Gniazdo Wandy Panfil

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 31 lipca 1992 r. Autor: Ireneusz Pawlik.*

Ludzie dopytywali się o występy córki, ale wkrótce doszła do tego także ich zazdrość i plotki. Jednego nie mogli jej jednak odmówić: wysiłku, który w te sukcesy wkładała.

Chuderlawy kurczak wbiegł w ostatniej chwili na szosę prowadzącą przez wieś Kraśnica. Opona ciężarówki zmiażdżyła mu nogi i ogon. Leży teraz na grzebiecie i z niedowierzaniem wpatruje się w swoje kalectwo. Uniesiona dotąd głowa opada wkrótce na jezdnię i kolejne samochody wprasowują go w asfalt.
– Kurna – mówi Bogdan Panfilsusza taka, że krów nie ma gdzie pognać. Mama z bratem pojechali sprzedać jedną w Opocznie.
Zostały dwie inne i jałówka z bliźniakami. Na gumnie spoczywają dwa psy i na widok obcego nie chce im się nawet głów podnieść. Wyglądają jak zdechłe.
Kury łażą ospale i dziobią coś niemrawo. Kogut kryje się w cieni i gapi na nie obojętnie. Jedynie dwa białe gołębie gruchają nieprzytomnie. Ale one akurat tokują i upał im nie przeszkadza. Zrywają się zaraz do lotu godowego.
Perliczka kąpie się w plastikowej beczce, a kaczęta piją z wyschniętej kałuży, która jest tak płytka i mała, że nie mogą się w niej taplać. Przegania je wkraczająca na podwórze krowa, której nie udało się sprzedać w Opocznie. Lato, żniwa, na jarmark teraz nikt nie ma czasu i żaden kupiec na krowę się nie znalazł. Trzeba ją zaraz wydoić.
Kiedyś doiła krowy również Wanda. Gdy po raz pierwszy przyjechała do wsi z Mauriciem, od razu usiadła na zydelku i pokazała mu tę czynność. Chodziła też w pole, zbierać kartofle podczas wykopków, pomagała przy żniwach – szła za zastępem kosiarzy i odbierała snopy. A zastęp żniwiarzy składał się z braci i szwagrów.

Bogdan Panfil zapytany o swoje rodzeństwo – odpowiada, że jest ich w rodzinie pięć sióstr i pięciu braci. Wymienianie zaczyna od najstarszej siostry Marii, która w Łodzi jest sprzątaczką, potem idą Irka (na gospodarce w Pawlikowicach za Łodzią), Kryśka (jest na rencie i mieszka w Tomaszowie Mazowieckim), Wanda (wiadomo!), Bożena (żona leśniczego) i Danka (pracuje w łódzkim zakładzie oczyszczania miasta). Z braci najwcześniej urodził się Adam (gospodaruje w rodzinnej wiosce), młodsi od niego są Ignacy (rolnik w pobliskiej wsi Buczek), on, czyli Bogdan (jest pilarzem w lesie), dalej Czesław, zwany Heńkiem (kolejarz w Koluszkach), Szczepan, na którego wołają Sławek (rencista, pomaga w ojczystym obejściu) i Piotr (też na rencie, miał wypadek w wojsku, pracował na budowie i spadł, teraz kuleje, ale wspólnie z matką prowadzą gospodarstwo).
Rachujemy rodzeństwo jeszcze raz. Wychodzi, że dzieci Panfilów jest dwanaścioro, a nie dziesięcioro, jak powiedział na wstępie Bogdan Panfil. Po namyśle przyznaje rację i dodaje, że dwoje jeszcze zmarło.
Ojciec ich wszystkich zmarł 10 lat temu. Gospodarzył na swoich 6 hektarach i stróżował we dworze przy wylęgarni drobiu. Dwór należał przed wojną do dziedzica Bąkowskiego, którego zabili potem jeszcze jacyś partyzanci, ale jego rodzina mieszka jeszcze w Gdyni.
Matka ma na imię Katarzyna i nosiła identyczne jak przyszły mąż nazwisko panieńskie. Gdy mieli brać ślub, trzeba było pytać księdza, czy to nie będzie bożą obrazą. W okolicy mieszka jednak sporo Panfilów i nie wszyscy są ze sobą spokrewnieni. w czasie wojny Katarzyna ocalała przed wywiezieniem na roboty do Niemiec, kryjąc się w stodole. Hitlerowcy zabrali natomiast jej siostrę, Barbarę.
Pobrali się z Wojciechem i zamieszkali w domu za kościołem. Wkrótce chata spłonęła wraz z pięcioma sąsiednimi. Całe szczęście, że nikogo wtedy w chałupie nie było i obyło się bez ofiar. W 1963 r. własnymi rękami postawili drewniany domek z dwiema izbami i kuchnią. W nim gnieździli się przez 28 lat. Nie przelewało się, wciąż brakowało pieniędzy na wykarmienie, przyodzianie i wykształcenie takiej gromady dzieci. Stary dom stoi jeszcze obok nowego, drzwi wejściowe wyrwane, ściany wewnętrzne zburzone.

We wsi mówią, że talent ma Wanda po matce, która mimo przekroczenia siedemdziesiątki porusza się nadal prawie biegiem. Sama Katarzyna Panfil uważa, że Wanda odziedziczyła charakter w nogach po jej z kolei matce, czyli swojej babci Mariannie, malutkiej, drobniutkiej, prędziusieńkiej kobiecinie, pracowitej jak mróweczka.
Wanda urodziła się 26 stycznia 1959 r. w szpitalu w Opocznie. Chodziła do miejscowej szkoły podstawowej w Kraśnicy i opowie o tym sklepowa, która wtedy uczyła ją w VIII klasie, m.in. wychowania fizycznego. Otóż dzisiejsza mistrzyni zawsze szybko biegała, a ponieważ w szkole nie było nawet stopera, to Wandzia mogłaby pobić rekord świata, a i tak nikt by o tym nie wiedział. Potem, gdy była już zawodniczką i biegała po wsi, to ludziska dziwowali się, że „Wandzica cieko, cieko, a po cóż ona tak?”. Uczyła się przeciętnie, ale była pracowita i ambitna, nawet trochę nerwowa, bo nie pozwoliła, żeby dyrektor szkoły krzyczał na nią.
Matka opowiada, że córka chciała iść do ponadpodstawowej szkoły włókienniczej w Tomaszowie Mazowieckim, ale dyrektor szkoły w Kraśnicy orzekł, że się nie nadaje, bo ma za słabe stopnie. Miał powiedzieć wtedy: „A ty sobie dasz radę?”.
Raz Wanda „spojedynkowała się z nauczycielem, który nie chciał jej dać lepszej oceny. Krzyknęła na niego, żeby postawił jej tom, na co sobie zasłużyła, pchnęli się, a potem przyszła do domu i burknęła: >a co mi będzie szurał!<„.

Zaczęła więc naukę w szkole włókienniczej przy zakładach tekstylnych Tomtex, a potem uczyła się w zawodowej szkole mechanicznej. Skończyła ją i ma zawód mechanika obróbki skrawaniem.
Do szkoły w Tomaszowie najpierw dojeżdżała pociągiem i chodziła do stacji kolejowej cztery kilometry. Potem dystans ten pokonywała na rowerze, a gdy zaczęła już trenować, to nieraz robiła sobie przebieżkę.
W Tomaszowie mieszka jej stryj, brat ojca, ma tam dom i w nim wkrótce zamieszkała Wanda na stancji. Najpierw zatrzymywała się tylko w zimie, potem, już jako zawodniczka, kończyła treningi zbyt późno, żeby wracać do Kraśnicy. Na swój pierwszy maraton w Berlinie Zachodnim, w którym debiutując zajęła drugą lokatę, wyruszyła właśnie ze stryjowskiegho domu przy ul. Szczęśliwej w Tomaszowie.
Biegała w Tomaszowie po obwałowaniach rzeki Wolbórki, potem do pobliskiej Spały, do tamtejszego COS-u, który w końcu stał się jej główną bazą przygotowań i dzięki życzliwości dyrektora Tomkowskiego jest nią do dziś. Pierwszym jej trenerem był Karol Włodarczyk z Lechii Tomaszów Mazowiecki.

