Jak to się robi w Łańcucie

Ekipa AZS AGH Alstom Kraków dostała pouczającą lekcję koszykówki od czołowego pierwszoligowca, Sokoła Łańcut, choć przez półtorej z pięciu części ambitnie stawiała mu opór. Mecz miał też wymiar symboliczny.

Sokół bardzo udanie spisuje się w okresie przygotowawczym; w miniony weekend triumfował w mistrzostwach Podkarpacia, w sparingach toczył wyrównaną walkę z ekstraklasowymi zespołami (z czego zwycięską – z MKS Dąbrowa Górnicza) i już trzykrotnie pokonał swojego tradycyjnego, wyżej ostatnio notowanego, lokalnego rywala z Krosna.
Wśród akademików zabrakło Kamila Kameckiego, któremu dokucza ścięgno achillesa oraz Tomasza Józefiaka – za to rozstrzygnęło się, że zostanie on na najbliższy sezon w składzie.
Jego koledzy w hali łańcuckiego MOSiR-u musieli na początku zmagać się przede wszystkim z Szymonem Rduchem, który kończył szybkie ataki rzutami z dowolnych pozycji w półdystansie i dystansie, a w ciągu 7 minut w pierwszej kwarcie uzbierał 14 punktów (składy i zdobycze znajdują się pod tekstem). Gospodarze dodatkowo kilka razy przechwycili piłkę we własnej strefie, a po drugiej stronie wyprzedzali obrońców, wskakując pod kosz, gdzie byli obsługiwani podaniami. Prowadzili 12:5, 16:7, 18:9 i 29:18 na koniec kwarty, a przyjezdni odgryzali się chwilami – 5:5 (urobek Damiana Kalinowskiego), 20:16 („trójki” Roberta Kolki i Daniela Kubali).

W drugiej odsłonie, po trafieniu miejscowych na 35:26, wściekł się trener gości, Wojciech Bychawski: wyskoczył na boisko, wziął przerwę i ostro sztorcował podopiecznych. Po powrocie na parkiet ofensywę zaczął Alan Nowakowicz, który nasłuchał się najwięcej, dołożyli się Tomasz Orlicki i Kalinowski, w efekcie w 16. minucie zrobiło się tylko 35:33. I w tym momencie nie skończyła się wprawdzie niezła gra krakowian, ale skończyła się skuteczność. Nie wykorzystali kilku czystych pozycji, a rywale nie mieli z tym kłopotu.
Wynik przed przerwą ustalił na 52:34 Maciej Klima, skądinąd krakowianin i dawny partner z Korony, a serdeczny kumpel do dzisiaj, Bychawskiego. Maciek wyskoczył wówczas do podania Marcina Pławuckiego i wrzucił piłkę do kosza z powietrza, a w trzeciej kwarcie popisywał się kolejnymi niebanalnymi zagraniami: to asystą kozłem za plecami, to „trójką” po własnym przechwycie.
„Agiehowcy” coraz bardziej gaśli, w ich poczynania wkradała się niepewność, a Sokół finalizował niemal każdą akcję. Tomasz Fortuna siedmioma „oczkami” z rzędu przypieczętował rezultat po trzeciej kwarcie – 80:49.
Określenie „kwarta” straciło zresztą później aktualność, bo obaj szkoleniowcy umówili się na pięć dziesięciominutówek. Podworskiemu, tak jak i wcześniej, zdarzało się jeszcze pokazać, że fizycznie i motorycznie jest niekiedy w stanie sprostać Rafałowi Kulikowskiemu, a Zychowi – że również pierwszoligowa defensywa musi się bronić faulami przed jego penetracją. Natomiast Grzegorz Dudzik przypominał tutejszym kibicom, że spędził w Sokole jeden sezon w przeszłości. Wszystko zagłuszyła jednak kanonada, jaką na obwodzie urządzili sobie rodowici łańcucianie: Patryk Buszta, Jacek Balawender, Piotr Jeger i Bartosz Czerwonka, ze wsparciem Rducha. Po ostatniej syrenie na tablicy świeciło się 129:75.

Był to sparing zespołów z innych „półek”, pozostających na nieco różniących się etapach przygotowań, więc nie niesie zbyt precyzyjnych wniosków na temat dyspozycji żadnego z rywali. Za to budzi ogólną refleksję. Oto drużyna z 18-tysięcznego miasteczka, która jest w przededniu – jako jedyna w kraju – jedenastego z rzędu sezonu w I lidze, spotkała się z drużyną z miasta liczącego 750 tysięcy, gdzie od 9 lat nie było koszykówki powyżej II ligi.
I może nie robiłoby zbyt dużego wrażenia, że Sokół ośmiokrotnie kwalifikował się do play off, kilka razy dotarł do półfinału, a już w debiutanckich rozgrywkach otarł się o ekstraklasę, prowadząc jeszcze na dwie minuty przed końcem decydującego, piątego meczu w Świeciu. Nie robiłoby, gdyby jakiś lokalny potentat lub samorząd sypnęły sowicie groszem, jak to się zdarza w wielu miejscach w Polsce. Tymczasem budżet Sokoła wynosi po 400-450 tysięcy i plasuje go w tabeli po przeciwnej stronie niż wyniki sportowe. A zaangażowanie miasta, czy pojedynczego mecenasa strategicznego nie przekraczało 20-25 procent budżetu. Zdarzają się za to nawet firmy, które dają po 500-1000 złotych miesięcznie.
– Trzeba dodać, że niezależnie od wkładu miasta burmistrz bardzo pomaga nam w pozyskiwaniu innych sponsorów – zaznacza Dariusz Kaszowski, główny architekt opisywanych osiągnięć, zarówno jako działacz, jak i trener. Opowiada anegdotkę, która dobrze obrazuje model finansowania klubu – kiedyś podstawowy zawodnik odniósł kontuzję, a w budżecie nie było pieniędzy na zastępcę. Darek ruszył „po prośbie” po lokalnych przedsiębiorcach z przesłaniem: „Jest szansa na ściągnięcie IKS-a, ile byś dorzucił miesięcznie do kontraktu?”. I tak, po kilka „stówek”, udało się zebrać przyzwoitą pensję.
Jego specjalnością jest natomiast wydobywanie koszykarzy ze sportowej depresji: wielu z ławki w innym zespole wskakiwało tutaj do podstawowej piątki, dochodząc do dawno nie widzianej formy. I wtedy ruszali do klubów płacących dużo lepiej…

Pod Wawelem natomiast, od 2005 roku, kiedy ekstraklasowy byt skończyła Wisła, nie udaje się stworzyć nawet pierwszoligowego teamu. Byli tacy, którzy starali się o to i już nie istnieją, „Biała Gwiazda” od dawna funkcjonuje dzięki młodzieży, a nierzadko i społecznej działalności szkoleniowców i zawodników.
Najstabilniejszy, wskutek oparcia o Akademię Górniczo-Hutniczą, jest AZS AGH Alstom. Uczelnia mocniej jednak stawia na siatkówkę, zwłaszcza męską. Niedługo ma się rozstrzygnąć się, czy koszykarze ze względów oszczędnościowych nie będą jedyną ekipą AGH, która nie wystartuje w Pucharze Polski (siatkarki i siatkarze zostali do tych rozgrywek zgłoszeni, ci drudzy mają taki obowiązek). – Będę jeszcze w tej sprawie rozmawiał z działaczami naszego AZS – mówi Bychawski.
Po sparingu humor miał zwarzony („Mogę pogodzić się z takimi rozmiarami porażki, ale nie godzę się z niektórymi głupotami, jakie robiliśmy„), co chyba wpłynęło na prognozy na nadchodzący sezon. – Liga będzie nieobliczalna, z kilkoma bardzo silnymi zespołami, jak Księżak Łowicz, czy Kotwica Kołobrzeg, z którą pewnie spotkamy się w drugiej fazie – uważa. – Zadanie jest trudne, może nam trochę braknąć potencjału koszykarskiego, ale będziemy walczyćPierwsza liga staje się jednak coraz bardziej otwarta, więc nawet jeśli się nie uda, moglibyśmy w przyszłym roku się do niej zgłosić, jak to się często dzieje w siatkówce i koszykówce. Przecież podobnie było z naszymi siatkarzami. A gdybyśmy mieli wtedy zbliżony do nich budżet, można byłoby skompletować widowiskowo prezentujący się zespół, na który chodziliby ludzie z całego Krakowa.
W najbliższą sobotę Sokół złoży rewizytę w Krakowie, mecz w hali przy ul. Piastowskiej zaplanowano na g. 18.30.
PAWEŁ FLESZAR

SOKÓŁ Łańcut – AZS AGH ALSTOM Kraków 129:75 (29:18, 23:16, 28:15, 23:9, 26:17)
Sędziowali: Marcin Wajgiel i Dariusz Szaro. Widzów: 80.
SOKÓŁ: Rduch 31 (5×3), Klima 19 (1×3), Kulikowski 14, Fortuna 7 (1×3), Szpyrka 4 oraz Buszta 15 (3×3), Balawender 14 (2×3), Wrona 10, Czerwonka 6 (1×3), Pławucki 6, Jeger 4 (1×3). Trener: Dariusz Kaszowski.
AGH: Zych 17 (1×3), Kalinowski 9, Kolka 6 (2×3), Nowakowicz 2, Urban 0 oraz Podworski 16, Orlicki 9 (1×3), Dudzik 7 (1×3), Kubala 5 (1×3), Koperski 3, Wasyl 1, Borówka 0. Trener: Wojciech Bychawski.

Komentowanie zablokowane.