Inżynierowie po przejściach

Przez kilkanaście ostatnich miesięcy drużyna siatkarzy Politechniki Kraków, która jeszcze w sezonie 2009/10 zażarcie walczyła w czubie grupy IV drugiej ligi, przeżyła zwielokrotnione trzęsienie ziemi. Najpierw, latem 2010, ze względów formalno-prawnych załamało się finansowanie przez uczelnię, odeszły w niepamięć wysokie kontrakty, a wraz z nimi pożegnało się z klubem siedmiu zawodników, w tym pięciu podstawowych.
Trener Marek Fornal z tych co pozostali oraz kilku wyszperanych juniorów stworzył młody, ale ciekawy i rozwojowy skład. I wtedy przyszła druga fala trzęsienia ziemi. Ze względów bardziej organizacyjnych niż finansowych musiał odejść szkoleniowiec, na pewien czas pod znakiem zapytania stanął start Politechniki w lidze, odeszli więc też dwaj potencjalni liderzy zespołu: Paweł Golec (do Wandy Instal Kraków) i Kordian Szpyrka (do Kęczanina).
Udało się znaleźć środki na występy w lidze, trenerem został debiutujący w tej roli, niedawny jeszcze zawodnik, 30-letni Mateusz Śrutowski, a Politechnika była typowana do ostatniego miejsca w tabeli.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Tymczasem nieopierzony szkoleniowiec i jego równie niedoświadczeni podopieczni poradzili sobie świetnie. Wygrali w niezłym stylu sporo spotkań i zebrali dość punktów, żeby ani przez moment nie martwić się o ligowy byt.
I stało się jak w „A Salty Dog” Procol Harum: „Oddali salwę i zwalili maszt”. Przyszła trzecia fala trzęsienia i po udanym sezonie Politechnika sprzedała miejsce w II lidze, dobrowolnie degradując się do lokalnych rozgrywek w Małopolsce. Powód ten sam co wcześniej – pieniądze. – Musimy przebudować zespół, dostosowując go do nowych realiów – mówi Dariusz Pyko, wiceprezes AZS Politechnika ds. sportowo-finansowych. – Powinniśmy wyszukiwać siatkarzy wartościowych, a jednocześnie chcących studiować u nas, dzięki czemu skorzystamy z pomocy uczelni. Po drugie musimy sami szkolić młodzież. Po trzecie – tak jak wszyscy – potrzebujemy sponsorów…

W II lidze występuje Contimax MOSiR Bochnia, który odkupił miejsce za około 30 tysięcy złotych. Da to całosezonowe przeżycie trzecioligowej drużynie Politechniki prowadzonej przez Śrutowskiego. Występuje w niej kilku studentów oraz juniorzy i kadeci, będący owocem dalekowzroczności działaczy. Gdyby kilka lat temu nie postanowili połączyć budowania wyczynowej drużyny ze szkoleniem krakowskiej młodzieży, dzisiaj pewnie w hali przy Kamiennej nie miałby kto grać. Częściowo są oni wychowankami Śrutowskiego, u którego bardzo wyraźnie widać dobre trenerskie geny. Wszak jego mamie Grażynie wiele krakowskich siatkarek (zwłaszcza z Wisły) zawdzięcza solidne podstawy techniczne, a tato Andrzej wychował niejednego świetnego lekkoatletę. I póki co Mateusz kumuluje te geny w całości, bo siostra Agnieszka kontynuuje karierę rozgrywającej w zespole mistrzyń Polski, Muszyniance.

Przeprowadzka z Odmogila

Wokalista Procol Harum, Gary Brooker zapowiadając wspomnianą piosenkę zwykle dedykował ją „przyjaciołom, których już z nami nie ma”. Politechnika też miała kiedyś takich przyjaciół – znalazła ich przy ul. Odmogile. W latach 90. zebrała się tam grupa siatkarzy, którzy – głównie w krakowskim Hutniku – otarli się o wielki wyczyn, ale nie spełnili swych aspiracji, a poza tym nie mieli ochoty ograniczać się do amatorskich wprawek w TKKF. Kwaśniewski, Sendor, Fik, Nowiński, Filipowski i paru innych stworzyli klub niby to towarzyski, ale na niezłym poziomie sportowym. Sami opłacali sobie koszty startu w III lidze (jej ówczesny poziom był porównywalny z obecną drugą ligą), w której zawsze byli postrachem dla najlepszych. Z czasem ambicje rosły, zaczął ich wspierać finansowo pasjonat siatkówki, Bogusław Wydrych, właściciel firmy „Intro Dajwór”. Część starej gwardii się wykruszyła, ale dochodzili młodsi. W 2001 roku, prowadzeni przez Janusza Filipowskiego, awansowali do II ligi. Spadli po trzech latach i borykali się z poważnymi problemami finansowymi. Tymczasem Politechnika miała ładną, choć kameralną halę, wolną gotówkę, ale nie miała drużyny…

