Ja swoją ambicję mam…

Artykuł ukazał się w miesięczniku „Super Volley” z lutego 2008 roku

– Można go nie lubić, ale cenić trzeba – powiedział kiedyś Sławomir Gerymski o trenerze, z którym o mało się nie pobił. Bo Jan Such nie wiedział, co znaczy słowo pokora, nigdy nie schylił głowy przed przeciwnościami i na ogół je pokonywał.

Latem 1968 roku obok ronda w Katowicach wznoszono już bryłę „Spodka”. Jan Such na ulicy pchał zepsutą, starą furgonetkę marki „Żuk” z dobytkiem swojego przyjaciela Stanisława Gościniaka. Słynny rozgrywający grał właśnie na olimpiadzie w Meksyku, ale zdecydował już, że po igrzyskach przeniesie się z czołowej drużyny w kraju – Gwardii Wrocław do II-ligowej Resovii. Such pomagał żonie Gościniaka w przeprowadzce, wcześniej na zgrupowaniach wieczorami rozmawiali, jak finezyjnie i skutecznie chcieliby grać w Rzeszowie. Rzeczywistość uniosła ciężar marzeń – Resovia lat 70. do dzisiaj jest uznawana za najlepszy zespół klubowy w historii rodzimej siatkówki. A zawodnicy znad Wisłoka wraz z 26-letnim (!) trenerem-wizjonerem, Januszem Strzelczykiem stworzyli fascynującą grę, okrzykniętą mianem „polskiej szkoły siatkówki”. – Byliśmy właściwie drugim zespołem świata, za CSKA Moskwa, obecnie polskim klubom sporo do tego brakuje… – ocenia Such, który ostatnie trzydzieści lat spędził na ławce trenerskiej. – Do tego szybkie akcje na krótkim wycinku siatki. Jeszcze w tamtym roku próbowałem z Resovią grać kombinacyjnie: podwójną krótką z rozciągnięciem na atak z drugiej linii, z prawego skrzydła. Dzisiaj króluje łomot: siła, skoczność, olbrzymie przygotowanie fizyczne. I wszyscy grają „pod jedno kopyto”, jeden system, a gdy ktoś się z niego wyłamuje – nie jest nowoczesnym trenerem.

Swój styl wykuwali katorżniczą pracą w pionierskich warunkach. Na jednym z obozów, w Nowej Sarzynie, spali w szkolnych klasach, niewyszukane posiłki jedli w stołówce zakładowej miejscowych zakładów chemicznych. Gościniak, jedyny żonaty zawodnik, dostał do dyspozycji wagon robotniczy stojący na torach, w którym buszowały myszy. Biegali po okolicznych polach, sami przygotowywali sobie ziemne boisko za pomocą deski z powbijanymi gwoździami. – To i tak był postęp, bo parę lat wcześniej, na obozie w Ustrzykach, spaliśmy na materacach ułożonych pod prysznicami. Pewnego razu nie było wody, więc zostawiliśmy poodkręcane kurki; w nocy przyszła woda i nas zalała – wspomina Such. – Napisz o tym koniecznie; niech te obecne wielkie „gwiazdy” się dowiedzą. Straszliwą pracą doszliśmy do sukcesów. Byliśmy amatorami, ale zapieprzaliśmy jak zawodowcy, a oni są zawodowcami, ale często trenują jak amatorzy.

Studia za złoto

Kwalifikacje do olimpiady w Monachium odbywały się w Montpellier. Polacy byli bliscy odpadnięcia z rywalizacji już w meczu z Amerykanami, kiedy rywale prowadzili 11:7 w tie-breaku i w jednej z akcji wybili palec Stanisławowi Gościniakowi. Jan Such zastąpił kolegę, Polska wygrała decydującego seta do 13. Później biało-czerwoni już gładko rozprawili się z Francuzami i Rumunami, rzeszowianina zaś wybrano najlepszym zawodnikiem turnieju. W podstawowym składzie grał też w Monachium, a po igrzyskach miejsce selekcjonera Tadeusza Szlagora zajął Jerzy Hubert Wagner. Część zawodników uznała, że były kolega nie może być ich przełożonym. Później jednak stopniowo wycofywali się z ustnych deklaracji. Poza jednym wyjątkiem.
– Na zgrupowaniu wypoczynkowym w Zakopanem Wagner przy całym zespole spytał, czy podtrzymuję swoje zdanie – opowiada Such. – Odpowiedziałem, że Szlagor był bardzo dobrym trenerem, nie widzę potrzeby zmian, ani możliwości współpracy z nim.
Mimo to, w 1973 roku występował w podstawowym składzie reprezentacji, która zajęła drugie miejsce w Pucharze Świata. – Gdy wracaliśmy, na lotnisku Wagner znowu mnie spytał: „Zmieniłeś zdanie?”. Odpowiedziałem, że nie i w następnym roku już nie dostałem powołania. Ja swoją ambicję mam i niczego się nie wyprę – powtarza kilkakrotnie, jak motyw przewodni życiorysu.

