Historia jednego wynalazku

Artykuł ukazał się w dzienniku „Tempo” w lutym 2003 r.

Podwójna krótka. Kwintesencja widowiskowości w siatkówce. Pełne finezji połączenie baletowych ruchów, dynamiki i siły ciosu. Tak grała reprezentacja Polski, kiedy w latach 70. zdobywała złote laury, bo tak grała Resovia – jeden z najlepszych klubowych zespołów na świecie. Rzeszowian nauczył tego Jan Strzelczyk.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Na pewno jakimś natchnieniem była dla mnie gra Japończyków; akcje na krótkim wycinku siatki, szybka piłka na skrzydło – wspomina 60-letni dziś trener. – To nie była jednak kopia, stworzyliśmy coś oryginalnego. Zresztą, naśladownictwo jako forma osiągania sukcesów jest utopią. Ci którzy chcą naśladować, to niby dobrze grają, a biorą – za przeproszeniem – w dupę.
Niepowtarzalny styl rodził się jeszcze w drugoligowej Resovii, pod koniec lat 60. Ciężka harówka, czasami w spartańskich warunkach. – To był taki trójkąt: pomysły zawodników, inwencja trenera i wspólne opracowanie sposobu dojścia do założonego celu – opowiada Jan Strzelczyk. – Rzygać mi się chce, gdy słyszę idiotyzmy: „Ja to zrobiłem, gdy mnie nie będzie – to nic nie będzie”. Trener musi wysłuchać podopiecznych, rozwiązania uzasadnić w rozmowach. Można się upierać i obejrzeć dno. Są tacy, którzy tego nie rozumieją: „Będzie tak, jak ja chcę i koniec!” – mówią. I zwykle jest koniec.

Szczęśliwej drogi, Jasiu

Zanim stał się współtwórcą polskiej szkoły siatkówki, sam pobierał edukację. Studia na warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego, występy w czołowym zespole ekstraklasy, AZS AWF. Znakomici fachowcy – Zygmunt Krauz, Jan Woluch. – Byłem rezerwowym, nie miałem wielkich szans na dobrą grę – wspomina. – Nastawiałem się na poznanie siatkówki od wewnątrz, aby potem pracować jako trener.
Kończył studia. Maj. Na AWF odbyło się spotkanie drużyny. Eryk Lenkiewicz, przez wiele lat prezes PZPS, a wtedy AZS, wielu oficjeli. Liderzy drużyny – Hubert Wagner, Edward Skorek.

– Były pomysły załatwienia pracy na AWF kilku zawodnikom, mieszkań w domu asystenckim – wspomina Strzelczyk.- Chyba Wagner wygłosił opinię, że jak się utrzyma zespół, to z dziesięć tytułów mistrzowskich z rzędu można będzie zdobyć. Pytają wszystkich po kolei o plany, do mnie na końcu: „A ty, Jasiu, co zamierzasz?”. Odpowiedziałem tak z przekory: „Odejdę i za parę lat przeszkodzę wam w którymś z tych dziesięciu tytułów”. Gruchnął śmiech: „Jakiś klub złożył ci propozycję gry?”. „Nie, chcę pracować jako trener”. Śmiech na sali jeszcze bardziej serdeczny: „Tu masz, Jasiu, proporczyk z naszymi podpisami, szczęśliwej drogi!”.
Trzy lata później prowadzona przez Strzelczyka Resovia dwukrotnie pokonała AZS AWF w Warszawie, a w kolejnym roku zdobyła pierwsze mistrzostwo kraju.

Prawość zamiast prawa

Dwudziestopięciolatek został szkoleniowcem rzeszowskiego beniaminka II ligi. Zawodnicy niewiele młodsi, paru rówieśników. Jak zdobyć szacunek, posłuch, autorytet? – Entuzjazm był motorem napędowym; potrafiłem zasuwać na czterech treningach dziennie – twierdzi. – Jestem odporny na zabijanie entuzjazmu, potrafię nim zarażać ludzi, bo kocham siatkówkę. Może dlatego ludzie chcieli pracować ze mną. A że czasami miłość jest trudna? Nie szkodzi.