Gdy Wanda Panfil zaczęła uprawiać sport, jej matka nie była z tego powodu specjalnie zadowolona. Córkę posłała do szkoły, żeby zdobyła zawód, a nie wydziwiała w krótkich majtkach. Później, kiedy Wanda odnosiła pierwsze sukcesy, Katarzyna Panfil zaczęła ten sport doceniać. We wsi ludzie dopytywali się o występy córki, ale wkrótce doszła do tego także ich zazdrość i plotki. Jednego jednak nie mogli jej odmówić: wysiłku, który w te sukcesy wkładała. Musieli dostrzec, że sport nie jest fanaberią, lecz ciężką pracą i żeby coś w nim osiągnąć, Wanda nie mogła zaniedbać ani jednego dnia treningu.
Stryjenka określa bratanicę męża słowami: ambitna, twarda i wytrzymała. Mówi, że podziwia jej wewnętrzną dyscyplinę, która polega na prowadzeniu uregulowanego trybu życia, w którym ściśle wyznaczone są pory snu, posiłków, treningów i odpoczynku.
Ksiądz proboszcz z Kraśnicy, który wiele mógłby opowiedzieć o rodzinie Panfilów, ale wolałby, żeby nie przedostało się to do prasy, podkreśla tylko, że jego parafianka zawdzięcza wszystko swojej pracy i uporowi, które należy podziwiać.

Cała wieś łącznie z księdzem oglądała ten bieg krajanki po mistrzostwo świata w Tokio. – Wszyscyśmy płakali – mówi matka. – Cały czas myślałam: „padnie, czy nie padnie”.
Późno w nocy śledzili ten maraton także stryj ze stryjenką. I do nich właśnie zaraz rano zadzwoniła Wanda, ażeby podzielić się swoim szczęściem.
Wanda w ogóle jest bardzo rodzinna, jest dobrą duszą swojej rodziny. Z Londynu, gdzie w 1991 r. również wygrała, przysłała list, w którym pisała, że przez cały bieg myślała o bliskich. Nie jest egoistką i teraz, kiedy jest bogata, pomaga swoim jak może. Stryjenka twierdzi, że ubiera całą rodzinę, zawsze prezentów nawiezie. Dzięki niej matka na stare lata mogła zamieszkać z resztą rodzeństwa, która nie poszła na swoje, w nowym domu, budowanym za jej pieniądze zjednoczonymi siłami Panfilów. Jednemu bratu kupiła motocykl, drugiemu samochód, w obejściu widać nowy traktor. Do 6 hektarów dokupili jeszcze jeden.
Wanda przyjeżdża raz, dwa razy w roku. Mieszka w Meksyku, ale gdzie jest ten Meksyk, tego brat Bogdan niestety nie wie. W domu nie ma mapy świata, żeby to sprawdzić. Ale pewnie daleko, bo siostra lata samolotami. Na weselu z Gonzalezem nikt z rodziny nie był, bo podróż kosztuje tyle, że musieliby sprzedać całą gospodarkę i dom na dokładkę, a i tak nie wiadomo, czy pieniędzy by starczyło.
Sąsiedzi straszyli matkę, że ten Meksyk to niebezpieczny kraj, mówili, żeby Wandy tam nie puszczać, bo jeszcze ją zabiją, ale na razie wszystko jest w porządku. Córka wyszła szczęśliwie za mąż. Jak przyjeżdża z Mauriciem, to całuje on teściową w policzki. Katarzynę Panfil martwi jedynie, że ksiądz rozpowiada, iż nie wzięli ślubu kościelnego.
– Wszystkie moje dzieci są żwawe do pracy, nie powiem – powtarza Katarzyna Panfil – ale Wanda mi się najbardziej udała.
Co światlejsi mieszkańcy wioski ubolewają, że do braci nawet nie dociera, jaką siostrę mają. Pewnego razu pracujący w lesie Bogdan Panfil tak błaznował po pijaku, że jacyś Niemcy zrobili mu zdjęcia i ukazały się one w zagranicznej gazecie z podpisem: „Brat mistrzyni świata”…
IRENEUSZ PAWLIK

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, poruszające tematyką, niekiedy wręcz paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.