Garbate życie

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 21 października 1989 r. Autor: Andrzej Grygierczyk.*

Kim jest Edward Madejski? Urodzonym pechowcem, wplątującym się mimowolnie w smutne bądź tragiczne sytuacje? Może kombinatorem, któremu słabo udawała się sztuka łatwego prześlizgiwania się przez życie i na którym szybko się poznawano?
Patrzę na tego steranego przez życie człowieka i próbuję doszukać się jakiejś bardziej uniwersalnej prawdy o nim. I o piłkarzu, który 11 razy wystąpił w reprezentacji Polski.

Urodziłem się 11 sierpnia 1914 roku w Krakowie. Najpierw chodziłem do Szkoły Podstawowej im. dr. Jordana, potem do VIII Gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczego. Maturę zdałem 2 czerwca 1932 roku z wynikiem dobrym. Tego samego roku dostałem się na Wydział Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego, który skończyłem w 1938 roku.
Tak, wiem, pana bardziej interesuje piłka. W rodzinie nie było sportowych tradycji, ale mieszkałem o rzut kamieniem od Błoń, przy ul. Kościuszki. Każdy szkrab tam zaglądał i ja też. Próbowałem grać, a przede wszystkim kibicowałem Cracovii. Chodziłem na jej mecze od szóstego roku życia, a wpuszczał na stadion mnie zawsze jeden z graczy – Ciszewski. Lubił mnie. Chyba dlatego, że zawsze mu się z daleka kłaniałem. Potem, już w gimnazjum, grywałem w reprezentacji szkoły w koszykówkę, siatkówkę i szczypiorniaka. Ale Błonia były najważniejsze, bo tam grywało się w piłkę nożną. Mieliśmy klub o nazwie Herkules…

Pewnego dnia, już po zdaniu matury, poszedłem na boisko Juvenii, która grała z rezerwą Wisły. Zdarzyło się tak, że Juvenia miała kłopoty z obsadą bramki, a ponieważ niektórzy wiedzieli, że nieźle bronię, zaproponowano mi grę. Juvenia wygrała 1-0. Widział to wszystko mój wujek, który podbiegł do gracza Wisły, Aleksandra Pychowskiego, powiedział mu, że jest dobry materiał na bramkarza. Pychowski wziął mnie na trening, strzelał w lewo, strzelał w prawo, a ja – proszę pana – byłem wtedy jak guma. W klubie zdziwili się i kazali zaraz podpisać deklarację członkowską. Zabrali mnie na mecz drużyny rezerwowej do Tarnowa – z Tarnovią. Pojechałem pod przybranym nazwiskiem: Witkowski, ponieważ nie byłem jeszcze zgłoszony do PZPN. Do przerwy bronił kto inny i Wisła przegrywała 0-5. Po przerwie wszedłem do bramki i nie puściłem nic. Przegraliśmy 1-5.
Na debiut w pierwszej drużynie czekałem do 1933 roku. Źle się wtedy działo w Wiśle, drużyna grała słabo i postanowiono ją odmłodzić. Graliśmy z Podgórzem, a do drużyny oprócz mnie weszli Feret, Sołtysik, Habowski, Woźniak. Wygraliśmy 10-1. Wtedy był w lidze podział na grupy i nie dawano nam szans na zakwalifikowanie się do tej, która grała o mistrzostwo. Aleśmy się zakwalifikowali i zdobyli trzecie miejsce.

Ciężko mi było godzić granie ze studiowaniem, ale zaliczałem wszystkie egzaminy i kolokwia w terminie. A prosto z wykładów gnałem na boisko. Gdy padało, treningi przenoszono na Błonia. Dla mnie to nie miało znaczenia. I tak byłem ubrany w najgorsze łachy.
Na graniu nie można się było obłowić. Kiedy był wyjazdowy mecz, to na dwa dni dostawałem 30 złotych. Z powrotem przywoziłem zawsze 29 zł, a ta złotówka szła na jakieś napoje. Czasem, jak był ważny mecz, dostawaliśmy 10 złotych za zwycięstwo i 5 za remis.
Zawsze jakoś tam człowiek trochę grosza zaoszczędził. Taksa za studia wynosiła 200 złotych za rok, ale klub płacił mi połowę tej kwoty. Prawda, że niekiedy czekał do ostatniej chwili… Jak już byłem reprezentantem kraju, otrzymywałem ryczałty na dojazdy. Ryczałt przysługiwał na I klasę, ale jechało się w III. Różnica pozostawała dla mnie. Dostawałem też pieniądze na tramwaj, a chodziłem piechotą.
W 1933 roku zasmakowałem w podróżach zagranicznych. Jako reprezentacja Krakowa graliśmy z silnymi drużynami w Belgii, Holandii i Francji. Wszystkie mecze wygraliśmy. We Francji spędziliśmy Wigilię. Śpiewaliśmy kolędy i w ogóle było radośnie. Piękna to była Wigilia!

W reprezentacji Polski znalazłem się w 1936 roku. A było tak. Na jubileusz 30-lecia Wisły został zaproszony angielski zespół Chelsea. Wcześniej zagrał z reprezentacją Polski i wygrał 2-0. Wkrótce potem grał z Wisłą, która wygrała 1-0. Broniło mi się świetnie i zostałem powołany na przedolimpijski obóz kadry w Warszawie.
Pamiętam, że miałem takie dziwne buty, jakieś podkręcane. Trener Kurt Otto wziął je do rąk, zgiął i złamał. Zaraz pojechaliśmy na Pragę, gdzie kupiono mi nowe buty. Te miałem już do końca kariery. Na olimpiadę do Berlina pojechałem, ale w bramce nie stanąłem ani razu. We wszystkich meczach bronił Albański. A wie pan, czytałem parę książek poświęconych tej olimpiadzie i nigdzie nie znalazłem swojego nazwiska…
Zadebiutowałem w meczu ze Szwecją w Warszawie. Wygraliśmy 3-1, a ja dostałem dobre recenzje. Cieszyłem się, bo wtedy trudno było dostać się do reprezentacji. Dużo było dobrych bramkarzy: Fontowicz, Albański, Koźmin, Pawłowski, Tatuś, Keller, a na dodatek mało meczów grało się ciągu roku. Pięć, sześć – to właściwie wszystko. Pamiętam jak dziś, że po meczu ze Szwecją dostałem złotą odznakę Szwedzkiego Związku Piłki Nożnej.

Ale najlepszy okres był dopiero przede mną. W 1937 roku graliśmy pierwszy mecz eliminacji mistrzostw świata. Wygraliśmy w Warszawie 4-0 z Jugosławią. W bramce bronił wtedy Krzyk, ale w rewanżu kolej przyszła na mnie. Przyjechaliśmy do Belgradu wygodną salonką, zamieszkaliśmy w hotelu „Król Albert”. Co wtedy za atmosferę robioną wokół tego meczu! Nad miastem latały samoloty i wykręcały piątki, sugerując jaki będzie wynik rewanżu. Gnietli nas niesamowicie, kopali jak mogli. Bałem się, że zniosą mnie z boiska, a wtedy do bramki musiałby wejść Piec I. Sędzia, Włoch Bardassina pozwalał na wszystko. Ale i tak do przerwy było 0-0. Jedyną bramkę straciliśmy po rzucie wolnym. Sędzia nawet nie zagwizdał, a ten rzut wolny już wykonano. Piłka przeleciała mi po palcach i wpadła do bramki. Do finałów mistrzostw świata i tak myśmy się zakwalifikowali. Nawet nie poszliśmy na bankiet, tylko szybko do naszej salonki i do kraju. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że naszym przeciwnikiem w finałach MŚ będzie Brazylia.

Już wtedy byłem graczem nie stowarzyszonym, musiałem się więc mocno starać, żeby pojechać na mistrzostwa. Trenowałem w Garbarni, której po dziś dzień jestem wdzięczny za podanie pomocnej dłoni. Dostałem powołanie na taki wewnętrzny sparing kadry w Sosnowcu, bodajże 11 labo 12 maja. Grałem dobrze, nie puściłem żadnej bramki. Ale poddano mnie jeszcze jednej próbie. Do Polski parę dni później przyjechała reprezentacja Irlandii, która dopiero co rozgrywała spotkanie z Czechosłowacją i zremisowała 2-2. Przed tym meczem koledzy, żartując, pytali mnie, ile bramek puszczę. Wygraliśmy 6-0. Rozeźleni Irlandczycy za punkt honoru uznali wyznaczenie daty meczu rewanżowego w ich kraju. I dopięli swego. Do rewanżu doszło późną jesienią, chyba 13 listopada. Przyjęto nas ze wszystkimi możliwymi honorami. Byliśmy na audiencji u premiera, organizowano nam ciekawe wycieczki. A na sam mecz ściągnięto wszystkich najlepszych zawodników z Anglii i Szkocji. Natarli na nas strasznie. Puściłem jedną bramkę, zaraz po tym, jak mnie znokautował Flanagan. Musiałem opuścić boisko. Do bramki wszedł Mrugała, ale szybko albo został kontuzjowany, albo zasymulował kontuzję. Musiałem wrócić na boisko, choć broniłem praktycznie jedną ręką.

To wszystko zdarzyło się jednak później, parę miesięcy po meczu, którego nie zapomnę ani ja, ani ówcześni kibice. Pojechaliśmy na mistrzostwa świata do Francji. Nie zakwaterowano nas w Strasbourgu, tylko w odległym o 40 km Solingen. Zdaje się, że nie było miejsc w hotelach. A Brazylijczycy przebywali we Francji już od miesiąca. Podobno, kiedy robili wewnętrzne sparingi, to słynny Leonidas grał na obronie, żeby zmylić obserwatorów. A najchętniej trenowali przy drzwiach zamkniętych. W ogóle czuliśmy się przy nich jak ubodzy krewni. Kiedy zrobiono dla piłkarzy przyjęcie w ambasadzie polskiej, Brazylijczycy przyszli „na galowo”, a my w tym co kto miał.
Na stadion wyszliśmy jako pierwsi, później dopiero Brazylijczycy, na czele z Leonidasem. Do przerwy 3-1 dla nich, ale po przerwie 3-2 i 3-3. Zaczął padać deszcz. A potem 3-4 po strzale Peracia. Zapamiętałem ten strzał. Grałem bez rękawic, jak zresztą zawsze. Silnie uderzona piłka wybiła mi palce, trafiła w poprzeczkę, a zaraz potem odbiła mi się od szyi i wpadła do bramki.
Przed upływem czasu gry wyrównujemy, jest 4-4. W dogrywce rzucili się na nas jak charty. Strzelają bramkę i jest 4-5. Ale my tez jak w natchnieniu. Nawet Nyc, który strzelał od wielkiego święta, uderzył jak z armaty – piłka odbiła się od spojenia słupka z poprzeczką i wyszła w pole. Niedługo później Leonidas otrzymał prezent od Szczepaniaka i było 4-6. Potem jeszcze chwila nadziei – 5-6. Ten mecz pamiętam, jak gdyby odbył się wczoraj. Brazylijczycy byli później bardzo rozbici i nie zdobyli mistrzostwa, na które bardzo liczyli.
Po meczu dostałem znaczek z flaga brazylijską, a od naszego prezesa plakietkę z takim napisem na odwrocie: „Na pamiątkę najdramatyczniejszego meczu w dziejach PZPN”.

***

Dobrze byłoby mieć tylko taki życiorys. Ale pan, zdaje się, chce wiedzieć więcej. Interesuje pana jak to się stało, że byłem bramkarzem reprezentacji, choć nie należałem do żadnego klubu? To był pierwszy taki przypadek i chyba więcej już nie będzie?
10 listopada 1937 roku mieliśmy grać z Dębem Katowice. Przyjechał z nim profesor Hadała, który rozmawiał z Łyką i Sitką, żeby ten mecz przegrać. Dąb, być może, uratowałby się dzięki temu przed spadkiem. Sitko i Łyko spotkali się z Hadałą, ja w tym towarzystwie znalazłem się przypadkowo. Potem zadecydowali, że trzeba pójść potańczyć do „Paradisu”. Tam zobaczył Łykę działacz Wisły; mnie ani Sitki nie widział. Uciekliśmy wszyscy do hotelu „Pod Różą”, ale ten działacz zadzwonił do Obrubańskiego. Nazajutrz objawiliśmy się na stadionie. Obrubański odsunął Łykę od gry. Sitko i ja wystąpiliśmy. Wygraliśmy 5-2, ale i tak po Krakowie rozeszło się, że byli zawodnicy, którzy ten mecz chcieli przegrać. Ja naprawdę nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. I nie miałem. Łykę zwolniono z pracy, czyli z wodociągów Miejskich. Co miał zrobić, pojechał do Katowic, żeby go przyjęli.
Chciałem być solidarny i napisałem podanie o zwolnienie z Wisły. I wtedy właśnie zacząłem trenować w Garbarni. Zresztą na początku 1939 roku stałem się zawodnikiem tego klubu. Zgodnie z umową – na krótko, do czasu wyjazdu do Trzyńca, gdzie stałem się zawodnikiem Zaolzia. Miało to już nastąpić wcześniej, ale ojciec został przejechany przez samochód, mówiło się, że nie przeżyje, chciałem więc być jak najbliżej niego. Kiedy zaczął zdrowieć, wyjechałem do Trzyńca. Dostałem tam pracę w laboratorium przy hucie, powodziło mi się dobrze, życie wreszcie się zaczęło do mnie uśmiechać. Mieliśmy szansę awansować do I ligi.

Pamiętam, że w dniu poprzedzającym wybuch wojny poszedłem na trening. Było zaledwie kilku graczy. Wiedzieliśmy co się święci. Niedługo potem wyjechałem do Krakowa. W niedzielę, 3 września, siedzieliśmy z kolegami na Plantach. Tam natknęliśmy się na grupę rozbitków z Pszczyny. Jeden z tych rozbitków, Józef Krupa powiedział, że trzeba uciekać. Ruszyliśmy do Adamowa, przez Połaniec, Nisko, Bojanów, Biłgoraj. Pod Adamowem złapał nas patrol niemiecki. Zażądano dokumentów. Ja miałem tylko legitymację PZPN. Żandarm mnie spytał, czy grałem w jakimś meczu pod Gliwicami, w 1933 roku. Rzeczywiście, graliśmy tam, był chyba remis 2-2. Zwolnili nas. Ruszyliśmy z powrotem do Krakowa. Kiedy mnie matka zobaczyła – zemdlała, bo jej powiedzieli, że widziano mnie martwego w Zwierzyńcu.

Założyliśmy w Krakowie klub pod nazwą AKS. Jedni teraz mówią – Akademicki Klub Sportowy, inni – Amatorski. Myśmy przyjęli, że była to Armia Krajowa- Sportowa. W 1942 roku była wsypa. Aresztowano Gajewskiego, Żaczka, Szumilasa. Gdy zlikwidowaliśmy w mieszkaniu Łyki zdjęcia i aparat radiowy, Łyko uciekł w Tarnowskie, a ja do Warszawy.
Nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Bez adresów bliższych znajomych. Na ulicy zobaczyłem Kongdola, Żyda z Warszawy. Przyjął mnie na jedną noc. Idę nazajutrz Koszykową, spotykam Orzelskiego, byłego prezesa Wisły. On do mnie: „Niech pan zapomni, że mnie pan widział”.
Spotkałem innego znajomego, też Żyda, piłkarza Maccabi – Wiktora Pempera, który używał nazwiska Poratyński. Handlował metalem dentystycznym. Zaproponował mi jazdę do Stanisławowa w charakterze pomocnika. Kiedy w Stryju przesiedliśmy się na pociąg do Stanisławowa, znaleźliśmy się w przedziale z elegancką kobietą. Była dziwnie ciekawa tego co porabiamy, a Pemper był zbyt gadatliwy. W Stanisławowie poleciała na gestapo i zadenuncjowała nas. Nazajutrz zostaliśmy aresztowani. Wprowadzono nas na I piętro siedziby gestapo. Tam w jednym z pokoi siedziała kobieta, którą kiedyś poznałem w Krakowie, Franciszka Kopeć. Zdołałem tylko jej powiedzieć: – Na miłość boską, niech mnie pani ratuje!

To było 1 kwietnia 1942 roku. Zaprowadzono nas do celi nr 10 – miała ona sławę celi śmierci. Pemper zaczął wszystko śpiewać i po jakimś czasie, trudno mi powiedzieć po jakim, został zwolniony. Bez przerwy słyszeliśmy strzały i krzyki zabijanych ludzi. Parę dni później, pamiętam, że był to Wielki Czwartek, przyszedł do celi jeden ze strażników i powiedział, że szuka 10 silnych Polaków. Zgłosiłem się. Okazało się, że byliśmy potrzebni do uprzątania pomieszczenia, gdzie na ziemi we krwi nurzały się ludzkie szczątki. Ładowaliśmy je na auta…
A ta pani Kopeć nie zapomniała o mnie. Podała się za moją narzeczoną i sprawiła, że jacyś ludzie upili prokuratora, który po pijanemu podpisał moje zwolnienie. Wypuszczono mnie 19 sierpnia. Pojechałem do Krakowa. Ważyłem wtedy 42 kg. Rychło jednak rzucono się za mną w pościg. Parę dni później przybiegł do naszego mieszkania taki mały chłopiec z wiadomością, żeby natychmiast uciekać, bo ma przyjść gestapo. Pojechałem do ciotki do Bronowic, a potem ciągle zmieniałem kryjówki. Ale starałem się grywać jeszcze w piłkę – w AKS Borek. Pamiętam, że w Borku pracował fizycznie Karol Wojtyła.

Wojna przeszła, a ponieważ zaraz po jej wybuchu obiecałem dyr. Olszakowi, który kiedyś pomagał mi ułożyć sobie życie w Trzyńcu, że kiedy ten koszmar się skończy, pierwszym pociągiem pojadę na Śląsk – udałem się do Katowic. Zostałem urzędnikiem Urzędu Repatriacyjnego, najpierw w Katowicach, a później w Bytomiu. Ściągali tam zewsząd piłkarze i 29 maja 1945 założyliśmy klub Polonia. Dziwię się po dziś dzień, że dorabia się temu klubowi historię jeszcze przedwojenną. Pamiętam, że była to wtedy jedna wielka rodzina. Załatwiałem ludziom posady, mieszkania. Myślałem jednak o powrocie do Krakowa. Nie zrobiłem jednak tego, przynajmniej od razu.
Niebawem podziękowałem za pracę w Urzędzie Repatriacyjnym i zostałem właścicielem wytwórni wód gazowanych. Komuś ona przeszkadzała, zlicytowano ją w 1949 roku. Zostałem pracownikiem Centrali zaopatrzenia Hutnictwa, w której pracowałem do 31 marca 1954 roku. W międzyczasie ożeniłem się w Krakowie, a z żoną zamieszkałem u siostry w Katowicach.
W kwietniu 1954 roku przeniesiono mnie służbowo do huty „Lenina” w Krakowie, do działu zaopatrzenia surowcowego. Podjąłem nawet studia na akademii Górniczo-Hutniczej. W 1955 roku otrzymałem Srebrny Krzyż Zasługi.

W Hucie im Lenina pracowałem do 3 sierpnia 1956 roku, do momentu aresztowania. Posądzono mnie o przekazywanie informacji szpiegowskich. Zostałem skazany na 7 lat więzienia, a na podstawie amnestii skrócono ten wyrok do trzech lat. Na wolność wyszedłem po odsiadce na Mokotowie w Warszawie i w Strzelcach Opolskich, 24 kwietnia 1959 r. Nigdy do niczego się nie przyznałem i nigdy do niczego się nie przyznam, bo nie mam do czego. W czym właściwie rzecz, o tym dowiedziałem się dopiero w przewodzie sądowym.
W czasie, gdy siedziałem w więzieniu odeszła ode mnie żona z dziećmi. Nie utrzymuję z nimi żadnego kontaktu.
Potem wróciłem do Katowic. Pracowałem m.in. w CPN, następnie w Centrali Zbytu Wyrobów Metalowych w Bytomiu, w Centrali Handlowej Motozbyt w Warszawie, w Bytomskich Zakładach Wytwórczo-Usługowych, w hucie „Bobrek. Teraz, oczywiście, na emeryturze. Z piłką nie mam już nic wspólnego, tyle że czasem zajrzę na Polonię.
To właściwie wszystko, niewiele mogę do tego dodać. Chyba tylko to, że garbaty ten mój los.

Edward Madejski mówił przez 3 i pół godziny. Jednakowo, beznamiętnie. I o tym jak grał przeciwko Brazylii, i o tym jak posądzono go o szpiegostwo. O wszystkim tak samo. Jedne fakty, jak ten np., że nie debiutował przeciwko Szwecji, lecz przeciwko Jugosławii, są do sprawdzenia, inne poddać weryfikacji jest już trudniej.
ANDRZEJ GRYGIERCZYK

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Powyższy został wyróżniony w konkursie im. Jana Rottera.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.

Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.