Grzeczny chłopiec z małego miasteczka

Wywiad ukazał się w „Gazecie Krakowskiej” z 20 lipca 2007 r.

– Chwilami myślę, że siatkówka wypełnia zbyt dużo przestrzeni w moim życiu, ale wiem też, że bez niej byłoby ono puste – mówi Mariusz Wlazły, gwiazda polskiej siatkówki.

– Jak smakuje szampon?
– A jak coś takiego może smakować?! Obrzydliwie.
– To czemu pan go wypił? Źródła podają trzy wersje: popisywał się pan przed kolegami, podmienili panu napoje, wygrał pan w ten sposób zakład.
– Prawdziwej nie zdradzę. Trochę prawdy jest w pierwszej i trzeciej. Miałem 12 lat, byłem młody i głupi, ale pseudonim „Szampon” został ze mną do dzisiaj.
– Jest pan idolem młodzieży, wyróżnia się pan nawet w grupie gwiazd, jaką są polscy siatkarze. Da się wytrzymać tę popularność?
– Na szczęście, narasta to stopniowo, więc i ja mogę przyzwyczajać się etapami. Cieszę się, że przynajmniej w Wieluniu ciągle jestem normalnym człowiekiem, nikt nie pokazuje mnie palcem, jak gdzie indziej. To bardzo fajne uczucie. Życie toczy się tam innym, wolniejszym rytmem, a ja odnajduję spokój duchowy. Z popularnością trzeba się pogodzić, tylko należy wyznaczyć granice prywatności.
– Zachwyty tych wszystkich egzaltowanych nastolatek są miłe?
– Tak, ale gdy nie cierpi się na zapalenie ucha (śmiech). Dopadło mnie podczas czerwcowych meczów z Bułgarią. Hałas rozsadzał mi głowę, a najgorsze były piski. Myślałem, że zwariuję.
– Żona lubi nadskakujące panu ładne dziewczyny?…
– Kiedyś ją denerwowały, ale już przywykła. Zaakceptowała to jako część mojego zawodu.
– Wbrew współczesnym modom, obyczajom, ożenił się pan w młodym wieku.
– U mnie niewiele się zmieniło. Znam Paulinę już ponad osiem lat. Teraz mamy obrączki…
– Jak to jest mieć żonę, która uprawia ten sam zawód?
– Jest normalnie – o siatkówce prawie nie rozmawiamy. Są ciekawsze sprawy. Nie da się zupełnie zostawić tego za drzwiami, ale na pewno nie udzielamy sobie rad. To byłoby niebezpieczne…
– Lubi pan odpoczywać na działce i w ogrodzie. Ma pan 24 lata i upodobania emeryta.
– (śmiech) Na to wygląda. Proszę jednak pamiętać, że żyję w ciągłym ruchu, pośpiechu. Lubię odpoczywać z dala od tego wszystkiego, a najlepsze miejsce jest w moim domu w Wieluniu, gdzie nawet telefon nie ma zasięgu. Nie siedzę ciągle w jednym miejscu, chętnie gram w tenisa. Znaczy gram… – odbijam piłkę rakietą. Lubię chodzić po górach, uwielbiam Tatry, Zakopane.
– Nie ma pan zakazu uprawiania niebezpiecznych sportów?
– Mam taki zapis w kontrakcie, ale wędrówka po górach nie wydaje mi się groźna. To nie wyścig na szczyt. Zresztą wchodzę tylko na małe górki. Na większe wjeżdżam (śmiech).
– Nie garnął się pan do sportu, a siatkarzem został przez przypadek.
– Niestety, to prawda.
– Niestety, bo to źle wygląda w biografii?
– No, nie – cieszę się, że gram w siatkówkę. Na początku jednak nie chciało mi się trenować, choć grywaliśmy przed blokiem. Kolega ćwiczył w klubie, kiedyś wpadłem po niego, bo mieliśmy iść na basen. Gdy się przebierał, z nudów zacząłem odbijać piłkę. Zobaczył to trener i namówił mnie na regularne zajęcia. Wciągnąłem się, potem zaczęły się rozgrywki, coś się działo. Dużo jednak czasu minęło, zanim załapałem się do szóstki.
– To godne szacunku, że pan wytrwał, choć postępy i sukcesy nadchodziły. Historia sportu jest pełna talentów zmarnowanych przez lenistwo, głupotę, rozrywkowy styl życia.
– Wolałem chodzić na treningi, bo nic się nie działo w mieście. Nie zawsze jednak było kolorowo. Miałem chwile zwątpienia, chciałem zrezygnować. Czasami męczyły mnie ćwiczenia i odpuszczałem. Ale gdy nie poszedłem raz, drugi – brakowało mi czegoś, dzień wydawał się niepełny. Tak jest do dzisiaj. Chwilami myślę, że siatkówka wypełnia zbyt dużo przestrzeni w moim życiu, ale wiem też, że bez niej byłoby ono puste.
– No i mniejszy potencjał zarobkowy…
– Koledzy różnie wylądowali, niektórym jest ciężko. Moja rodzina nie była zbyt zamożna. Klub niczego nie zapewniał. Trzeba było wybierać między kupnem sprzętu do siatkówki a fajnymi dżinsami czy nową bluzą. Wolałem chodzić w starych ciuchach, ale mieć dobre buty do gry.
– Co więcej warte: złoty medal olimpijski, czy najbardziej prestiżowa nagroda fotografów – World Press Photo?
– Medal. Proszę nie przesadzać; dla mnie fotografia to tylko hobby. Choć, rzeczywiście, zajmuje mi dużo czasu. I bawi.
– A co pan fotografuje: imprezy rodzinne, żonę pod krzakiem bzu?
– To też. Generalnie – wszystko, co mnie zainteresuje. Zresztą częściej aparatu używa żona, robiąc zdjęcia na moich meczach.
– Potrafi uchwycić Wlazłego w locie? Między odbiciem od parkietu i uderzeniem piłki mija u pana bardzo mało czasu.
– Potrafi, potrafi. Na tym sprzęcie bardzo szybko przeskakują klatki.
– Słyszałem, ze ma pan spore ambicje fotograficzne.
– Wiele zdjęć mógłbym pokazać, ale jestem za młody w zawodzie i nie chcę się wychylać. Każde zdjęcie można poprawić w photoshopie, ale gdy porównuję obecne z pierwszymi – widzę postęp. Brakuje mi czasu, aby się w tym doskonalić.
– Najlepsze zdjęcia?
– Jest parę dobrych, ale nie mówmy już o tym.
– Dlaczego pan się wstydzi? To zdjęcia pornograficzne?
– Nie. To część prywatności, której bronię. No dobra – szczególnie podoba mi się jedno ze zdjęć, które zrobiłem żonie.
– To naturalne – bo ona się panu szczególnie podoba.
– Ale na tym wszystko ułożyło się idealnie: bardzo dobre oświetlenie, super kolorystyka, mimika twarzy, włosy. Zrobiłem je rok temu, w Egipcie, gdzie pojechaliśmy w podróż poślubną.
– Z innej beczki – jesteśmy na katowickim finale Ligi Światowej. Jeszcze jednym pokazie fenomenu socjologicznego, jakim są polscy kibice siatkówki.
– Fajnie się gra, gdy tylu ludzi się bawi.
– Nie stwarzają dodatkowej presji? To jedenaście tysięcy waszych fanów, ale przyszli zobaczyć jak wygrywacie. Wypada im to dać.
– Nie możemy zawsze wygrywać. Presję raczej stwarzamy sobie sami, bo nie lubimy porażek.
– A pan jak sobie radzi ze stresem? Finał mistrzostw świata, może w przyszłości – olimpiady…
– Czym tu się stresować?!
– Ja byłbym zdenerwowany do nieprzytomności.
– Ale dlaczego?! Jest to coś, do czego się dąży, pracuje się ciężko przez kilkanaście miesięcy. To cel, więc czym tu się denerwować – trzeba o to walczyć. Ja nigdy się nie przejmuję w ważnym meczu – włożyłem mnóstwo wysiłku, aby stanąć w tym miejscu, więc to wykorzystuję.
– Jest coś, co pana denerwuje?
– Stresowałem się na maturze, którą musiałem zdawać przed czasem, żeby zdążyć na eliminacje mistrzostw świata juniorów. Zdawałem z innymi klasami, miałem mało znajomych, gdyż nie bywałem zbyt często w szkole.
– Wagary czy wyjazdy na mecze?
– Po części (śmiech). Raczej jednak przeszkadzały mi turnieje. O! I oczywiście prawo jazdy! Zdałem za pierwszym razem, ale denerwowałem się strasznie, bo musiałem zrobić kurs w dwa tygodnie. Mam tremę, gdy muszę wykonać coś w krótkim czasie; czuję wtedy, że nie jestem za dobrze przygotowany. W siatkówce mi się to nie zdarza.
– A propos szkoły. W wieku 17 lat odmówił pan przejścia do SMS.
– Potem długo miałem wyrzuty sumienia. Teraz się cieszę, bo zaoszczędziłem sporo zzdrowia, ale nie pomogło mi to w szybkiej karierze.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.