– Ówczesny dyrektor Centrum Sportu i Rekreacji PK pochodził z Brzeska, więc pierwszy pomysł jaki padł, to połączenie z tamtejszym Okocimskim – wspomina wiceprezes. – Oni byli w potrzebie, brakowało im pieniędzy, ale chcieli trenować u nas, a grać u siebie, co dla nas było nie do przyjęcia. Pewnego dnia spotkałem Mariusza Kiecia, który już wtedy był pracownikiem naukowym, doktorantem na Politechnice, a grał w Wandzie. „To ja cię umówię z ludźmi z Wandy, bo u nas też są kłopoty”. Spotkaliśmy się i szybko okazało się, że mamy wspólne wizje, bo Boguś Wydrych uważał, że co najmniej jedna drużyna siatkarzy w Krakowie musi opierać się na środowisku akademickim.

Mariaż z Cracovią

Skład oparł się na zawodnikach Wandy, Adam Fik został trenerem i już w pierwszym sezonie, 2005/06, Politechnika omal nie awansowała do II ligi. Niestety, najlepszy skrzydłowy zrezygnował z gry… tuż przed ostatnim turniejem finałowym w Olsztynie. A po miesiącu, kiedy „Inżynierowie” przystąpili do baraży, na początku pierwszego z dwóch meczów nogę skręcił bardzo dobry, ale jedyny, rozgrywający, Krystian Bławat… W nieco pechowych okolicznościach nie udało wejść do II ligi także w kolejnych rozgrywkach, kiedy Politechnika przeżywała korzystny materialnie, ale krótki mariaż z Cracovią, a Janusz Filipiak sponsorował nie tylko akademickich siatkarzy ale i koszykarzy.

Po drugim niepowodzeniu, późną wiosną 2007 r. zapadła decyzja o kupnie miejsca. Politechnika pozyskała je od MKS Andrychów, za podobną kwotę do tej, za którą kilka miesięcy temu je sprzedała. W ciągu czterech lat nigdy nie drżała o utrzymanie, ale też trzy pierwsze kończyły się niedosytem. – Najbardziej żal mi sezonu 2008/09; zebraliśmy skład, który mógł uplasować się w czołówce, a zaczęliśmy od pięciu porażek i skończyliśmy na szóstym miejscu – kręci głową Dariusz Pyko, który przez cały ten okres zajmował się drużyną od strony organizacyjnej. – A gdybym miał wymienić coś co wspominam najmilej, to właśnie wspólne tworzenie nowego zespołu z ludźmi z Wandy, zwłaszcza z Bogusiem Wydrychem i Adamem Fikiem. Wszystko opierało się na szczerości, dobrej woli, nie było w tym w ogóle obłudy. Przez następne lata przekonałem się, że w środowisku siatkarskim takich postaw nie spotyka się często. A każdy chyba niestety wie, że i w normalnym życiu ich brakuje.

***

Tymczasem w próżnię jaka powstała na Wandzie, już w 2005 roku wszedł Grzegorz Silczuk; startując od IV ligi, już po roku wywalczył awans i stał się rywalem Politechniki (wtedy przegrał), a później w II lidze (wygrał). Bywało, że między klubami przebiegały ostre antagonizmy, ale częściej przechodzili pomiędzy nimi po prostu zawodnicy.
A zaczęło się od do koegzystencji więcej niż pokojowej. W pierwszym sezonie w III lidze zespół z ul. Kamiennej występował jako Politechnika Wanda Kraków, czyli pierwsza drużyna Wandy, natomiast ekipa Silczuka zwana „Smokami” była Wandą II (czyli formalnie rezerwami tego samego klubu). Później, ale jeszcze w trakcie sezonu, „Inżynierowie” zrezygnowali z miana Wandy, bo inaczej „Smoki” nie awansowałyby, gdyż dwa zespoły z tego samego klubu nie mogą grać w jednej lidze. Ale to już zupełnie inna historia…

PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj