Gdyby bin Laden skakał o tyczce…

Wywiad ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 12 listopada 2004 r.

W tle spadające meteoryty, hekatomba. Na pierwszym planie mówiący do kamery dziennikarz: „Przepraszamy państwa. W związku z bezpośrednią transmisją końca świata program dla majsterkowiczów nadamy w terminie późniejszym”. Sarkazm, cynizm i pewna, charakterystyczna kreska. Andrzej Mleczko nie uznaje świętości i drwi ze wszystkiego. Wspólnie pożartowaliśmy trochę na temat sportu.

– Sport nie jest śmieszny?
– Z odpowiedniej perspektywy wszystko jest śmieszne.
– To dlaczego tak rzadko pojawia się w pańskich rysunkach?
– Bo nie jestem w stanie narysować wszystkiego.
– Rysuje pan prawie wszystko.
– Nie, nie rysuję nic o przemyśle metalurgicznym. Albo o problemach chorób płucnych – choć może powinienem. Nie jestem w stanie objąć całości. Przyznam, że ustalając działy tematyczne stworzyłem początkowo kategorię „sport”. Zorientowałem się jednak, że mam tylko trzy, cztery rysunki i to średnio zabawne.
– Sport jest jednak bardzo wyrazistą dziedziną życia.
– Byłby, gdybyśmy odnosili jakiekolwiek sukcesy. W sytuacji, kiedy nie odnosimy żadnych – w ogóle mnie on nie interesuje jako temat rysunków. Interesuje mnie to, czym żyje przynajmniej tych czterdzieści milionów ludzi, a nie coś, co zajmuje tylko kilka tysięcy szalikowców oraz paru redaktorów, którzy muszą jakoś zarabiać.
– Adamem Małyszem żyli wszyscy Polacy.
– I przestali. Ten zakompleksiony naród zainteresuje się wszystkim, co pozwoli mu mieć poczucie, że świat na niego patrzy. Strasznie mnie to śmieszy, ponieważ skoki narciarskie zajmują tylko Norwegów, Niemców i Polaków. No, może jeszcze ze dwa kraje. Ta cała „Małyszomania” była dla mnie bardziej żałosna, niż fascynująca. Inna sprawa, że to sympatyczny, młody człowiek, którego nawet kiedyś poznałem. Nie miał dokładnie nic do powiedzenia, ale skakać pewnie potrafi.
– Leopold Tyrmand w swoim „Dzienniku 1954” napisał: „Uwrażliwienie na sport jest obsesją romantyczną, ostatnią jaka nam pozostała. Nikt nie poszukuje już porywających gestów ani w polityce, ani w miłości, ani w procesach sumienia. W żadnej innej dziedzinie życia nie można już wygrać poprzez maksymalne spięcie siły i woli, entuzjazmu i zręczności”.
– Kompletna bzdura. Sport jest nieudolną próbą znalezienia ersatzu. Ludzie doszli do wniosku, że mniej im się kalkuluje mordować, więc postanowili rywalizować w sposób pokojowy. Jest to zwierzęca potrzeba walki, zaspokajana na odrobinę bardziej cywilizowanych zasadach. Natomiast, co ci spoceni ludzie mają z romantyzmem wspólnego – nie wiem.
– Chyba lepiej, że uprawiają sport niż mieliby się mordować? Zwłaszcza że jeszcze nie wszyscy doszli do takiego wniosku.
– Zdecydowanie. Gdyby Muchtada al Sadr, albo ten… Jak mu tam? Ten najważniejszy, co w górach siedzi.
– Osama bin Laden?
– Właśnie. Gdyby w młodości uprawiali skok o tyczce, to być może dzisiaj nie zajmowaliby się zabijaniem Bogu ducha winnych ludzi. Niewątpliwie, zaletą sportu jest fakt, że odrobinę prymitywnej energii, która siedzi w każdym człowieku (a nie jestem entuzjastą tego gatunku) – jakoś tam pacyfikuje.
– A co pana zaprowadziło na treningi bokserskie w Wiśle? Zwierzęca potrzeba walki, pozbycia się prymitywnej energii?
– Oczywiście. Dokładnie to. Gdy ma się pięćdziesiąt pięć lat, można już spokojnie siedzieć przed telewizorem, nie odczuwając potrzeby ruchu. Natomiast młode bydlę musi pobiegać, poszaleć i dlatego trafiłem do sali bokserskiej. Trwało to krótko, żadnych sukcesów, więc w ogóle nie ma o czym mówić.
Dlaczego akurat boks?
– Lubię czasami komuś przyłożyć. Mniej przyjemnie jest, gdy ten ktoś odda. Dlatego zrezygnowałem.
– Do tego judo?
– Karate. Też w Wiśle, ale też krótko i mało istotne.
– A piłka nożna na podwórku?
– Grałem nawet w C-klasie, w Kolbuszowiance. Na lewej obronie, bo jestem mańkutem. I również nie osiągnąłem żadnych sukcesów.
– Z wszystkiego rezygnował pan ze względu na brak wyników?
– Są ciekawsze zajęcia w życiu, niż bieganie po trawie w przepoconym podkoszulku. Lepiej już biegać za dziewczynami. Wysiłek mniejszy, przyjemność większa, a przy tym przeciwnik miły w dotyku.
– Jedyną formą aktywności jest dla pana uganianie się za dziewczynami?
– Powiedziałem, że kiedyś. Obecnie staram się ograniczyć nadmierną aktywność i nawet rysowanie śmiertelnie mnie nudzi. Dlaczego staram się rysować jak najmniej, żeby nie zmęczyć się przesadnie.
– Wspominał pan, że zdrowy tryb życia przejawia się u pana w pokonywaniu schodów do swojego mieszkania na poddaszu.
– Tak, ale nie żebym to lubił. Kamienica jest średniowieczna, a wtedy rzadko instalowano windy. Muszę zapieprzać na to czwarte piętro, czego nienawidzę.
– I stara się pan wychodzić z domu tylko raz dziennie?
– Staram się w ogóle nie wychodzić. Uważam, że człowiek inteligentny powinien siedzieć w domu i do minimum ograniczyć kontakty z otoczeniem.
– Ludzie, których inteligencji nie można nic zarzucić, grają w golfa lub tenisa, pływają.
– Ja bym im zarzucił. Niedawno polemizowałem z moimi kolegami-golfistami, którzy mnie przekonywali, że walenie patykiem w piłeczkę to fantastyczna przyjemność. Podejrzewam, że oni to sobie wmawiają i strasznie się katują tym golfem. Doskonale wiedzą, że jest to bardzo dobrze widziane w towarzystwie i świetnie brzmi rzucone mimochodem: „Wracam właśnie z pola golfowego”. Czy nie przyjemniej usiąść sobie przy drinku i wśród dymu tytoniowego miło pogawędzić o tym, jak ludzkość zmierza do zagłady? Chyba większość ludzi tak uważa, bo cały czas jest więcej pubów niż klubów golfowych.
– Ale po drinku, podobno, nie może pan rysować?
– Tak. Widzę, że przygotowaliście się jak cholera.
– W jednym z wywiadów, na pytanie, czy tęskni do czasów młodości, odpowiedział pan: „Nie. Przyzwyczaiłem się do faktu, że jestem inteligentny i zamożny. W wieku kilkunastu lat człowiek był głupi”. Zwykle na takie pytania piędziesięciolatkowie odpowiadają, że żałują utraconej sprawności, młodzieńczej werwy.
– Tęsknienie za młodością, sprawnością, czy jakimiś eks-romansami wydaje mi się normalną stratą czasu. Trzeba raczej myśleć o tym, co będzie, a nie o tym, co było, ale w naszym narodzie to normalne, że zamiast myśleć o przyszłości plecie się w kółko, jak to było przed wojną.
– Tak jak pan kiedyś napisał: „Nie mów, że masz czas, to czas ma ciebie”?
– Podoba mi się, gdy cytujecie klasyków.
– Są ludzie – w pańskim wieku – którzy przez uprawianie sportu i wizyty w solarium starają się zatrzymać czas.
– A, że się ośmieszają przy okazji to ich problem. Ja pamiętam ze szkoły, że czasu nie da się zatrzymać.
– Powiedział pan, że znając życiorys Roberta Korzeniowskiego podziwia go pan za hart ducha i konsekwencję. Takie wyznanie niezbyt pasuje do cynizmu, którym lubi się pan popisywać.
– Bo tak naprawdę jestem niezwykle delikatnym i subtelnym człowiekiem. Niestety, w związku z moim zawodem muszę udawać cynika.
– To za co ceni pan Korzeniowskiego, z którym spotykacie się w grupie „Nasz Kraków”?
– Bo jest z tego samego miasta, co ja.
– Przecież on jest z Lubaczowa, a pan z Tarnobrzega.
– Nie, zawsze podkreśla, że najbardziej jest związany z Tarnobrzegiem. Jest moim krajanem, a w Polsce, gdzie tylu ludzi robi sobie na złość, krajanie powinni się wspierać. Poza tym jest inteligentnym sportowcem, co zdarza się rzadko.
– Szuka pan paradoksów w otaczającej go rzeczywistości, a tymczasem niezgorszy przydarzył się panu. Paląc papierosa za papierosem, dostał pan od prymasa Józefa Glempa nagrodę za propagowanie zdrowego stylu życia, wolnego od tytoniu.
– Bo interesują mnie tylko paradoksy i wady występujące u bliźnich. Moim bojowym zadaniem jest krytyka wszystkiego wokół oraz wyjątkowy szacunek i oszczędzanie własnej osoby. Kiedyś zapytano Schopenhauera, dlaczego nie postępuje tak, jak nakazuje ludziom, a on odpowiedział: „Czy widzieliście drogowskaz, który idzie w kierunku, który wskazuje?”. Wykonałem serię rysunków o tematyce antynikotynowej. Szkoda, że to ujawniono, bo przecież nie chciałem ośmieszać prymasa, który miał najlepsze intencje. Bardzo go zresztą polubiłem, gdyż mówił do mnie per „mistrzu”.
– Nie skłoniło to pana do rezygnacji z nałogu?
– Nie. Byłem tak podekscytowany, ze pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po wyjściu z nagrodą było wyjaranie kilku papierosów. Musiałem się uspokoić po tak stresującym przeżyciu – rzadko spotykam się w dobrej komitywie z hierarchami kościelnymi. Ale chcę rzucić palenie. Dzisiaj rzucałem już chyba ze dwa razy.
– I tak codziennie?
– Codziennie. Wiecie, jakie to męczące?
– Łatwiej byłoby z tym walczyć uprawiając tenis lub golfa.
– Pewnie tak, ale gdybym zaczął teraz grać w tenisa, to – jak Waryński – wyplułbym płuca i był już zupełnie nie do użytku.
– A może warto wybrać się na stadion towarzysko? Posiedzieć na świeżym powietrzu, popatrzeć na ludzi, zjeść kiełbaskę z rożna, wypić piwo.
– Kiedy ostatni raz byłem na stadionie? Hm…
– Gdy grał pan w Kolbuszowiance?
– Nie, nie. Chodziłem przecież na mecze bokserskie, ale przestałem, bo siedziałem w pierwszym rzędzie i kiedyś oblała mnie krew z nosa jednego z zawodników. A, już wiem! Olaf Lubaszenko zaciągnął mnie na mecz piłkarski – aktorzy kontra ktoś tam. Szybko jednak wyszedłem.
– Cracovia albo Wisła nie zachęcały pana do wizyt na swoich meczach? Po cichu rywalizują, kto ma lepszych VIP-ów.
– Najwyraźniej czują, że mnie to nie interesuje, zresztą nie jestem chyba aż takim VIP-em, żeby mnie tam pożądano. Natomiast bardzo się cieszę, że pojawił się w Krakowie drugi mocny klub. W ogóle – wbrew mojemu cynizmowi – cieszę się z rzeczy pozytywnych, a martwię negatywnymi.
– Nawet jeśli jest to tylko sport?
– Oczywiście. Jeśli osiągamy jakieś sukcesy, to nie jestem kretynem, żeby się z tego nie cieszyć. Nie jestem przeciwnikiem sportu, tylko staram się patrzeć nań realnie. Mogę, na przykład, cieszyć się z triumfu jakiegoś sportowca, co nie przeszkadza mi w stwierdzeniu, że jest on mało rozgarnięty.
– Czy inteligentny, siedzący w domu człowiek ogląda sport w telewizji?
– Czasami. Nienawidzę jednak oglądania piłki nożnej, bo to najnudniejsza rzecz na świecie. Zupełnie nie rozumiem fascynacji futbolem.
– Pańska córka opowiadała kiedyś, że jest pan bardzo niecierpliwy. Zaczyna pan jeść kromkę zanim skończy ją smarować. To ten brak cierpliwości odstręcza pana od futbolu, w którym akcje bywają rozgrywane bardzo długo?
– Powiedzmy, że to jeden z elementów. Mam prostą zasadę – oglądam tylko sporty indywidualne, gdzie jest jeden człowiek, jeden sukces, jeden dramat. Człowiek powinien sam odpowiadać za to, co robi. Jestem chorobliwym indywidualistą i uważam, że tylko sport indywidualny ma sens: zmagania człowieka z człowiekiem, a nie jedenastu palantów z jedenastoma palantami. Poza tym, ważny jest brak sukcesów Polaków. Kibicowanie polega na tym, że jest się za kimś, a kiedy pański rodak bez przerwy dostaje w d…, to naprawdę ciężko się tym fascynować. Nie jestem masochistą, jak większość ludzi w tym kraju, którzy uwielbiają cieszyć się z przegranych powstań, są zachwyceni wymordowaniem całej stolicy. Stąd może bierze się nasze zainteresowanie dyscyplinami, w których ciągle przegrywamy.
– Nie można się pasjonować pięknem dyscypliny, bez kibicowania?
– Jedyną, którą mogę się ewentualnie zainteresować jest siatkówka plażowa kobiet. Wchodzi tutaj w rachubę element estetyczny. A czy naprawdę widać choćby cień estetyki w spoconych i śmierdzących facetach, którzy – na przykład – szarpią się na macie? Zapasy są czymś tak obleśnym, że można się wyrzygać od samego patrzenia. Jest tyle nieestetycznych sportów, które powinno się zlikwidować.
– Zapasy kobiet?
– Dla paru erotomanów może to być rajcujące. A na przykład balet wodny kobiet z tymi klipsami na nosach? Nawet najlepszy program satyryczny nie przebije czegoś tak głupiego.
– A propos sportów indywidualnych – zwierzał się pan kiedyś, że czekał w nocy na walkę Gołoty z Tysonem.
– Traktowałem to nie jako sport, czy – jak to się kiedyś mówiło – szlachetną szermierkę na pięści, tylko ciekawostkę socjologiczną. Byłem strasznie ciekaw, co będzie, jeśli Gołota wygra; jak zachowają się ludzie w hali. Mógł to być asumpt do narysowania czegoś, a był tylko wstyd i nic więcej. Od tego czasu przestałem marnować noce w oczekiwaniu na kolejną kompromitację polskiego sportowca.
– Boks szlachetną szermierką na pięści?! To tak, jakby powiedzieć o filmie porno, że ma wartości artystyczne.
– Zgadzam się. Może to być w lepszym lub gorszym wykonaniu, mniej lub bardziej zabawne, ale z żadną szlachetnością nie ma nic wspólnego. Jest to biznes dla jednych, rozrywka dla innych, a dla wykonawców możliwość wyładowania się, ewentualnie zarobienia paru groszy.
– Mówimy cały czas o boksie i pornografii?
– Aż tak daleko idących analogii bym nie robił.
– Po tym wywiadzie widać, że pańską ulubioną dyscypliną jest szermierka. Na słowa.
– Nie, coraz mniej chce mi się gadać. Dlatego musieliście dzwonić trzysta razy, żeby się umówić na spotkanie. To, co mam do powiedzenia, staram się narysować; mniej lub bardziej udanie. Nie jestem facetem, który lubi długie dyskursy. W ogóle lubię wszystko skracać, puentować i sprowadzać do jednego zdania.
– Dlatego robi pan rysunki, a nie maluje obrazów i wymyśla aforyzmy zamiast pisać książki?
– Chyba tak.
Rozmawiali PAWEŁ FLESZAR i PRZEMYSŁAW FRANCZAK

ANDRZEJ MLECZKO
Urodził się 5 stycznia 1949 roku w Tarnobrzegu. W trakcie studiów na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej zaczął – w tajemnicy przed kolegami – rozsyłać swoje rysunki do gazet. – Z rzadka tylko dostawałem odpowiedzi w stylu: „Dziękujemy za nadesłane prace. Na druk jeszcze za wcześnie” – wspomina.
W 1971 roku zadebiutował na łamach krakowskiego undergroundowego pisma „Student”, w którym publikowali wówczas kontestujący poeci: Julian Kornhauser, Adam Zagajewski, Stanisław Barańczak. – Byłem tak szczęśliwy, że wykupiłem połowę nakładu, żeby się pochwalić przed rodziną i znajomymi – opowiada. – Nic później nie zrobiło już na mnie takiego wrażenia, jak ten rysunek wielkości znaczka pocztowego w „Studencie”.

Dla dobra polskiej architektury („Domy wybudowane według moich projektów musiałyby się zawalić„) postanowił poświęcić się rysowaniu. Zaowocowało to już kilkunastoma tysiącami prac. Poza rysunkami tworzy grafiki warsztatowe, plakaty, ilustracje książkowe i – rzadziej – scenografie teatralne oraz obrazy. Wykonuje też rysunki reklamowe dla firm („Jeśli zlecenie jest sensowne, a zleceniodawcy sympatyczni„). Był jurorem przeglądu kabaretów PAKA, prowadził własną audycję w radiu RMF. Publikował w wielu czasopismach, m.in. „New York Times”, „Frankfurter Rundschau”, „Szpilkach”, „Przekroju”, „Miesięczniku Literackim”, „Solidarności”. Obecnie ma stałe rubryki w „Polityce”, „Playboy’u” i „Dzienniku Polskim”. Jego prace były prezentowane na blisko 200 wystawach na całym świecie, w 1983 roku przy ul. św. Jana w Krakowie założył galerię autorską. Przed dwoma laty podobną otworzył w stolicy. – Przyjechałem tu z misją, żeby zagonionych warszawiaków troszeczkę wyluzować – żartuje.

KOGO POWINNY ZDRADZAĆ KOBIETY
„Zanim powiesz coś bardzo ważnego, sprawdź czy masz zapięty rozporek”, „Obrzucaj władzę jajami, gdy są najtańsze” – to tylko próbka poczucia humoru Andrzeja Mleczki, który kpiną włada jak Wołodyjowski szablą.
Kiedyś wpadł w depresję. Podczas włamania do jego krakowskiej galerii ukradziono budzik, radio, kilka innych drobiazgów, ale żadnego rysunku. – Lepiej bym się czuł, gdyby złodziej zabrał jedną z moich prac – żartował.
Na popularność nie ma jednak co narzekać: opatrzone jego rysunkami książki, koszulki, kubki, popielniczki, fartuchy kuchenne, pościel – rozchodzą się w ogromnych ilościach. Już od dwudziestu lat odwiedziny w galerii przy św. Jana są żelaznym punktem programu szkolnych wycieczek. Bywa wizjonerem. – Zawsze uważałem, że Leppera wymyślili, jeszcze za komuny, Andrzej Mleczko do spółki z Andrzejem Czeczotem – stwierdził kilka lat temu nieżyjący już poeta, Jacek Kaczmarski.

Nie lubi napuszonej powagi, uwielbia szokować niekonwencjonalnymi opiniami: „Małżeństwo nie powinno być karalne, ale często staje się poważną karą”, „Mężczyzna, od którego odchodzi kobieta, poważnie cierpi. U poetów może to jednak zaowocować pięknymi i rozdzierającymi serce utworami. Dlatego kobiety powinny zdradzać poetów wybitnych, a nie grafomanów. Przysłużą się kulturze narodowej”.
W wolnym czasie najchętniej się… nudzi, bo – według niego – święty spokój jest najważniejszy w życiu człowieka.

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*