przepędzał chłopców, gdy próbowali grać na rynku w piłkę, bo zazwyczaj odbywał się tam jarmark. Wystarczy jednak, że zeszli po skarpie za kościołem i mogli grać do woli na łączce, gdzie teraz zrobiono miniaturowe Planty. – W szkole powszechnej grało się szmacianką – zaznacza Stanisław Jura, który wychował się w Kętach, a w wieku dziesięciu lat zaczął naukę w wadowickim gimnazjum. – Wie pan, co to szmacianka? Do pończochy wkładało się skrawki materiału, gałgany i zawiązywało. Taka piłka czasami leciała, gdzie chciała. Na przykład – w szyby sąsiadów. Gdy namokła, była ciężka jak kamień. W gimnazjum już nie wypadało nią grać, mieliśmy piłki skórzane.

Fason w klozecie

Z 42 osób, które w 1938 roku zdawały wraz z Karolem Wojtyłą maturę w gimnazjum imienia Macieja Wadowity, żyje już tylko sześć. Jerzy Kluger mieszka w Rzymie, Stanisław Jura w Krakowie, Eugeniusz Mróz w Opolu, Jan Wolczko w Kalwarii Zebrzydowskiej, Witold Karpiński we Włocławku, a Teofil Bojeś w Mysłowicach. W szarym gmachu przy ul. Mickiewicza znajduje się teraz liceum.

Niewielkie asfaltowe boisko na jego tyłach, z dwoma bramkami i słupkami do siatkówki. Pięciu chłopców kopie leniwie piłkę, po chwili dwóch robi sobie przerwę: siadają na wkopanych w ziemię oponach i zapalają papierosy. Siedemdziesiąt lat temu wychodzili tam uczniowie gimnazjum, ale na szutrowym placyku grali przeważnie w odmianę piłki ręcznej – hazenę. Futbol był zabroniony. – Oficjalnie – zawiesza znacząco głos Jerzy Kluger. – Nauczyciele o tym wiedzieli i nie reagowali.

Grali więc w piłkę nożną gdzie indziej i tak Ojciec Święty chyba jedyny raz w życiu naruszał wyznaczony przepis. – Zakazu palenia tytoniu na pewno nie łamał – śmieje się Kluger. – Do dzisiaj nienawidzę papierosów, ale wtedy jak wszyscy szli palić do klozetu, to ja – dla fasonu – robiłem to co oni. Karol nigdy nie ulegał zbiorowym modom.
Nigdy też nie uciekał z lekcji na boisko. – My czasem to robiliśmy, mówiąc, że idziemy do lekarza – wspomina Stanisław Jura. – Niezbyt się to jednak opłacało, bo jak człowieka nakryli i dostał z zachowania „odpowiednie”, to trzeba było płacić pełne czesne. To już było, panie, ponad sto złotych za półrocze! Rodzice się dowiadywali i spuszczali manto.

Dwumetrowe ujęcie

W Wadowickim Centrum Kultury na znak żałoby po zmarłym nie odbywają się żadne zajęcia, odwołano przegląd filmowy. W tym samym burym, przysadzistym budynku przy ulicy Sienkiewicza przed wojną mieściła się siedziba Towarzystwa Gimnastycznego Sokół. W dzisiejszej sali widowiskowej gimnazjaliści odbywali zajęcia z „ćwiczeń cielesnych”. – Mieliśmy kontakty z jakimś gimnazjum w Japonii – opowiada Stanisław Jura. – Pamiętam, jak podczas skoku wzwyż profesor Czesław Panczakiewicz robił zdjęcia, które później tam wysyłał. Brał ujęcia zawsze z dołu do góry: skakaliśmy niewiele ponad metr, a na zdjęciach wyglądało, jakby to było dwa razy wyżej.

Czasami nie chciało się iść na zajęcia – kontynuuje Stanisław Jura. – Zima, sala kiepsko ogrzana, a tu trzeba się rozbierać i ćwiczyć na drążkach, albo skakać przez konia.
Cieplej im było, gdy szusowali na nartach, albo podczas gry w hokeja na zamarzniętym stawie. Za łyżwy służyły ostrza przyczepiane do butów, kaski i osłony na twarz były nieosiągalnym marzeniem. – Kiedyś Karol dostał krążkiem w czoło i miał głęboko rozcięty łuk brwiowy – opowiada Stanisław Jura.
Każdy coś tam miał – bagatelizuje Jerzy Kluger. – Pamiętam natomiast, jak graliśmy na stawie przy drodze do Radoczy i lód załamał się pod nami. Prawie wszyscy skąpaliśmy się w okropnie zimnej wodzie, a dwóch kolegów zachorowało potem na zapalenie płuc.

Poręcz z koszul

Stanisław Jura w kampanii wrześniowej służył w 12. Pułku Piechoty „Ziemi Wadowickiej”. Uciekł przed Rosjanami na Węgry, gdzie go internowano, wreszcie dołączył do Brygady Karpackiej w Bejrucie. W piaskach Afryki Północnej bił się z Afrika Korps, bronił Tobruku. W 1942 roku zgłosił się na kurs lotniczy i do końca wojny był pilotem bombowca w Dywizjonie 304 „Ziemi Śląskiej”.
Matka i siostra Jerzego Klugera zostały zamordowane w Auschwitz. On z ojcem uciekli z rąk hitlerowców, ale aresztowało ich NKWD i trafili do sowieckich łagrów. Wybawieniem stała się armia Andersa, z którą przeszedł cały szlak bojowy. Zdobywał Monte Cassino, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych.

Mimo tylu strasznych przeżyć, obaj są tacy, jaki był jeszcze niedawno Ojciec Święty, który przecież w dzieciństwie stracił matkę i brata. Zachowali przenikliwy intelekt, jasność sądów, poczucie humoru. Przypominają tych maturzystów, którzy w 1938 roku ruszyli w świat, a teraz musieli tylko nałożyć kostiumy starych ludzi. Oczy błyszczą im na wspomnienie letnich kąpieli w Skawie, płytkiej i zimnej górskiej rzece, która pod mostem kolejowym tworzyła przyjemny basenik. – Był chyba trzydziestometrowy odcinek, gdzie człowieka „kryło” – ożywia się Jerzy Kluger. – Karol bardzo lubił pływać – dorzuca Stanisław Jura.

Profesor Czesław Panczakiewicz złościł się, kiedy nie chcieli ćwiczyć zimą w Sokole, ale to on zaraził ich miłością do górskich wędrówek. – Chodziliśmy na Babią, do Żubrzycy – wylicza Stanisław Jura. – Dziś tam już jest droga przez Krowiarki, ale wtedy większość podejść była trudniejsza. Raz szliśmy z naszym profesorem od łaciny, Szeliskim. Przestraszył się stromej grani i nie chciał ruszyć z miejsca. Ktoś wpadł na świetny pomysł; zdjęliśmy wszyscy koszule, powiązaliśmy je rękawami i zrobiliśmy taką poręcz. Przeszedł i strasznie był z siebie zadowolony, że pokonał niebezpieczeństwo.

Ugodowy bramkarz

Część ulicy Zegadłowicza, przy której mieścił się stary stadion Skawy Wadowice, przemianowano na Matki Bożej Fatimskiej. Parterowe domki ze spadzistymi dachami pamiętają jeszcze chłopców idących grać w piłkę, ale w miejscu dawnych obiektów sportowych wybudowano czteropiętrowe bloki osiedla Kopernika.

Ciepłe wiosenne popołudnie, dzieciaki wywijają salta na trzepaku. Na niedużym placu zabaw dwa maluchy gramolą się przez tor przeszkód pod okiem czujnego taty. Dziesięcioletni chłopcy rywalizują, kto dłużej wytrzyma wisząc na jednej ręce; dopingują ich wśród chichotów cztery koleżanki. Siedemdziesiąt lat temu słychać tu było okrzyki gimnazjalistów biegających za piłką podczas międzyklasowych konfrontacji. – Wrzaski nawet, wrzaski! – podkreśla z satysfakcją Jerzy Kluger.
Taki mecz to była święta wojna, każdy chciał wygrać za wszelką cenę – opisuje Stanisław Jura. – Ambicja ponosiła niektórych aż do kopania po nogach, albo i bójek. A jeszcze czasami kibicowały nam dziewczyny

Pokazuje zdjęcie upamiętniające jedno z takich spotkań (klasa VII Jury i Wojtyły wygrała je 7:4 z klasą VIII), na którym przyszły Papież leży w stroju bramkarskim. Zaczynał wprawdzie w ataku, ale szybko został przesunięty do tyłu. – Nazywaliśmy, go Martyna, bo miał podobną posturę, jak Henryk Martyna, słynny stoper – opowiada Stanisław Jura. – No, niech pan zobaczy te bary – podsuwa fotografię z klasowej wycieczki do Wieliczki.
Dziwne tylko, że z takimi ramionami nie wywalczył sobie prawa gry w ataku, wszak nikt nigdy nie lubił stać na bramce… – Zawsze były o to kłótnie – potwierdza Stanisław Jura. – Karol był najbardziej ugodowy, więc jego tam „usadowiliśmy”.