Przez tę ambicję i upartość ominął go prawdopodobnie złoty medal mistrzostw świata. Wszak w poprzedzającym czempionat sezonie 1973/74, gdy Resovia przejechała przez ligę jak walec (tylko trzy porażki), osiągnął apogeum formy. – Nie mam żalu, do końca życia Jurka mówiłem, że wybrał najlepiej i dla mnie jest wielkim fachowcem – twierdzi Such. – Złoto mi uciekło, ale chyba dzięki temu poszedłem na studia, skończyłem je. Zostałem trenerem, a potem trzy razy przeze mnie Wagner stracił pracę. Najpierw, z Resovią, wyeliminowaliśmy prowadzony przez niego Filament Bursa. Przegraliśmy 0:3 w Turcji, ale w Rzeszowie był już nokaut – rozbiliśmy ich do 7, 4 i 3 w setach. Potem został zdymisjonowany w Szczecinie, gdy jego Morze przegrało z moim Mostostalem mistrzostwo Polski. I wreszcie z Jastrzębiem wygraliśmy w Legii i niedługo później warszawski zespół się rozsypał. A ja przez trzydzieści lat nigdy nie spadłem z ligi.

Spierniczaj z ławki

Gdy kiedyś, tam na górze, wlewano jego materiał do formy, zabrakło mniej wytrzymałych składników. Przez piętnaście lat, z ponad tysiąca meczów opuścił tylko dwa. – Raz siadłem na ławce, bo Zbyszek Jasiukiewicz miał pretensje, że źle wystawiam – tłumaczy. – Przegraliśmy z Avią Świdnik 1:3, ostatniego seta do 0, i już nigdy więcej nie zostałem w rezerwie.
W drugim przypadku absencji, wiosną 1973 roku, poważnie skręcił staw skokowy podczas sobotniej konfrontacji z AZS w Olsztynie. Na nogę założono gips, w niedzielę nie zagrał. Od piątku Resovię czekał turniej finałowy Pucharu Europy w Brukseli. – Dzisiaj takie kontuzje leczy się tygodniami – twierdzi. – Gdy w niedzielę wieczorem wróciłem do domu, najpierw rozciąłem gips. Noga po kolano była czarna – pełno krwiaków, wylew niesamowity. Moczyłem ją w serwatce, ćwiczyłem „jeżdżąc” stopą na butelce, żeby wzmacniać więzadła.
Trzydniowy turniej zagrał na środkach przeciwbólowych, ale skakał jak zawsze. Resovia zajęła drugie miejsce w Pucharze Europy, wyprzedzona tylko przez reprezentację Związku Radzieckiego zgromadzoną w CSKA Moskwa.

– Nigdy nie miałem kontuzji – mówi z mieszaniną dumy i ironii. Koledzy wspominają, że przy drobnych urazach nigdy nie dawał się namówić trenerowi na choćby dzień odpoczynku. Kiedyś, podczas próby skoczności, zrobił taki zamach, że zawadził od dołu o grubą deskę służącą do pomiaru. – Tak w nią przypieprzyłem, że poleciała do sufitu; kość złamana, do dzisiaj mam ślad – pokazuje zgrubienie na wierzchu prawej dłoni. – Ale poćwiczyłem ściskając gumową piłeczkę i po dwóch tygodniach wszystko było OK.