Nie zawsze łatwo okiełznać zróżnicowane charaktery zawodników, narzucić im rygory treningowe i sportowy styl życia. – Nie chodziłem, jak to się mówi, z nosem przy spodniach – zapewnia. – Byliby dziwnymi ludźmi, gdyby nie wybrali się potańczyć, zabawić i coś by przy okazji nie „dziubnęli”. Ale mieli ogromną samoświadomość, nigdy nie robili tego, gdy mogło zaszkodzić siatkówce. Trening w poniedziałek, zasuwamy swoje, ktoś się ociąga. Chłopaki od razu do niego: „Jak nie potrafisz się napić, to następnym razem nie łapiesz się z nami na imprezę”.
U mnie nie było regulaminu nagród, premiowania, czy kar. Dla mnie od prawa zapisanego ważniejsza jest prawość – nie dlatego tak postępuję, bo będę ukarany, ale dlatego, że nie wypada mi tego robić. Zarzucano mi czasami, że jestem za bardzo liberalny: „Jasiek, ryknij na nich, trener to musi być skurwysyna kawałek”. „Mnie to nie pasuje, na poganiacza bydła się nie nadaję” – odpowiadałem.

Waldemar Wspaniały, obecny trener reprezentacji Polski i Mostostalu Kędzierzyn-Koźle, który przez dwa sezony był podopiecznym Jana Strzelczyka w Płomieniu Sosnowiec, powiedział kiedyś: – Ani przed „Strzelcem”, ani po nim, nie trenowało się w Sosnowcu tak jak za jego czasów.
Na początku lat 70. odbywała się w PZPS konferencja trenerska. Na podsumowanie zabrał głos Jan Woluch, wiceprezes Związku ds. szkoleniowych: – Co wy tu pierniczycie o szkoleniu, jedźcie do Rzeszowa i zobaczcie, co robi Strzelczyk. To jest szkolenie!
– Opinie tych ludzi to dla mnie zaszczyt – mówi poważnie, zwykle tryskający humorem pan Jan. – Część metod wymyśliłem, część zaczerpnąłem z książek: recepta Petera, prawo Parkinsona, jakiś strateg doskonały z serii Omega. Żadne cuda-niewidy.

Do Resovii ciągnęli siatkarze, mimo że płace w klubie nie kwalifikowały go do krajowej czołówki. – Nie było źle, ale moi chłopcy dostawali po trzy tysiące, gdy u najbogatszych płacono po pięć, cztery i pół – wyjaśnia Strzelczyk. – Robotę robili sami zawodnicy, spotkali się gdzieś na kadrze, pogadali jak się fajnie gra i trenuje w Rzeszowie, to facet się zagrzewał. Niedługo można było dostać kawałek chaty, bo wspierała nas federacja budowlanych i dawała na klub pięć mieszkań rocznie.
Tak kompletowano zespół, który w latach 70. czterokrotnie zdobył złote medale ligi, z którego po sześciu, siedmiu zawodników Hubert Wagner powoływał na obozy kadry narodowej, a czterech zdobywało tytuły mistrzów świata czy olimpiady. – Miałem tak wielu podopiecznych, ale zawsze w pierwszej chwili przypomina się tych kilku odnoszących największe sukcesy – zwierza się Strzelczyk.

Konstelacja gwiazd

Na boisku grę Resovii kreował Stanisław Gościniak. Bronił nieprawdopodobne piłki w polu, ale przede wszystkim był czarodziejem rozegrania, wybrano go najlepszym na tej pozycji w mistrzostwach świata w Meksyku, w 1974 roku. – Potrafił w wyskoku obrócić się w powietrzu o 180 stopni, markując wystawę przodem do prawoskrzydłowego i przez prawy bark rzucić za plecy piłkę na krótką. I to pod rękę, nie jakiegoś „farfocla” – opisuje pan Jan. – Najlepsi atakujący reprezentacji słuchali się go jak prosięta.
Marek Karbarz. – Idealny egzekutor, racjonalnie z zimną krwią kończył nawet najtrudniejsze ataki. Gdybym prowadził drużynę w finale mistrzostw świata w piłce nożnej i w 90. minucie, mielibyśmy karnego, wykonywałby go właśnie Karbarz.

Bronisław Bebel. – Świetny jako „przyspieszający” krótką, zawisał w powietrzu, gdy Staszek nie miał jeszcze piłki na palcach. Gdy przyszedł do Resovii… nie chciał tak grać. „Nie będę robił za zająca” – zapierał się. No to nie – posadziłem go na ławce. Mecz ciężko nam idzie, publika wrzeszczy: „Wpuść Bebla”, prezes co chwilę przybiega z tym samym. Nie ugiąłem się, na drugi dzień Bronek: „Nie po to jestem u was, żeby siedzieć na ławce”. „I w tym się zgadzamy; przez tydzień ćwiczysz, co ci każę, nie wciskasz mi kitu” – odpowiedziałem. Niedługo były spotkania z Legią – kapitalnie walczył w obronie, szalał w ataku.

O sile fizycznej Zbigniewa Jasiukiewicza do dzisiaj krążą legendy. Do siatkówki trafił dość późno, wcześniej był lekkoatletą. Kiedyś, w Andrychowie, posłał piłkę równolegle do parkietu, ta uderzyła o kant balkonu naprzeciwko i zrzuciła z krzesła siedzącego pod nim kibica. Innym razem, na zgrupowaniu kadry juniorów, nie było pokrętła przy zaworze wody w prysznicach. Portier z kombinerkami nie dał rady, więc Jasiukiewicz wziął dwie monety i odkręcił wystający z rury pręt palcami. W ten sam sposób wpuszczał kolegów w pociągu do zamkniętych przez konduktora przedziałów. – Miał okrutną siłę od Boga – potwierdza Strzelczyk. – Do tego szybkość i wyskok 110 centymetrów. Niedługo po jego przyjściu z AZS AWF Warszawa graliśmy turniej w Mielcu. Staszek wyprowadził go parę razy „na czysto”. Wracamy taksówkami, które postawił nam dyrektor WSK, a Jasiukiewicz przez całą drogę zaciera te swoje bochenki: „Trenerze, jak ja się męczyłem w tej Warszawie, a tutaj wychodzę nad siatkę po pas i gdzie im tu przyłożyć, w trzeci metr, piąty, w prawo, w lewo. Super!”. Tak przez godzinę przeżywał, do samego Rzeszowa.

Jan Such. Trener wielu ligowych klubów, dzisiaj Jastrzębia. – Bardzo wszechstronny, nie za wysoki, ale fruwał metr w górę. Miał apogeum formy przed mistrzostwami świata w Meksyku, powinien na nie jechać, lecz wtedy byłoby w reprezentacji za dużo zawodników z Resovii… Straszny twardziel. Skręcił kostkę, gdy graliśmy ze Stoczniowcem w Gdańsku. Opuchlizna sięgała kolana. Cztery dni moczenia nogi w serwatce, na piąty – basen, a szóstego wyszedł na następny mecz. Ambitny, kiedy miałem do niego jakieś uwagi, zaraz burczał. No to brałem go pod szpic: „Jasiu, zobacz jak kiepsko grają w obronie; jeśli nie zablokujesz, nie przełożysz rąk na skos, to przegramy”. I blokował jak trzeba. Albo: „Jasiu zobacz, jak blok daje ciała, jeśli nie obronisz – set stracony”. I Jasiu szarpał na parkiecie.

Bogusław Kanicki. – Pseudonim „Kafar”, czasem jak przywalił piłką po bloku, to przeciwnik rękę pod pachą ściskał z bólu. Przez pół roku zmieniałem mu technikę ataku. W koło po sali, prawa, lewa, ale nie zrażał się, zasuwał. Olek Skiba, gdy był trenerem kadry, przyjechał do nas na obserwacje. W sobotę wieczorem siedzimy na kolacji, Olek się zastanawia: „Musiałem się machnąć, niemożliwe, żeby Kanicki miał osiemdziesiąt procent skuteczności w ataku:. „Nie pomyliłeś się” – mówię. I w niedzielę Boguś zagrał to samo.

Pomnikowych dzisiaj nazwisk było w Resovii więcej – Włodzimierz Stefański, Alojzy Świderek, Wiesław Radomski. W ich cieniu występowało kilku innych. – Bez nich wielu meczów by się nie wygrało – twierdzi Strzelczyk. – Ruszała byłby dzisiaj idealnym libero. Często wpuszczałem na początek Kosima, Wiącka, Iwanickiego, Szewczyka i na szybkości gonili przeciwnika, a potem wchodzili reprezentanci i urządzali sobie dożynki. Kiedyś, po półfinale Pucharu Europy w Monachium, zaproszono nas do Hamburga na mecz pokazowy. Na plakatach: „Złoci medaliści olimpijscy z Montrealu!”. No, ale mistrzowie przegrywają, wpuszczam młodych i jest 1:1, potem znowu starym kiepsko idzie, więc znów na parkiet rezerwowi. Wygraliśmy 3:2, a po meczu facet z niemieckiej telewizji, chyba ze 130 kilogramów, na brzuchu mnie woził wkoło sali i powtarzał, że jestem lepszym reżyserem od niego, bo świetnie stopniowałem napięcie.

Odseksujcie się od trenera

Miał 27 lat, gdy z Resovią wywalczył awans do I ligi. – Mój dowódca ze Studium Wojskowego AWF, pułkownik Kardaś, przypomniał sobie o dobrym żołnierzu Jasiu Strzelczyku – wspomina. – Pojechałem na 6 tygodni na Oksywie jako instruktor płetwonurek. Działacze Resovii wykombinowali, że pasowałby im inny trener. Miejscowy dziennikarz, Andrzej Kosiorowski, nie proszony przeze mnie, ruszył z pomocą. Poszedł do Rajmunda Lewickiego – sekretarza Komitetu Wojewódzkiego partii, bardzo mocnej figury, którego zresztą nawet nie znałem. Wracam z Oksywia. Spotkanie. Lewicki, prezes, kierownik sekcji, Kosiorowski i ja. Jak sobie Lewicki „wypożyczył” prezesa i kierownika, co im naobiecywał, jeśli się nie „odseksują” od trenera! Czerwieniałem, uszy mi się grzały.

W następnym sezonie Resovia zdobyła brązowy medal, a w 1971 roku – mistrzostwo Polski. Strzelczyk był bodaj najmłodszym trenerem w krajowej historii gier zespołowych, który zwyciężył w lidze. – Działacze doszli do wniosku, że ponieważ rysuje się szansa gry w pucharach, to trzeba trenera z prawdziwego zdarzenia – wspomina. – Zostałem wykolegowany w nagrodę, że miałem 29 lat i mistrzostwo Polski. Graliśmy trochę wcześniej mecz w Sosnowcu z Płomieniem. Sędziował nam go Władek Pałaszewski, pracujący też jako trener. Siedzimy potem u prezesa Płomienia, Zdzisława Marczaka, na drobnym koniaczku. A nasz prezes, Słowik, przy mnie namawia Pałaszewskiego: „Władeczek, przyszedłbyś do nas?”. Później w licytację wszedł Marczak. Jego trener barłożył z zawodniczką żeńskiej drużyny klubu, Marczak rzucił hasło, że nie będzie utrzymywał burdelu pod godłem Płomienia.

Władysław Pałaszewski objął ukształtowaną przez Strzelczyka Resovię, a pan Jan został trenerem ligowego średniaka z Sosnowca. – Płacono za dużo, każde barachło się przykleiło. Pierwsza i druga drużyna liczyły ponad trzydziestu ludzi. Dziesięciu trzeba było podziękować. W pierwszym sezonie, w ostatniej kolejce musieliśmy wygrać dwa mecze w Skrze Warszawa. Były głosy, że powinniśmy je kupić, ale powiedziałem, że gramy bez układów i fiknęliśmy z ligi. Inni nie mieli takich skrupułów.

Wyro lekko załamane

Jeszcze w 1971 roku przyszedł do Sosnowca Zbigniew Zarzycki, po spadku (do II ligi!) – Wiesław Gawłowski i Ryszard Bosek. Cała trójka w 1976 roku zdobywała w Montrealu olimpijskie złoto. – Zarzyckiego musieliśmy wyszarpać z Anilany – opowiada Strzelczyk. – Udało się przez górnika z patronackiej kopalni Milowice, który otwierał słynny zjazd, gdy Gierek zostawał pierwszym sekretarzem, a był krewnym Ociepki, wielkiej szychy partyjnej. Gawłowski i Bosek dostali po talonie na Fiata 125 i pieniądze na kupno samochodu. Jednak w drugiej lidze, na mój wniosek: wszyscy mieliśmy o tysiąc złotych obniżone pobory.

Nauka gry kombinacyjnej w nowym środowisku. Przez drugą ligę Płomień przeszedł jak burza, nie przegrywając meczu. – Ostatni to było kino – wspomina Strzelczyk. – W Gdańsku pokonaliśmy AZS AWF gładziutko w sobotę. Wieczorem zaprosił mnie na kolację kolega ze studiów. Wracam, a w pokoju nawalony Bosek siedzi na moim wyrze, wyro lekko załamane, coś tłumaczy kierownikowi. Nigdy wcześniej nie miałem z nimi żadnych problemów dyscyplinarnych, ale wtedy poszli na całość. Były w drużynie lekkie niesnaski Rogowicza z Zarzyckim. W sobotni wieczór przemówili do siebie ludzkim głosem, pierwszą flaszkę postawił Rogowicz. Skończyło się na awanturze z autochtonami i Rogowicz musiał zwiewać po stołach wieloskokami jak kangur, bo by zebrał manto.

Następnego dnia rano, przed rewanżem, poszliśmy na śniadanie, patrzę – nic nie żrą skurczybyki. Kefiry owszem, ale reszta nie do ugryzienia. Jak to zobaczyłem to się załamałem: „Nie ma żadnego meczu, kasuję was”. Zaczęli mnie przekonywać: „Trenerze, będzie dobrze”. Przeżegnałem się i gramy. Mineralną wypili prawie od razu, masażysta w kilkulitrowym pojemniku po szamponie donosił w nim kranówkę. Co przerwa – cała drużyna biegnie do ubikacji, napić się wody i wysikać. Przegrywamy 0:2, przyjęcia nie ma; Zarzycki wkurzony: „Wynocha, ja sam przyjmuję”. I zagrywka wpadła mu pół metra przed nosem. A ława kibicuje! Myślałem, że umrę, ale w trzecim secie się przełamali i wygraliśmy 3:2.

Już w następnym sezonie Płomień zaczął liczyć się w lidze, po kilku latach zdobył mistrzostwo Polski, a w 1978 roku – w składzie w większości ukształtowanym przez Strzelczyka – klubowy Puchar Europy. Pan Jan jednak, zaraz po awansie sosnowiczan do ekstraklasy, wrócił do Resovii, która trochę spuściła z tonu. – W końcu kwietnia przyjechałem do Rzeszowa, ojciec chorował. Spotkałem Wieśka Radomskiego, który zaprosił mnie na ślub. Przez pół wesela w kuluarach zawodnicy namawiali mnie, żebym wrócił. „To już nie to, trenuję się słabiej, gra siada”. Pomyślałem, że albo wrócę teraz, albo nie będzie za bardzo do czego wracać w przyszłości.

Z ciupagą w plecach z Andrychowa

Dwa następne lata to triumfalny pochód Resovii przez krajowe parkiety. Bezdyskusyjne złote medale, w sezonie 1973/74 tylko trzy porażki, w kolejnym 14 zwycięstw z rzędu. – Nie dostaliśmy nic w prezencie, wygrywaliśmy przecież na wyjeździe z AZS Olsztyn, którym miał niesamowitą pakę – podkreśla Strzelczyk. – Poza tym w ich hali klimat panował jak w dżungli, studenciaki siedziały tuż przy liniach bocznych. Do tych meczów przygotowywaliśmy się w podobnej sali w Białymstoku; palacza z kotłowni poprosiliśmy, żeby „hajcował” na całego. Największy kocioł zawsze był jednak w Andrychowie; górale grozili, że z ciupagą w plecach będę wracał do Rzeszowa, ale po meczu zapraszali na wódkę.

Resovia, uważana za najlepszy klubowy zespół w historii polskiej siatkówki, w Pucharze Europy nie osiągnęła sukcesów, do jakich była predysponowana. Największy sukces to drugie miejsce za CSKA Moskwa, w sezonie 1972/73, gdy drużynę prowadził Władysław Pałaszewski. Ekipa Strzelczyka zajęła trzecie miejsce w Pucharze Zdobywców Pucharów w 1974 roku, wyprzedzona przez Radiotechnika Ryga i Zwiezdę Woroszyłowgrad. – Ruskich rzadko udawało nam się ugryźć – narzeka. – W1975 roku, w półfinale Pucharu Europy w Sofii byliśmy bardzo blisko: 1:1 w setach, w trzecim prowadziliśmy. I sędziowie, Bułgar z Rumunem, przydrukowali. CSKA za to, w kolejnym meczu, podłożyło się Slavii Sofia, z którą my wygraliśmy 3:2, i odpadliśmy. Następnego dnia spotkałem w hotelu trenera CSKA, pułkownika Specnazu zresztą, Jurija Czesnokowa, o którym Suworow pisał w „Akwarium”. Dziwił się: „Nie rozumiem, jak moi chłopcy mogli przegrać z Bułgarami”. Wkurzyłem się i mówię: „Człowieku, jestem zawodowcem, a nie kibicem, nie musisz mi bajek opowiadać”. Złączył obcasy i dał w tył zwrot jak na paradzie.

Smaczną namiastką pozostawały sukcesy w turniejach międzynarodowych, zwłaszcza popularnych wówczas nieoficjalnych klubowych mistrzostwach świata. Turniej w Lipsku i Suhl. Japoński Shinnetsu ze złotymi medalistami niedawnej olimpiady w Monachium, trzecim zespołem mistrzostw świata w 1970 roku: Kimurą, Nekodą, Moritą, Sato. Kierownikiem ekipy był Yasutaka Matsudaira, twórca potęgi japońskiej siatkówki. – Przed turniejem odbyła się konferencja prasowa – wspomina pan Jan. – Sztampowe pytania dziennikarzy: jakiego trenera podziwiam najbardziej. „Pan Matsudairę” – wstałem i ukłoniłem się głęboko. A potem zagraliśmy z nimi i zamietliśmy ich 3:0. Mecz był ddoatkowo egzaminem na sędziego międzynarodowego i bułgarski arbiter poległ. Graliśmy za szybko, zbyt kombinacyjnie; pogubił się chłop i zginął jak ciotka w Czechach.

Konferencja po meczu, Matsudaira prosi o głos i pyta: „Czy pan Strzelczyk, poza pracą trenerską, jest w Polsce także satyrykiem, bo taki dowcip sobie ze mnie zrobił”. I dodał, że jeśli reprezentacja Polski będzie grać jak Resovia, zdobędzie mistrzostwo olimpijskie.
W skład rzeszowskiej ekipy wchodził gościnnie szkoleniowiec reprezentacji Hubert Wagner, dla którego Strzelczyk był naturalnym współpracownikiem. Niedługo później rzeszowianie pokonali kadrę narodową w kilku sparingach i współpraca obu wielkich trenerów się skończyła. – Nie można się było z nim dogadać, za bardzo wierzył w dyktatorskie metody, był egocentrykiem – twierdzi pan Jan. Kiedy jednak Wagner zmarł wiosną ubiegłego roku, prowadzone przez Strzelczyka zawodniczki Zelmeru Rzeszów nosiły na koszulkach czarne tasiemki. („Rzadko się zgadzaliśmy, ale szanuję go za sukcesy„).

Koza mechanika okrętowego

Zwyciężali więc osobno. Rok po turnieju w Suhl Resovia pojechała na klubowy czempionat do Brna. Spotkanie z S.C. Lipsk opartym na reprezentacji Niemiec – aktualnych złotych medalistach mistrzostw świata i srebrnych olimpiady. – Przez pierwsze 10 minut nikt nie zdobył punktu, ciągle przejścia – opowiada Strzelczyk. – Po przyjęciu oni swoje; wystawa wysoko w górę, odpal i zapomnij, a my – rozegrać kombinacyjnie, w wała zrobić. Wreszcie ruszyliśmy, pojechaliśmy z nimi jak z burą suką. 10:2 i Schumann, trener Lipska wziął czas. Trzymam dłoń przy ustach, zawodnicy pytają, czy mi się coś stało. „Muszę się zasłonić, żeby Niemcy nie widzieli głupiego uśmiechu” – odpowiadam. W życiu nie miałem takiego meczu. Nie potrzebowałem brać przerw, żadnych zmian – ostrzygliśmy ich 3:0, nie wypuszczając w żadnym secie z dziesięciu punktów. Schumann, który wcześniej sztywny chodził – kłaniał się wpół, „gutenmorgenował” co chwilę. Taki mięciutki, że miło było patrzeć. Zresztą wieczorem po finale atmosfera zawsze była przyjazna: przygotowywano poncz, z całym ceremoniałem – kocioł nad paleniskiem, wlewanie alkoholu, topienie głowy cukru, mieszanie. To był dobry napój, bo z Japończykami czy Kubańczykami dogadywaliśmy się bez tłumaczy.

Tylko przez moment trenował reprezentację. Jedną… niemieckich siatkarek, gdy sześć miesięcy, w latach 80., prowadził drużynę Bayeru Lohhof, zajmując pierwsze miejsce przed play off. Klub wygrał ligę już bez Strzelczyka, któremu skończyła się wiza RFN (zespół przejął Andrzej Niemczyk, który wcześniej jako dyrektor sportowy klubu ściągnął do niego Strzelczyka). W Resovii z przerwami pracował do 1989 roku, ostatnie kilkanaście sezonów spędził w Zelmerze Rzeszów („Wsiąkłem w baby„). Kilka razy był bliski awansu do pierwszej ligi. Klub w ubiegłym roku zlikwidowano, pozostają mu zajęcia na Uniwersytecie Rzeszowskim, żyje trochę w zapomnieniu.

– Jestem taki „głupi”, wierny człowiek – mówi. – W promieniu dwustu metrów spędziłem większą część życia, władza, zaszczyty nigdy mnie nie interesowały. Uważałem, że jakość mojej pracy jest najlepszą legitymacją, żeby egzystować w tym środowisku. Nie miałem tak zwanych „wspólnych interesów”, nie robiłem przekrętów, które bardziej łączą z ludźmi niż przyjaźń. Różnica między mną a wieloma trenerami siatkówki, jest taka jak w tym dowcipie o kozie mechanika okrętowego – ja ją kocham, a oni ją traktują jak dziwkę.
Swoją dyscyplinę ogląda już tylko w telewizji, ale obecnie razi ona prymitywizmem w porównaniu z efektowną grą, której był prekursorem. – Najbardziej spieprzył siatkówkę Arie Sellinger w latach 80. – irytuje się. – Uważany jest za jednego z najlepszych trenerów? I kij mu w plecy! Miał doraźne wyniki, a w dłuższym czasie wychodziły dziwolągi. Wprowadził ścisły podział ról, specjalizację i doszło do karykatury. Tymczasem im większa jest objętość techniczna zespołu, tym bogatszą grę można skomponować.

Nie dorobił się, ma nieduże mieszkanie w gomułkowskim bloku. – Nigdy nie stawiałem pieniędzy na pierwszym miejscu. Parę razy pytano mnie w życiu: „Ile chce pan zarabiać?”. Odpowiadałem: „Tyle, ile pan może mi dać”. Kokosów nie zbiłem, ale też nigdy nie zostałem oszukany przez ludzi.
PAWEŁ FLESZAR

LIGA RESOVII
1969/70 – 3. miejsce
1970/71 – 1. miejsce
1971/72 – 1. miejsce
1972/73 – 2. miejsce
1973/74 – 1. miejsce
1974/75 – 1. miejsce
1975/76 – 7. miejsce
1976/77 – 3. miejsce
W sezonach 1971/72 i 72/73 rzeszowski zespół prowadził Władysław Pałaszewski, w pozostałych – Jan Strzelczyk.

REPREZENTACYJNE SUKCESY PODOPIECZNYCH JANA STRZELCZYKA Z RESOVII I PŁOMIENIA SOSNOWIEC
1. MŚ 1974 – Ryszard Bosek, Wiesław Gawłowski, Stanisław Gościniak, Marek Karbarz, Włodzimierz Stefański, Zbigniew Zarzycki; 1. IO 1976 – Gawłowski, Stefański, Bosek, Zarzycki, Karbarz, Bronisław Bebel; 2. ME 1975 – Gawłowski, Bosek, Stefański, Zbigniew Jasiukiewicz; 2. ME 1977 – Gawłowski, Bosek, Karbarz, Bebel, Stefański; 2. ME 1979 – Gawłowski, Bosek, 2. ME 1983 – Zbigniew Zieliński; 2. PŚ 1973 – Gawłowski, Bosek, Stefański, Bebel, Jan Such, Zarzycki, Gościniak, Jasiukiewicz; 4. IO 1980 – Gawłowski, Bosek, Bogusław Kanicki, 4. PŚ 1977 – Gawłowski, Bosek, Stefański, Karbarz, Bebel.

Skomentuj