Piłka w rozkładzie jazdy

Miliardy ludzi podziwiały heroizm z jakim Jan Paweł II walczył z chorobą i bólem. Koledzy znali to od zawsze. – W czasie podwórkowych meczów bramki oznaczało się kamieniami albo zwiniętymi płaszczami – opowiada Stanisław Jura. – Słyszałem, że kiedyś brat postawił Karola w charakterze słupka.
Ja tego nie widziałem – zastrzega Jerzy Kluger. – Wiem natomiast, ile odwagi i poświęcenia trzeba było, żeby stać na bramce w naszych meczach. Grało się w normalnych, ciężkich butach do chodzenia i czasami dostawał kopniaki w głowę albo ramiona. Zawsze jednak ryzykował i rzucał się napastnikom pod nogi.

Nie bał się siniaków, a z drugiej strony – potrafił zrezygnować z przyjemności. Gdy zegar na kościelnej wieży wybijał wyznaczoną przez ojca godzinę, Karol wracał do domu, mimo że koledzy prosili, aby jeszcze został. – Nawet niekoniecznie odrabiał wtedy lekcje – uważa Jerzy Kluger. – Był najlepszym uczniem w klasie, dzięki niezwykłym zdolnościom. Jako jedyny z ponad czterdziestu nauczył się biegle mówić po łacinie.
Miał niesamowitą ilość innych zajęć – przypomina Stanisław Jura. – Szkoła, Sodalicja Mariańska, kółko teatralne. Rano służył do mszy, poza tym chodził z ojcem do Kalwarii na dróżki. Zawsze jednak miał doskonale opracowany „rozkład jazdy” i na grę z nami starczało mu czasu.

Przyjaciel stoi przy mnie

Pozornie banalne wydarzenie z dzieciństwa, które po sześćdziesięciu latach urosło do rangi pięknego, uniwersalnego symbolu. Chłopcy z wadowickiego gimnazjum czasami rozgrywali mecze: Polacy kontra Żydzi. – To prawda, ale dziennikarze później trochę to wyolbrzymili; po prostu ustalić w ten sposób składy było łatwiej, niż wybierać się wśród wiecznych kłótni – tłumaczy Jerzy Kluger, którego ojciec był prezesem gminy żydowskiej w Wadowicach. – Sam grałem w takich meczach tylko kilka razy.

Zespół Żydów był zwykle mniej liczebny. Nikt nie kwapił się, żeby do nich dołączyć, bo kilkutysięczna społeczność wadowicka nie była wolna od uprzedzeń religijnych. – Tak było, ale nie wracajmy już do tego – mówi chmurnie Jerzy Kluger. Do jego drużyny zawsze jednak chętnie przechodził Karol Wojtyła. A w 1994 roku jako Jan Paweł II doprowadził do nawiązania przez Watykan stosunków dyplomatycznych z Izraelem. Jerzy Kluger, upoważniony przez serdecznego przyjaciela, inicjował nieformalne rozmowy z izraelskimi politykami, później otrzymał pełnomocnictwo od premiera Menachema Begina do prowadzenia negocjacji z Watykanem.

A wcześniej, w 1986 roku, Jan Paweł II był pierwszym papieżem w historii, który odwiedził synagogę. – OK, wtedy papież po raz pierwszy wszedł do synagogi, ale Lolek był w niej jeszcze przed wojną – koryguje Kluger. – Mój tatuś zaprosił na sobotnie nabożeństwo do naszej bóżnicy sławnego śpiewaka – Kusawieckiego, który służył wówczas w 12. Pułku Piechoty. Mówię panu, to był wtedy drugi tenor w Polsce, po Kiepurze! Ludzie później opowiadali legendy, że jak śpiewał psalmy, to kandelabr się trząsł. Ja tam nie zauważyłem, żeby się trząsł, ale faktycznie – śpiewał cudownie, a potem zrobił karierę w Nowym Jorku. A ja zaprosiłem na to nabożeństwo Karola z tatą i obaj przyszli!
W 1939 roku hitlerowcy wysadzili synagogę w powietrze. Dzisiaj stoi tam przedszkole, z tablicą na ścianie, upamiętniającą wadowickich Żydów wymordowanych przez niemieckiego okupanta. Kiedy ją odsłaniano w 1989 roku, Jerzy Kluger po raz pierwszy po wojnie odwiedził Polskę i odczytał na uroczystości list papieski, wyrażający solidarność Kościoła ze wspólnotą żydowską.

Gdy 11 lat wcześniej Karol Wojtyła został wybrany głową Stolicy Apostolskiej, przyjął go na audiencji prywatnej. – Wszedłem do sali i nie wiedziałem, co robić, jak witać się z Ojcem Świętym – opowiada z uśmiechem. – Nie było przede mną nikogo, z kogo mógłbym wziąć przykład; zobaczyć, że trzeba uklęknąć, ucałować pierścień. Podałem mu więc po prostu rękę. Lolek ją uścisnął, poklepał mnie po plecach i mówi: „Stój Jurek, tak jest dobrze”.
Na jutrzejszym pogrzebie stanie obok przyjaciela po raz ostatni.
PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj