Hormony dojrzałego mężczyzny

Reportaż ukazał się w miesięczniku „futbol.pl” z września 2007 r.

Wraz z powrotem Kamila Kosowskiego do krakowskiej Wisły, ekstraklasa zyskała nie tylko niekonwencjonalnego skrzydłowego, uosobienie dynamiki i żywiołowości. Nabrała też kolorytu, jaki ten nietuzinkowy człowiek zawsze nadawał otoczeniu.

To jest osobowość! –  mówią z podziwem kibice Wisły. O zasiadającym na stadionowej loży dystyngowanym profesorze Uniwersytetu Jagiellońskiego, doskonałym lekarzu, popularnym polityku? Nic z tych rzeczy. Tamci nie noszą długich płaszczy w wielkie czarno-białe łaty, koszul ze sterczącymi z rękawów, doszytymi kawałkami haftowanego materiału, butów na koturnach albo fikuśnych, damskich torebeczek. Coraz większym szacunkiem, nawet najpoważniejszych, fanów Białej Gwiazdy cieszy się natomiast Kosowski, który luz i brak respektu dla konwenansów zawsze podkreślał strojem i zachowaniem. – Cieszę się, że tak mnie ludzie odbierają, bo politykiem raczej nigdy nie będę, a profesorem, czy lekarzem tym bardziej – uśmiecha się piłkarz, którego wartość najbardziej doceniono, kiedy wyjechał za granicę.
Latem 2001 roku, podczas meczu Wisły w Ostrowcu Świętokrzyskim, wyturlał po trawie za linię boczną przeciwnika, który leżał sygnalizując kontuzję. Potem zdobył zwycięskiego gola dla krakowian. – Przeszkadzał w grze – wzrusza ramionami. – Najdelikatniejszym tekstem, jaki poleciał wtedy z trybun było: „ty chamie”. Nie przejmowałbym się, ale przy okazji nasłuchali się moi rodzice, którzy przyszli na mecz.

Wiele zmieniło się od czasu, gdy ucząc się i trenując w Gwarku Zabrze z byle powodu wsiadał w pociąg i uciekał do domu. – Początkowo nie miałem zbyt silnego charakteru, to właśnie tam się kształtował – przyznawał zawsze samokrytycznie. Po jego transferze w 2003 roku Wisła wciąż pełna była świetnych zawodników, ale brakowało jej duszy – Kosowskiego, który zawsze umiał poderwać do walki rozdygotanych kolegów. Z nim w składzie raczej nie zdarzyłyby się żenujące porażki z Vaalerengą Oslo, Dinamem Tbilisi, czy Vitorią Guimaraes. – To miłe, co pan mówi, ale ja nie uważam się za gwiazdę; jestem tu, by pomagać w wygrywaniu – przekonuje.

Żel zżera mózg

Przez ostatnie cztery lata niekiedy nie był w stanie pomóc nawet sobie. Jest taka sentencja: „Zwycięstwo to tylko satysfakcja, a porażka to darmowa lekcja”. Niepowodzenia nie odebrały mu spontaniczności, ale zostawiły niewiele dawnej niefrasobliwości, nauczyły rozwagi i dyplomacji. Dzisiaj już nie powiedziałby: „Opaska jest lepsza niż wcieranie żelu we włosy. Opaska mózgu nie uciska, a żel czasami go zżera”.
Ta kobieta zabrała mi niemal wszystkie pieniądze, a jej ambicją jest pozbawienie mnie ostatniego grosza – mówił kiedyś o byłej żonie. –  Siedmioletnia bitwa rozwodowa się skończyła, nie powiem o niej złego słowa; jestem zadowolony, że częściej mogę widywać synka Aleksandra, który już zaczął chodzić do szkoły – zastrzega dzisiaj.
– Mam nadzieję, że prezes Cupiał sięgnie do kieszeni i wyciągnie z niej jakieś premie po takim sukcesie – wypalił do dziennikarzy zachwycających się jego grą w rewanżowym spotkaniu z Parmą. – Gram tu za „frytki” – powtarzał bez przerwy ku irytacji działaczy.
– Nie jest to sprawa, o której można mówić publicznie – ucinał niedawno pytania o negocjacje nowego kontraktu.

– Jako człowiek wielkiej wartości dla mnie nie przedstawia. Jest tchórzem, który zagrał na moich uczuciach – atakował Jerzego Engela, kiedy ten nie zabrał go na mistrzostwa świata do Korei. – Spotkałem go kiedyś na Rynku, zamieniliśmy kilka sympatycznych zdań – tyle ma do powiedzenia o byłym selekcjonerze obecnie.
– Mówi pan, że z wiekiem uspokoiły mi się hormony? Zapewniam, że hormonów mam ciągle pod dostatkiem – żartuje, lecz chwilami słychać w jego głosie nawet nutkę goryczy. Długo nie chciał udzielać wywiadów. – Przez dwa miesiące, gdy wyłącznie trenowałem zesłany do rezerw Kaiserslautern, nikt nie zadzwonił – opowiada. – A potem okazało się, że podpisałem kontrakt z drużyną Serie A i musiałem odebrać dwa miliony telefonów. Rozumiem, jakimi zasadami kierują się media, jednak niektórzy z tych dziennikarzy podawali się za moich przyjaciół, a olali mnie, gdy byłem w dole.

Synuś, a wódeczkę ty lubisz?

– Kosowski? Nie słyszałem nigdy o kimś takim, to rzeczywiście dobry piłkarz? – kręcił obraźliwie głową przed meczami Wisły z Schalke 04 Gelsenkirchen słynny menedżer niemieckiego klubu, Rudi Assauer. „Kosa” odpowiedział fantastycznymi szarżami w spotkaniu rewanżowym, dwoma asystami i golem. – Miałem zamiar podbiec i rozłożyć przed nim koszulkę, żeby zakodował sobie moje nazwisko, ale byłem w takiej euforii po zdobyciu bramki, że zapomniałem – ubolewał później. Dzisiaj przekonuje, że przeszłość wyparły z pamięci lata spędzone za granicą, lecz ciągle uśmiecha się do starych anegdot.
…Jak budzącemu lęk na równi z podziwem seniorowi wśród trenerów ekstraklasy Orestowi Lenczykowi na krześle w szatni położyli pampersa. Jako sugestię, że robi się nie do zniesienia na zajęciach, bo pewnie dostaje biegunki. A surowy szkoleniowiec po chwili konsternacji… śmiał się razem z nimi.
…Jak tenże Lenczyk odebrał kiedyś w klubie telefon od teściowej Kosowskiego. – Gdy zaczynała się sprawa rozwodowa, dzwoniła do wszystkich i opowiadała, jaki jestem wredny. Pewnego razu odebrał trener; zaczęła się żalić, że zostawiłem jej córkę i daję jej tylko 1500 złotych miesięcznie. „Proszę pani, moja żona pracowała wiele lat i ma znacznie mniejszą rentę” – odpowiedział jej i odłożył słuchawkę.
…Jak właściciel Górnika Zabrze, Stanisław Płoskoń każdemu piłkarzowi, który świeżo został ojcem dawał pieniądze na wózek, a rekordzista Jacek Wiśniewski zainkasował na dziesięcioro dzieci, mimo że do dzisiaj może pochwalić się tylko dwójką.
…Jak pijał tylko białą Finlandię ze Spritem i wychodził z imprez, na których nie było ulubionego trunku. I o mocnej głowie, na której nie robiło wrażenia sześć-siedem drinków (ale gdy trener Wojciech Lazarek spytał kiedyś: „Synuś, a wódeczkę ty lubisz?” – usłyszał: „Niespecjalnie„).
…Jak…

100 000 emocji

Twierdzi, że dawne rozrywki zamienił na opiekę nad nowonarodzonym synkiem, Antkiem. Z narzeczoną Roksaną planują ślub. Przez lata o jego wyczynach przy stole do ruletki krążyły po Krakowie legendy, ale dzisiaj do kasyna już nie chodzi. – A co, był pan w kasynie spytać? – ripostuje złośliwie. W przypływie szczerości opowiadał kiedyś, że najwięcej jednorazowo przegrał 4 tysiące złotych, a wygrał 12 tysięcy, ale na dłuższą metę nie da się zachować dodatniego bilansu z ruletką. Obstawiał zawsze ulubioną sekwencję cyfr, jednak do dzisiaj nie chce ich zdradzić.
– Ludzie pójdą, postawią na nie, stracą pieniądze i będzie moja wina – żartuje. – Nigdy nie było mnie stać na dłuższą grę w kasynie, ale bardzo lubiłem atmosferę tego miejsca. Poznałem wielu ludzi, lubiłem patrzeć na „grubych” graczy. Ktoś rzucał sto tysięcy na stół i wtedy naprawdę były emocje – walka z ruletką na takie stawki.
Obecnie ma ponoć do spłaty milion złotych długu. – O! To będzie bardzo dobre – ironizuje. – W mojej sprawie rozwodowej – a coś takiego jest znacznie kosztowniejsze od kasyna – materiałami dowodowymi były wycinki z rewelacjami prasowymi, przedstawiane przez drugą stronę. Szkoda, że ten tekst już nie może mi pomóc, ale niech pan napisze, że mam 10 milionów długu.

Janas na ratunek

Przechodził do Kaiserslautern, żeby podbić Bundesligę, skończył upokarzany na ławce rezerwowych i przenoszony do rezerw. Z niemieckim klubem procesował się o premie. – W zawartej ugodzie zastrzegliśmy, że nie będziemy się wypowiadać na swój temat – wyjaśnia. – Absolutnie, nie postrzegam tego wyjazdu jako błąd. Kaiserslautern miał wtedy świetny skład: Klose, Lokvenc, sumie trzynastu, czy czternastu reprezentantów różnych krajów, plus dobry trener – Eric Gerets. Miało być wszystko cacy, ale walczyliśmy o utrzymanie. Czasami po prostu nie wychodzi.

Później, w Southampton występował razem z kolegą z reprezentacji, Tomaszem Hajtą. Trzymali się razem, chodzili na ryby. Co zabawne, i wcześniej, i później, głośne były ich prasowe polemiki. – To taki „polski dżem ligowy” – powiedział kiedyś Hajto o „Kosie”. – Jak mu się głowa zagrzeje, to zapomina, że Polacy powinni się szanować, zwłaszcza jeśli wygłaszają takie oceny za granicą – odparowywał Kamil. – Ale ja się cieszę, że zamiast w Azji „wyrąbał” sobie miejsce w Niemczech.
Rok temu „Gianni” był nie mniej bezpośredni: „Kamil zbliża się do trzydziestki, a wciąż żyje historią jednego sezonu, gdy Wisła ograła Parmę i Schalke. Jeśli się nie zmieni, nic już nie osiągnie„.
– Nie będę się kłócił z Tomkiem, bo to sympatyczny człowiek, który ma bardzo dobre serce. Ale to on ciągle wspomina, jak rozbiliśmy jego Schalke, więc chyba ta porażka wciąż go boli – uśmiecha się kpiąco „Kosa”.

Nie skończyła się jeszcze sprawa sądowa, jaką wytoczył mu Adam Mandziara, który prowadził jego transfer do Kaiserslautern (Kosowski rozżalony postępowaniem menedżera zerwał z nim później współpracę). Piłkarz niechętnie wraca do tamtych zdarzeń, ale widać, że tkwią w nim jak zadra. – Nie miałem w zachodnich klubach takiej pozycji, jak w Wiśle, więc nie mogłem pokazać wszystkich umiejętności. Było ciężko, czasami bardzo – wyrywa mu się. – Zawsze jednak ratowała mnie reprezentacja. Bardzo dużo zawdzięczam trenerowi Janasowi, który mnie powoływał, mimo że nie grałem w klubie. W kadrze notowałem dobre występy i dlatego czułem się na tyle mocny, że nie dałem się zniszczyć. Dodawało mi to otuchy, pewności siebie i konsekwencji w działaniach.
Jeszcze nie stary, a już doświadczony” – powtarza chętnie. – Doświadczony to znaczy także dojrzały. Fizycznie czuję się młodo, ale gdybym dawniej miał ułożone w głowie, jak teraz – wszystko inaczej by wyglądało: wybory, postępowanie – uważa. – Zrzucam to jednak na karb młodości. Do wszystkiego trzeba dojść, samo z siebie się nie weźmie.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.