Dla kibiców, obserwujących w ostatnich miesiącach perypetie zdrowotne kadry siatkarzy, te opowieści muszą brzmieć jak bajka o żelaznym wilku. Jan Such też miewał odczucie nieprzystawalności do współczesnych zwyczajów. Największe wiosną 1999 roku, gdy wraz z Mostostalem grał w finale play off przeciwko AZS Częstochowa.
– Przychodzi do mnie Andrzej Kubacki i mówi: „Marcina Prusa ząb boli i nie będzie mógł grać”. Ja na to: „Co ty, żartujesz, jak można nie grać w takim meczu?! Przez zęba?!!”, nie mogłem uwierzyć – irytuje się jeszcze dzisiaj. – Przed meczem Prus usiadł na ławce, ja na to: „Spierniczaj mi stąd, nie jesteś przy zespole”. Na konferencji prasowej powiedziałem, że ja zawsze byłem gotowy do gry, a tu taki mięczak tłumaczy się bolącym zębem. W Kędzierzynie w starej hali jest takie podium, podczas zakończenia sezonu Prus wszedł na nie i przy całym zespole mówi: „Pan mnie obraża”. Ja na to: „K…, co?” – jak wyskoczyłem do niego na scenę, to ledwo zdążył uciec.

Przykręcona śruba Mazura

– Jasiek był tak ambitny, że nie można mu było normalnie zwrócić uwagi, bo zaraz burczał – opowiadał kiedyś o podopiecznym, nieżyjący już trener Jan Strzelczyk. – Brałem go pod włos: „Jasiu, te łamagi nic nie bronią, jak nie przełożysz rąk na skos, to nie damy rady”. I Jasiek blokował jak trzeba. Albo: „Jasiek, zobacz jak blok daje ciała, musisz stanąć na prostej w obronie; jeśli ty nie wyciągniesz piłki, to już po nas”. I Jasiek szarpał po parkiecie.
– Przejąłem te metody od niego – uśmiecha się Such. Gdy do prowadzonego przez niego Jastrzębia trafił bodaj najbardziej kontrowersyjny polski siatkarz – Piotr Gabrych, powszechnie uważano, że wspólnie stworzą mieszankę wybuchową, która wkrótce rozsadzi drużynę. Tymczasem oni współpracowali w przykładnej zgodzie. – Piotrek jest chyba jeszcze bardziej ambitny ode mnie i nie ulegnie nikomu: ani trenerowi, ani koledze – wyjaśnia. – Rozumiałem, że trzeba do niego podchodzić inaczej, niż do pozostałych. Były tarcia pomiędzy nim a kolegami. Zebrałem zespół i wytłumaczyłem wszystkim: „Panowie, wiem, że to jest bardzo trudny człowiek, ale dzięki niemu możecie zarobić więcej pieniędzy za premie”. Podziałało.

Nie we wszystkim chciał naśladować zmarłego kilka miesięcy temu szkoleniowca. Pod koniec lat 60. taktyka Resovii rodziła się w rozmowach zawodników – zwłaszcza rozgrywających – ze Strzelczykiem, który podkreślał łączące ich partnerskie stosunki. Such natomiast z upodobaniem powtarzał: „U mnie nie ma gadania tylko ciężka harówa”. – W tym sezonie pierwszy raz w życiu dałem się namówić działaczom na wprowadzenie większej demokracji i to był mój błąd – przekonuje. – Gdybym jak dawniej sam podejmował decyzje, nie pozwoliłbym na żadne tam bunty. Dlatego zrezygnowałem.

Jego ambicja to też szczerość, na jaką stać niewielu trenerów. – Za bardzo przykręciłem śrubę: efektem miała być forma na decydujące mecze sezonu, tymczasem wcześniej przyszły kontuzje przeciążeniowe – przyznawał kilka lat temu. Zdejmuje też zasłonę chwały z juniorskich medali lat 90., zdobywanych przez Ireneusza Mazura, z którym współpracował w rzeszowskiej SMS. – Nie przełożyły się one na sukcesy w wieku seniorskim, bo za bardzo byliśmy nastawieni na najbliższy wynik, za dużo było przygotowania siłowego – zwierza się.

Stanę ci po sezonie

– Jasiek Such potrafi dogadywać się z gwiazdami, ale gdy już jest konflikt, to nie stara się go załagodzić, tylko robi wszystko, żeby udupić tego, który podskakuje – charakteryzuje jeden z byłych podopiecznych.
Swoje nieporozumienia w Mostostalu ze świetnym rozgrywającym Sławomirem Gerymskim rozwiązał w niekonwencjonalny sposób. – Wracaliśmy z Amsterdamu w meczu pucharowego – wspomina Such. – O piątej rano na lotnisku Sławek ledwo stał na nogach. Pytam go: „Co się dzieje?”, a on: „Ty ch…” i prawie do bitki do mnie skacze, kompletnie pijany. Solski i Mienculewicz go zatrzymali. W Kędzierzynie, na zebraniu zarządu klubu, złożyłem parę wniosków: jeżeli chce, to stanę mu po zakończeniu ligi. W tym celu złożę dymisję, żeby nie było, że trener bije się zawodnikiem. Teraz nie będziemy robić krzywdy zespołowi, nie wyrzucimy go, ale dostanie karę 10 tysięcy złotych, która zostanie anulowana, jeśli zdobędziemy mistrzostwo Polski. W lidze graliśmy rewelacyjnie, a ja zacząłem się przygotowywać – trenowałem na siłowni, podnosiłem po 130-140 kilo.

Zdobyli pierwsze złote medale w historii Mostostalu. Po ostatnim meczu finałowym Such zapowiedział w szatni, że odchodzi. – Nie, niech pan zostanie, bo przyjedzie jeszcze większy skurwysyn – usłyszał od zawodników. Rezygnacji nie przyjął też zarząd. A z Gerymskim, zamiast się bić, pojechali na ryby. – I było tak miło, że zostaliśmy tam trzy dni, aż żona zaczęła mnie szukać przez policję – uśmiecha się. – Potem Sławek pomógł mi odbudowywać siatkówkę w Rzeszowie; dzięki niemu awansowaliśmy do ekstraklasy.

Obrona butelki koniaku

– Trenerze, urodziło mi się dziecko, mógłbym postawić chłopakom jakieś piwo, szampana? – spytał w Jastrzębiu Przemysław Michalczyk. – Piwo – tak, szampan – nie! Nie mieszamy! – padła odpowiedź Sucha. – Jeżeli zawodnik podczas treningu spożywa więcej niż pół litra płynów, to znaczy, że poprzedniej nocy pił wódkę – powtarzał często.
Za jego czasów nie było konieczności takiego wnioskowania. – Nie musiałem chodzić „z nosem przy spodniach” – opowiadał kiedyś Strzelczyk. – Mogli pójść się pobawić i byliby dziwnymi ludźmi, gdyby sobie przy okazji nie „dziubnęli”. Ale mieli olbrzymią samoświadomość. Poniedziałek, zasuwamy swoje, ktoś się obija i od razu ktoś inny doskakuje do niego: „Jak nie umiesz się napić, to następnym razem nie łapiesz się z nami na imprezę!”.
– Nie byliśmy święci, nie byliśmy nawet grzeczni – potakuje Such. – Niedziela była dla nas: szliśmy do „Kosmosu”, drinki, dyskoteka. Czasami zdarzało się naprawdę mocne balowanie. Ale od poniedziałku rano zaczynał się straszliwy zapiernicz.

Potrafili wyjść cało z wielu opresji. – W styczniu 1973 roku Markowi Karbarzowi urodziła się córka, akurat graliśmy u siebie z Legią – wspomina Such. – Zaprosiłem do siebie Edka Skorka, Paszkiewicza, Ruska, naszych chłopaków. Miałem pięciolitrową butlę whisky. „Porządziliśmy”, warszawiacy mieli po północy pociąg. Odprowadzaliśmy ich, było wesoło, głośno. Przyczepili się jacyś chuligani, doszło do bijatyki. Marek Karbarz nie trafił jednego, rozwalił pięść o metalowe przęsło. Oficjalnie odniósł kontuzję podczas ćwiczeń na drabinkach, ale nie mógł z nami pojechać na półfinałowy turniej Pucharu Europy do Brna.
Wyjazd był obłożony klątwą, bo Stanisław Gościniak zaspał (zawiodło budzenie telefoniczne) i gonił pociąg taksówką z Rzeszowa do Katowic. W Brnie, w zakładzie z trenerem S.C. Lipsk o butelkę koniaku, Such obstawił… przegraną swojej drużyny. – To była zagrywka taktyczna, chciałem dodatkowo zmotywować chłopaków, bo mieliśmy skład o średniej wzrostu niewiele ponad 180 centymetrów – tłumaczy. Przegrał markowy alkohol i zrobił wszystko, by tak się stało. – Broniliśmy piłki nawet przez dwa rzędy krzeseł, nad głowami kibiców – opisuje.

Biuro swatka

Kiedy w latach 90. wrócił ze Szwajcarii, Resovia była na krawędzi upadku. – Lekkoatletyczni działacze rządzili klubem i rozłożyli wszystko – twierdzi. – Siatkarze już wcześniej nie pojechali do Stoczniowca Gdańsk, bo nie było za co. Założyłem własne pieniądze, przez jakiś czas byłem prezesem, trenerem, kierownikiem drużyny i sponsorem. Jakoś przeczekaliśmy ten bardzo trudny okres. W sumie trzy razy budowałem Resovię.
Już w 1967 roku, gdy dostał powołanie do młodzieżowej reprezentacji Polski, prezes oznajmił mu: „Poznasz wielu dobrych zawodników, może byś ich namawiał, żeby przychodzili do nas”. Wziął sobie do serca te słowa: aby zachęcić Gościniaka i Karbarza oddawał im własne przydziały na mieszkanie, a sam dalej czekał w kolejce. – Robiłem to dla idei. Byłem kawalerem, więc mogłem mieszkać w hotelu robotniczym – tłumaczy. – Zresztą jako wychowanek, zawsze byłem ostatni przy podwyżkach.

Trzech kolegów z drużyny – Marka Karbarza, Wiesława Radomskiego i Henryka Hawłasewicza – zapoznał z rzeszowiankami, z którymi później się ożenili. – Planowałem, że dzięki temu na pewno zostaną w Resovii – uśmiecha się porozumiewawczo i zastrzega od razu: – Do dzisiaj są to udane, szczęśliwe małżeństwa.
O swoim nie może tak powiedzieć. Stanisławę Such zabrał rak. – Dla niej wróciłem z Jastrzębia do Rzeszowa. Walczyliśmy przez cztery lata. Były przerzuty. Odeszła – mówi urywanymi zdaniami, bez zwykłej twardości w głosie. Chętnie chwali się córkami: Dominiką, prowadzącą z mężem w Rzeszowie dużą firmę, Justyną, która we Francji zrobiła doktorat z marketingu i najmłodszą – Patrycją. – Ona jest jeszcze panną, więc chyba pójdzie ze mną na Sylwestra – żartował w grudniu z 24-latki.

Sufit na śmietanie

Skończył technikum mleczarskie w Rzeszowie, ale twierdzi, że zawodu się tam nie nauczył. – Za to piłem dużo śmietany i dlatego do dzisiaj tak dobrze wyglądam – pokpiwa. Nie tylko dzięki nabiałowi robił pełny przysiad z 220-kilogramową sztangą, a sięgając na stojąco 234 centymetrów, łapał piłkę na wysokości 347 cm. Jego wyskok dosiężny 113 cm był jednym z największych w lidze, obok Zbigniewa Jasiukiewicza i Wiesława Czai. Był bardzo wszechstronny, występował jako rozgrywający i atakujący.
Podczas meczu w Tokio, przy 20 tysiącach widzów, na rozgrzewce piłka po jego atakach tak mocno odbijała się od parkietu, że dolatywała do sufitu. Do dziś pamięta pełne podziwu i niedowierzania spojrzenia japońskich zawodników. Ktoś podobnego wzrostu przewyższał ich dynamiką i skocznością.

W 1977 roku mógł odejść do HSV Hamburg. – Działacze przyjechali do Warszawy, rozmawiałem z nimi przez trzy dni, tłumaczem był słynny oszczepnik Janusz Sidło – wspomina. – Gdy wszystko było załatwione, powiedziano mi: „Możesz odejść wszędzie, tylko nie do Niemiec”.
Za to rok później stał się bohaterem pierwszego w historii polskiej siatkówki oficjalnego, gotówkowego transferu. Francuskie AS Grenoble zapłaciło za niego 5 tysięcy dolarów. Ostatnią satysfakcję przeżył kilka tygodni temu. Kiedy zrezygnował z funkcji szkoleniowca Resovii, żegnali go prezydent miasta, wojewoda. – A pięć tysięcy ludzi wstało i odśpiewało „sto lat”. Sympatia kibiców to było coś, o co zawsze mi chodziło, dla nich grałem, dla nich pracowałem – mówi z pewnym rozrzewnieniem. – Pewnie zostanę przy siatkówce, ale pierwszej drużyny Resovii już nie poprowadzę, bo tak postanowiłem i zapowiedziałem. Swoją ambicję mam.
PAWEŁ FLESZAR

NOTKA BIOGRAFICZNA
JAN SUCH. Urodzony: 8 lutego 1948 roku w Jedlicach. Sukcesy z Resovią (lata 1964-78): awanse od III ligi do ekstraklasy, czterokrotnie mistrzostwo Polski (1971, 1972, 1974, 1975), wicemistrzostwo Polski (1972), dwukrotnie brązowy medal MP (1970, 1977), Puchar Polski (1975), 2. miejsce w finale Pucharu Europy (1973), 3. miejsce w finale Pucharu Zdobywców Pucharów (1974). Sukcesy z reprezentacją Polski (102 mecze w latach 1970-73): 5. miejsce w mistrzostwach świata 1970, 6. miejsce w mistrzostwach Europy 1971, 9. miejsce w igrzyskach olimpijskich 1972, 2. miejsce w Pucharze Świata (1973).

Kariera trenerska: AS Grenoble (grający trener, 1978-80; mistrzostwo i Puchar Francji), Resovia (1980-88; dwukrotnie brązowy medal mistrzostw Polski, Puchar Polski, 4. miejsce w finale Pucharu Zdobywców Pucharów), reprezentacja Szwajcarii (1988-91 i 93; 4. i 6. miejsce w Spring Cup, jednocześnie prowadził klub TGV 87 Tramellan, z którym awansował z II ligi do ekstraklasy), ASU Lyon (1992), Resovia (1993-94), SMS Rzeszów i reprezentacja Polski kadetów (1994-97), Mostostal Kędzierzyn-Koźle (1997-99; mistrzostwo i wicemistrzostwo Polski, 1/8 pucharu CEV), Jastrzębie Borynia (2000-03; dwukrotnie brązowy medal MP), Resovia (2003-07; awans do PLS).

POKER Z GENERAŁAMI
Ten raptus kiedyś przez wiele miesięcy cierpliwie dopasowywał puzzle liczące 5000 kawałków, tworząc układankę o wielkości 2 na 3 metry. – Nerwy wyładowywałem na boisku, a tu byłem spokojny: jednego kawałka nie mogłem dopasować przez miesiąc, aż wreszcie znalazłem go za tapczanem – śmieje się.
Bardziej może wyżyć się w hazardzie. W brydża grywa z przyjaciółmi do ósmej rano. Mniej towarzysko traktuje pokera: przed laty, dzięki nocnej sesji z zawodnikami Gwardii Wrocław i Hutnika Kraków, umeblował sobie mieszkanie. Hotel robotniczy, w którym mieszkali zawodnicy Resovii, stawał się areną zmagań w wieczór po wypłacie. Nie oszczędzał kolegów. – Zwykle byli tak spłukani, że następnego ranka musiałem stawiać im w barze mlecznym jajecznicę i bułki – wspomina. – Teraz gram w pokera w internecie na pieniądze. Czasami z parą wygrywam duże pieniądze, czasami przegrywam z pokerem w ręce. Jak w życiu.

W polskiej lidze od dawna plotkowano, że przed meczami układa pasjanse, aby wywróżyć wynik. – Zwykle się sprawdzało, choć gdy podejrzewałem porażkę, to specjalnie układałem źle – żartuje. – Raz w życiu wiedziałem, że zespół może przegrać celowo – poważnieje. – W 1988 roku graliśmy z Legią Warszawa, która broniła się przed spadkiem. W sobotnim meczu pokonaliśmy ich 3:1, a przed niedzielnym spotkali się ze mną generałowie z Legii. Zapowiedzieli wprost: „Jeśli nie przegracie, to Zieliński, Czapor i Marszałek zostaną błyskawicznie powołani do wojska”. Nie mogłem powiedzieć chłopakom: „Podłóżcie się”. Przedstawiłem zespołowi sytuację i stwierdziłem: „Nie będę wyciągał konsekwencji z bardzo dobrej, ani ze złej gry”. Padliśmy 1:3, Legia się uratowała. Stamtąd pojechaliśmy do Bazylei na finał Pucharu Zdobywców Pucharów. Ta sprawa rozbiła mi trochę zespół, w Szwajcarii mogliśmy zająć wyższe miejsce niż czwarte.

W podobny sposób jak legijni działacze postępowali tylko gangsterzy. Gdy był już drugim trenerem i kierownikiem drużyny Resovii okradziono go po meczu we Wrocławiu. – Byliśmy na dyskotece w hotelu, dosypali mi coś do picia, a potem zabrali wszystko, włącznie z pieniędzmi klubowymi – opowiada. – Nigdy nie czułem się tak bezsilny.

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*