Huk na trybunach rodziny Czekajów

Może trudno w to uwierzyć, ale Agnieszka Czekaj była kiedyś wyższa od swojego brata Michała. I odnosiła w barwach „Białej Gwiazdy” większe od niego sukcesy. W ostatnich dwóch latach siostra obrońcy Wisły pomagała mu przygotować się do matury, a siatkarkom Bronowianki Kraków – awansować od IV do II ligi.

– Siatkówka jest dobrym lekiem na astmę?
– Na to wygląda – mówi 22-letnia Agnieszka. – Astma męczyła mnie od dziecka; najpierw próbowaliśmy z pływaniem, potem było trochę gimnastyki, ale nic nie pomagało. Lekarka wymyśliła, że może treningi siatkarskie dobrze mi zrobią.
– Bałbym się chyba wysłać kogoś z astmą na taki trening.
– My też obawialiśmy się, że może być jeszcze gorzej, większe napady duszności. W nowej hali Wisły jest jednak wszystko na miejscu, na parterze przychodnia, więc nawet gdyby coś się stało, to do lekarza było blisko (śmiech). Można było zaryzykować. Chodziłam z inhalatorem na zajęcia na wszelki wypadek, brałam go na obozy. Ale to był dobry pomysł, siatkówka mi pomogła – płuca się rozszerzyły pracując mocniej, astma minęła. Za to alergia wróciła i mnie teraz męczy katarem…
– Mówiąc pół żartem, pół serio: los nie jest dla ciebie sprawiedliwy – ty jesteś za niska jak na wymagania wyczynowej siatkówki, a Michał dostał centymetrów aż za dużo…
– No tak, nie ubyłoby mu, gdyby mi trochę oddał (śmiech).
– I miałabyś przyzwoity wzrost rozgrywającej.
– No cóż, tak wyszło, tak Bozia chciała. Stałam w innej kolejce. Niestety. Do dzisiaj żartujemy na ten temat. Ostatnio podwoziłam go na trening, jakiś kolega powiedział, że jest podobny do siostry, a Michał na to, że wcale nie jesteśmy podobni, bo ja mam metr pięćdziesiąt w kapeluszu. On już ma 197 centymetrów, jest wielki, jak idziemy razem to nikt nie pomyśli, że jesteśmy rodzeństwem. Zresztą rodzice też wysocy, tylko ja taka mała się wyrodziłam.
– W dzieciństwie pewnie od razu był wyższy i rządzić się nim nie dało?
– Nie, nie, nie, na początku ja byłam większa! (śmiech) Dopiero na zdjęciach z mojej Pierwszej Komunii Świętej widać, że się zrównał ze mną wzrostem – był wtedy w „zerówce”. A potem już szedł w górę. No, cóż… biliśmy się jak każde rodzeństwo. Do tej pory czasem się szturchniemy. Dla mnie Michał zawsze będzie młodszym bratem. Tak jak ja dla niego starszą siostrą, do której może przyjść i pogadać głupio albo poważnie, pośmiać się, czy poradzić.
– Pośmiać z przygód dzieciństwa?
– Nawet niedawno wsiadałam na rower i przypomniało mi się, jak właśnie na Komunię dostałam „górala”. Michał miał tylko „składaka”, strasznie chciał się przejechać na moim. Pojechaliśmy do cioci na Dąbie, przewrócił się, pozrywał hamulce, porozwalał wszystko.
– I siebie?
– Jemu prawie nic się nie stało. Jak zwykle. Jak był mały to różne rzeczy robił, ale lepiej, żeby zostały tajemnicą (śmiech).
– Starsze siostry często pomagają w nauce.
– Zawsze to robiłam – nawet do matury pomagałam mu się przygotowywać. Generalnie, Michał miał trudny okres gimnazjum i liceum, kiedy go zaczęli powoływać do różnych reprezentacji, potem do pierwszej drużyny Wisły, miał więcej treningów, więcej wyjazdów. Dom był hotelem. Kiedy wracał, przysiadaliśmy razem. W każdej kolejnej klasie pomagałam mu w matematyce, geografii, biologii, chemii, tego rodzaju przedmiotach. No i się udało, maturę zdał, niech gna do przodu.
– Bez potknięć. Wiosną zdarzały mu się dosyć spektakularne…
– …wpadki?
– Bo ja wiem, jak to nazwać? Niektóre zdarzenia były pechowe. Wkurzałaś się, czy na płacz ci się zbierało?
– Musiałam być silna, bo rodzice to bardzo przeżywają. Ktoś w domu musiał pokazać, ze nie trzeba się aż tak mocno przejmować. Musiałam próbować – że tak powiem – ?ogarnąć? ich. Powtarzałam rodzicom: „Jest silny, poradzi sobie, wszystko będzie dobrze”.
– Michała też trzeba było podnosić na duchu?
– Rozmawiałam z nim po tych meczach, ale się trzymał. Miał sporo różnych przypadków w piłkarskim życiu – kontuzje, kartki – które go wzmocniły i nauczyły wiele. Zawsze będzie miał swoich zwolenników i wrogów. Mówię mu tylko, żeby broń Boże nie wchodził na jakieś portale, fora internetowe. Ludzie piszą takie głupoty! Nie wiem, czy z zazdrości, czy z niechęci, czy z…
– Z głupoty.
– No właśnie. Sądzę, że te komentarze to piszą jakieś grubasy, które siedzą, ledwo mogą się ruszyć i zazdroszczą chłopakowi, który ma szansę się wybić.
– Poczytałaś sobie, jak rozumiem?…
– Na początku wchodziłam na te strony z komentarzami, ale przestałam, bo nie ma sensu się denerwować. Na początku, gdy zaczęło „iskrzyć”, to czytałam i też przeżywałam. Byłabym nieludzka, gdybym nie brała tego do siebie.
– I odpowiadałaś?
– Nie, nie, broń Boże! W takie rzeczy się nie bawię. To trochę nienormalne dla mnie. Przede wszystkim, bardzo się cieszę, że Michał wreszcie dostał szansę. Jest młody, ale pracował na nią od wielu lat. I wreszcie został doceniony jakiś wychowanek Wisły. Od dawna chyba tylko on?
– Racja – jeśli nie liczyć Marcina Juszczyka, który w siedem sezonów uzbierał mniej meczów niż Michał w ostatnim – jest pierwszym obdarzonym taką szansą od czasu grupy zawodników wyszkolonych w latach 90. przez Wojciecha Stawowego, np. Łukasza Surmy czy Pawła Nowaka.
– Mam nadzieję, że ją wykorzysta.
– Póki co, sprowadza kolegów piłkarzy na występy siatkarek Bronowianki.
– I jaki doping zorganizowali na naszym meczu decydującym o awansie! Dosyć mnie to zaskoczyło, bo myślałam, że siądą i ewentualnie będą klaskać. Tymczasem zaczęli krzyczeć śpiewać, wszystkim się podobało.
– Wy w ogóle jesteście bardzo rodzinni. Na twoich meczach pojawia się regularnie spora grupa krewnych.
– Oni przyjdą wszędzie, wystarczy, że usłyszą, iż coś się dzieje. Jak tylko mają okazję, szansę, czas – to zawsze są z nami. Od dwóch lat bardzo kibicuje babcia ze strony taty. Bardzo się Michałem cieszy, robi różne kroniki, zdjęcia, wycinki z gazet, śledzi wszystko w internecie. Nawet była na meczu z rodzicami, na stadionie Wisły, co mnie zdziwiło. Tato się śmiał, że dawniej jemu zabraniała – chociaż i tak chodził, po kryjomu – a teraz sama poszła. Mam też rodzinę w Krzeszowicach, ciocię i dwie kuzynki, które prawie zawsze były w hali, gdy grałam w Maratonie. Przyjeżdżają też do Krakowa na mecze. Podobnie jest ze mną; nawet dzisiaj do samego wyjścia z domu śledziłam wynik meczu Młodej Ekstraklasy, w którym zagrał Michał.
– Mama też trenowała w Wiśle – siatkówkę?
– Tak, do wieku juniorki. Zresztą, odkąd pamiętam byliśmy sportową rodziną. Chodziłam do „zerówki”, Michał był małym chłopczykiem, ale graliśmy wszyscy w piłkę, jeździliśmy na rowerach. Ja też strasznie chciałam grać w piłkę nożną! Ale się nie udało i mama mnie „zgoniła” na siatkówkę. Nie było w okolicy drużyny żeńskiej piłki, daleko miałam na treningi. Mogę jej tylko dziękować, bo pewnie, by mnie tu nie było w tym momencie.
– A może byłabyś znaną piłkarką porównywaną z bratem?
– Tak i z nim bym grała w składzie (śmiech). Mama stwierdziła, że to nie jest sport dla kobiet i wysyłała mnie po swoich śladach na siatkówkę – ona też była rozgrywającą.
– Pouczała cię?
– Teraz jest lepiej, ale dawniej to zawsze się nasłuchałam – i od mamy, i od taty. „Niepotrzebnie tyle zepsutych zagrywek”, „Za nisko”, „Za bardzo na siatkę”, „Za szeroko”. Trochę mnie to irytowało, bo nie dość, że początkowo niechętnie odnosiłam się do samej siatkówki, to jeszcze ta krytyka. Ale! Potem zaczęłam wyciągać z tego wnioski, zrozumiałam, że jest tu dużo słusznych uwag i cieszyłam się, że mama przychodzi i daje wskazówki, rady.
– Tamtej drużynie Wisły, która zdobyła wicemistrzostwo Polski kadetek, kibicowały nawet po trzy pokolenia.
– Śliwowie jak się zbierali z moimi rodzicami, to zawsze robili huk na trybunach. Dziadkowie „Pestki” – Izy Śliwy, zawsze mieli trąbki, nie trąbki.
– A babcia kiedyś przed tie-breakiem zażywała krople nasercowe.
– Zawsze przeżywała, była niesamowitym fanem „Pestki” i całej drużyny. Cała ekipa, zawodniczki i ich krewni, była bardzo zgrana, tworzyliśmy taką wielką rodzinę. A już z dziewczynami, to spędzałyśmy po kilkanaście godzin na dobę wspólnie, bo chodziłyśmy razem także do gimnazjum sportowego. Tylko na noc się rozchodziłyśmy – każda szła spać do swojego domu. Więcej czasu spędzałam z nimi, niż z moją rodziną.
– Może to dlatego wszystkie rodziny tak chętnie przychodziły na mecze – żeby was chociaż wtedy zobaczyć?…
– No tak (śmiech).
– Żal było opuścić tę rodzinę, kiedy po najbardziej udanym sezonie zrezygnowali z ciebie w Wiśle?
– Każdy ma swoje zdanie na jakiś temat – zdolności, wzrostu, warunków – więc tego nie chcę komentować. Bolało z innego powodu: po tym jak zdobyłyśmy srebrny medal, myślałam, że jest jeszcze jakaś szansa na grę. Wydawało mi się, że stworzyłyśmy fajną grupę, dobry skład. Trudno, stało się inaczej. Wspominam to z żalem, bo przede wszystkim brakowało mi tych dziewczyn, tej atmosfery. Byłyśmy bardzo zżyte, zwłaszcza z „Pestką” i z Sabiną Rusinek – zawsze trzymałyśmy się w trójkę.
– Zrezygnowałaś wtedy w ogóle z siatkówki?
– Pomyślałam, że sprawdzę jak wygląda normalne życie. Straciłam po tym wszystkim pewność siebie, wiarę w swoje możliwości. Pomogła mi trenerka Grażyna Śrutowska, która zaproponowała, żebym dwa razy w tygodniu przychodziła do niej na zajęcia AZS na Politechnikę. Jakieś „obycie” w siatkówce utrzymywałam, a w trakcie tej rocznej przerwy dotarło do mnie, że brakuje mi gry, więc spróbowałam sił w II-ligowym Maratonie Krzeszowice.
– „Miała ogień w oczach” – powiedział potem o twoim pierwszym sezonie u nich prezes Maratonu, Tomasz Piechota.
– (śmiech) Czułam głód piłki, chęć do treningu. Ludzie, którzy mnie długo nie widzieli i pod koniec sezonu przyszli na mecz na Wiśle, mówili, że gram zupełnie inaczej, jestem pewna siebie.
– I w sezonie 2008/09 wyeliminowałyście AZS AGH Wisłę w fazie play out, a cała seria była twoim popisem.
– Nie ukrywam, że chciałam coś udowodnić – sobie i Wiśle. Chyba każdy ma coś takiego w meczu z klubem, z którego odszedł w niezbyt przyjemnych okolicznościach. Chociaż, jeszcze w sezonie zasadniczym, jesienią 2008, w pierwszym meczu przeciwko Wiśle zupełnie się spaliłam, po prostu nie dałam rady. Wyszłam na boisko, zobaczyłam po drugiej stronie dawne koleżanki i cała się trzęsłam, calutka po prostu. Trenerka zobaczyła co się dzieje, minęły dwie-trzy akcje i mnie zmieniła. Na szczęście, z każdym następnym meczem było coraz lepiej.
– Na zakończenie powiedz, skąd to przezwisko – „Neli”? Zawsze wydawało mi się, że to od Nel z „W pustyni i w puszczy”.
– Nie, nie, to kompletnie co innego. Bardzo dawno temu byłyśmy na obozie w Rzykach i tam ugryzło mnie coś w policzek. Pielęgniarka kazała mi zakleić to plastrem i tak chodziłam na treningi. A był wtedy taki raper, który nazywał się „Neli” i nosił podobny plaster, więc moje mądre koleżanki wymyśliły, że tak samo będą na mnie mówić. No i tak już zostało do tej pory.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Sportową sylwetkę Agnieszki Czekaj można znaleźć TUTAJ

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*