Jak zabawa, to zabawa

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 1 czerwca 1999 roku

Po ostatnim spotkaniu mistrzowskiego sezonu piłkarzy Wisły, pierwszego po 21-letniej przerwie, idziemy ze stadionu, depcząc konfetti i skrawki podartych gazet. Kilku chłopców zaczepia znajome dziewczyny: – Byłyście na meczu?Jasne. – Zasuwacie na Rynek? – Oczywiście. – Oj, to duży plus.
Szpakowaty pan o rozanielonym wyrazie twarzy prowadzi dwóch synów, z których jeden jest ubrany w koszulkę z napisem „Kulawik”. Reprezentowani są zresztą wszyscy piłkarze. W rękach pojawiają się puszki piwa. Kilka osób rozmawia przez komórki. Obok dzieli się swymi wrażeniami mężczyzna w pomarańczowej bluzie Adidasa. – Widziałeś jak grali? – pyta przez telefon. – Teraz idziemy pod ratusz. Na razie, cześć.
Nieodłączna jest asysta policji. Towarzyszą nam radiowozy i wielkie „budy”. – Podwieźcie mnie – rzuca w ich kierunku nastoletni chłopak. – Przecież wybieracie się w tym samym kierunku. Ktoś inny nuci piosenkę o zeszłorocznych wydarzeniach w Słupsku. – Nie prowokuj – mitygują go koledzy.
Młoda kobieta w kwiecistej, letniej sukience z pękiem baloników w dłoni i jej mąż, niosący „na barana” dziecko, wyglądają tu całkiem jak z innej bajki. Pewnie są przygodnymi spacerowiczami. Ale nie – z bliska widać, że baloniki są opatrzone wiślackim herbem, a mężczyzna ma na szyi klubowy szalik, teraz niemiłosiernie pomięty pulchnymi nóżkami chłopczyka.

***

Na Alejach Trzech Wieszczy przez dobre kilkadziesiąt minut zatrzymany jest ruch. Łatwo wyobrazić sobie bezsilną wściekłość kierowców uwięzionych w samochodach. O dziwo jednak część z nich klaksonami wygrywa rytm obecny na wszystkich stadionach świata. Dzisiaj wraz z Wisłą cieszy się całe miasto.
Na czele pochodu niebiesko-biało-czerwone flagi, koszulki, szaliki i fantazyjne czapeczki, pomalowane twarze (jeden z kibiców ma godło Wisły wymalowane wprost na wygolonej czaszce), głosy trąbek sygnałówek budują atmosferę niecodziennego święta. Szyki są zwarte. To „armia białej gwiazdy”, „fanatycy”, „ultrasi”. Przypatrują się im nieliczni gapie, lecz większość okien jest zamknięta. Niejeden zapewne drży w obawie o całość witryn sklepowych i pozostawionych nieopatrznie na trasie marszu samochodów. Tym razem jednak obejdzie się bez poważnych strat, dopiero na Rynku zdemolowana zostanie kawiarnia i polecą szyby posterunku policji.

***

U wylotu ul. Piłsudskiego wita nas szczekanie policyjnych psów. Za chwilę do kolorów korowodu dołącza zieleń plant. Momentami melodyjny śpiew i rytmiczne oklaski zagłuszają nawet łomot śmigieł, monitorującego cały czas zgromadzenie, helikoptera. Różnobarwna ciżba wylewa się z ul. Św. Anny na płyty rynku. Przechodzimy pod Sukiennicami – skandowanie „TS mistrz” z ogromną siłą uderza w kilkusetletnie mury. Siedząca przy stoliku wróżka Dzidzianna Solska z uśmiechem aprobaty kiwa głową. Ciekawe czy byłaby w stanie przewidzieć treść, oczekiwanej przez wszystkich z niecierpliwością, decyzji władz UEFA o dopuszczeniu klubu do europejskich pucharów.
Garstka fanów oblepia pomnik Mickiewicza. Wieszcz patrzy na nich z odwieczną, dobrotliwą zadumą. Emocje, które powoduje piłka nożna są mu obce, nie poruszają go nawet ognie bengalskie płonące u stóp.

Wszyscy gromadzą się wokół rozłożonej pod ratuszem sceny. To tutaj mają przybyć zawodnicy, aby zaprezentować się mieszkańcom miasta. Oczekiwanie przedłuża się i niektórym z nudów przychodzą do głowy głupie pomysły. Pod nogami eksploduje petarda, a do rzucenia następnej namawia swego kolegę szczerbaty trzydziestolatek. – Ciśnij, ciśnij, no mówię ci: ciśnij! – nawołuje. Wybuchają też okrzyki skierowane przeciwko odwiecznemu wrogowi – Cracovii. Antypatie wykraczają też dalej. – Jestem kibicem Wisełki Kraków, nie lubię Legii i warszawiaków – słychać zewsząd. Wysiada nagłośnienie. Dlatego powszechnie lubiany Jerzy Fedorowicz, usiłujący przemówić do tłumu, nie znajduje zrozumienia. Wycofuje się, uśmiechając bezradnie. Za to na natychmiastowy odzew napotyka mężczyzna, krzyczący ze sceny: – Dzisiaj na tronie, za rok w podwójnej koronie!

***

Przybywają bohaterowie dnia. Luksusowy autokar wiozący piłkarzy okrąża rynek z siedzącym na dachu kibicem, trzymającym w ręku zapaloną racę. Pierwszy na drewnianej estradzie pojawia się Grzegorz Niciński, za nim inni w eleganckich garniturach, często w towarzystwie najbliższych. – O Rysio, żeby tylko znowu nie zemdlał – roztkliwia się jeden z widzów.
Poczucie wspólnoty może wynikać z różnych powodów. – Ja też gram w piłkę – podskakuje chłopiec w czarnej koszuli. – Ty się lepiej nie przyznaj – studzi go kolega. – Do kabaretu Dańca z tym twoim graniem.
Inni forsują barierki, wskakują na scenę i tam ściskają się z zawodnikami. W tłum wędrują pakiety kolorowych baloników i po chwili wszędzie ich pełno. Nastroje sięgają amoku. W pewnym momencie widać tylko fajerwerki, odpalane z przeraźliwym świstem spod sceny. Feta w końcu kończy się gremialnym skandowaniem: – Wszyscy na Reymonta!
Autobus nie może odjechać, gdyż wisi na nim kilku szalikowców. Zatrzymuje się, a w drzwiach pojawiają się jeszcze wywoływani mistrzowie. Wreszcie znika w ul. Grodzkiej.

***

Wracamy tą samą trasą. Z taką samą siłą rozchodzą się również kibicowskie piosenki. Śpiewa delikatna blondynka w króciutkich szortach i potężne byczycho w koszulce Tele-Foniki, wypełnionej nadmuchanymi bicepsami. Ciągle wracają wrażenia z popołudniowego meczu. – Wprowadzony w ostatnich dwudziestu minutach potrafi zagonić każdą obronę – to o Danielu Dubickim. Zapada zmrok i migające, fioletowe światła policyjne dodają nastroju niesamowitości całemu pochodowi. Nikt się nie wykrusza. – A co? Pięć osób ma iść? Impreza to impreza – komentuje podchmielony kibic.

***

„Bawcie się, pijcie dzieci, jak się bawić i pić potraficie” – śpiewał kiedyś Jacek Kaczmarski. Na boisku kortowym Wisły słowa te zyskują nową aktualność. Festyn trwa w najlepsze. Przy wejściu trzech półnagich mężczyzn pije wódkę wprost z butelki. Gdzie indziej dominuje jednak piwo, dymią grille. Na scenie konferansjerkę prowadzi trener drużyn juniorskich – Marek Konieczny, otoczony przez piłkarzy. – Powtarzajcie! – krzyczy w kierunku widzów. – Wisła mistrzem jest! Zgromadzeni odpowiadają niemrawo. – Co, przez 21 lat zapomnieliście? – dowcipkuje. Ale i jemu głos załamuje się dramatycznie. Jeden z zawodników ratuje go łykiem piwa. – Jakub Wierzchowski, najlepszy bramkarz Polski – odwdzięcza się Marek. Wszystkie głowy odwracają się nagle w stronę Błoń. Rozpoczyna się pokaz fajerwerków. Niektóre są naprawdę efektowne. Kiedy ostatni, największy z nich rozkłada świetlisty parasol nad obiektami klubowymi, towarzyszą mu gwizdy i oklaski. Piłkarze mieszają się z kibicami, rozdają autografy. – Krzysiu poznajesz mnie? -jakiś fan dopada Bukalskiego. – Tak poznaję, chociaż trochę „spuchłeś”.
Grupa nastolatek robi sobie zdjęcie z Frankowskim. Tomek, który po meczu nosił złotą koronę króla strzelców, ze swoją młodzieńczą twarzą, wygląda jak ich szkolny kolega. Odmieniony przez okulary Radek Kałużny niczym kometa ciągnie za sobą ogon wielbicieli.

***

Płonie ognisko i szumią knieje, drużynowy jest wśród nas. Opowiada starodawne dzieje, bohaterski wskrzesza czas„. Kto nie czuł przebiegającego po plecach dreszczyku wzruszenia przy śpiewaniu tej piosenki w trakcie zuchowskiej czy harcerskiej zbiórki? W podobny klimat wprowadza uczestników festynu grupka wodzirejów z klubu kibica, meldująca się w tym momencie na scenie. Intonują oparty na powyższym motywie hymn „Biała Gwiazda na niebie się mieni”. Potem na melodię „Pierwszej Brygady” – „To my chłopcy z Reymonta, zna nas cała Polska”. – A wiecie co podczas ostatniego meczu, 21 lat temu, śpiewali kibice Wisły? – przypomina jeden ze starszych fanów.

Zabawa zbyt długo nie może być poważna. – Są panowie i są panie robimy dyskotekę – rzuca jeden z konferansjerów. Niekonwencjonalnym tańcem porywa wszystkich Tadeusz Kuś – drobny mężczyzna w okularach, na meczach przywdziewający kostium wawelskiego smoka. Mężczyzna w mocno średnim wieku, wyglądający na szacownego przedsiębiorcę, wywija nad głową marynarką. Za chwilę pada w ramiona trzydziestolatka w dżinsowej koszuli. Wokół nich pląsa kobieta w gustownym beżowym kostiumie i szpilkach na wysokim obcasie. Są też pierwsze zguby. – Ludzie jestem kibicem, jak wy. Kocham Wisełkę i moją żonę. Gosia jeśli mnie słyszysz, przyjdź pod tę budkę – woła przez mikrofon jakiś pechowiec. Kolejność wyrażanych uczuć jest symptomatyczna. Zatopiona w romantycznym pocałunku para też uznaje dzisiejsze priorytety i przerywa sobie by dołączyć do chóralnej odpowiedzi na pytanie: „Kto jest mistrzem?”.

***

Sielanka skończyła się tuż po północy. Organizatorzy imprezy, nie mogący sobie poradzić z fanami wywołującymi bijatyki i demolującymi wyposażenie festynu, wezwali policję. Interweniujący policjanci przeciwko rzucającym kamieniami i płytami chodnikowymi użyli pałek oraz gumowych kul, wystrzeliwanych z broni gładkolufowej. W trakcie trwającej dwie godziny akcji zostało rannych kilku funkcjonariuszy i nieznana ilość kibiców. Szkoda, że do przyjemnych uczuć, dominujących do tej pory, dołączył niesmak, zakłócający radość z wielkiego, sportowego sukcesu.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.