Jeden, trzy, jeden, start – gonimy!

Koszykarze Sokoła Łańcut przegrywali już w Warszawie 17 punktami, jednak wydobyli się z opresji i pokonali aspirującą do czołowej czwórki I ligi Legię, 87:82.

Stołeczna ekipa w ostatniej kolejce zwyciężyła u siebie Spójnię Stargard Szczeciński, jest na fali wznoszącej, coraz lepiej spisuje się powracający po kontuzji pierwszy Polak w NBA, Cezary Trybański, mecz był transmitowany w telewizji, co razem wyraźnie zwiększyło stawkę i presję.
Dwoma trójkami i tyluż osobistymi przywitał się z żywiołowo dopingującą gospodarzy sporą grupą kibiców Szymon Rduch, lecz zaraz swoją drużynę pociągnęli Mateusz Bierwagen i Łukasz Wilczek, który trafił za trzy, a finezyjnym podaniem kozłem znalazł wbiegającego po skrzydle Michała Aleksandrowicza. 14:8, ale kiedy użytek ze swojego zasięgu zaczął robić Trybański – 18:10, 20:14.
Karol Szpyrka sprytnie zanurkował pod łokciem przeciwnika i „kelnerskim” umieścił piłkę w koszu, dołożył trzy osobiste, więc różnica się zmniejszała (21:19). Równo z syreną z dystansu przymierzył jednak Arkadiusz Kobus, a chociaż na początku drugiej kwarty zaliczył „niedolota”, to nie zniechęcił się i wkrótce dopisał do bilansu kolejną trójkę oraz rzut po ładnym obrocie. 29:21, a dramat łańcucian się powiększał; pudłowali raz za razem i nie nadążali za przeciwnikami w defensywie. Tam zaś Andrzej Paszkiewicz, Bierwagen, Aleksandrowicz i Trybański napompowali rezultat do 42:25.

– Byli tacy spięci! – kręcił głową nad postawą swoich podopiecznych trener Sokoła, Dariusz Kaszowski. – Za bardzo próbowali na siłę, indywidualnie szukać przewag na własnych pozycjach. To nie jest nasz basket!
Poważnie niedomagający zespół przyjezdnych zaczął uzdrawiać ten, który w tym tygodniu chorował najmocniej, jego kapitan, Maciej Klima. Choć jemu dolegało co innego – złapał zatrucie pokarmowe, noc ze środy na czwartek spędził na znanych w takich przypadkach „atrakcjach”, nie mógł też uczestniczyć w ostatnim treningu przedmeczowym. Wcelował „trójkę” z osi boiska (niedługo skopiował to Rduch), tu zanotował zbiórkę, tam wyegzekwował osobiste i przewaga Legii zmalała do 43:33.
– W przerwie omówiliśmy kilka założeń, ale główne było jedno: „Mają się rozluźnić i bawić koszykówką” – opowiada szkoleniowiec Sokoła.

No i zaczął się bal, piłka krążyła pomiędzy rękami jego zawodników, najczęściej wrzucali ją do „sita” Tomasz Fortuna i Rduch, swoje dołożyli Klima i Szpyrka.
Bazą była obrona; od trzeciej akcji drugiej połowy, przez kilka minut, goście kryli strefą 1-3-1, co kompletnie wybiło z uderzenia warszawian i zneutralizowało Trybańskiego. Kaszowski opowiada, że ten wariant ćwiczyli tylko raz, w czwartek, bo chciał mieć jeszcze jedną alternatywę obronną. Nie było wówczas Klimy, ale dzisiaj doskonale się odnalazł w założeniach, czego nie mogą powiedzieć miejscowi, z których tylko Bierwagen w miarę regularnie punktował, ciekawymi zresztą wjazdami.
Prowadzenie Legii zniknęło, w pewnym momencie zrobiło się nawet 53:60 i 55:62, a przed czwartą odsłoną na tablicy świeciło się 62:65.

Po pauzie znowu Trybański przyprawił o ból głowy wysokich Sokoła, dzięki niemu stołeczny team wyrównał i wyszedł nawet na 68:67, 72:70 i 73:72. Na dodatek szybko spadł za pięć fauli Rafał Kulikowski, a cztery minuty przed końcem – także Klima. Dobra zmianę dał jednak Tomasz Pisarczyk, a wyższy bieg w ataku wrzucili Rduch i Szpyrka. Kontra, trójka, trójka, penetracja, 78:85, a spotkanie upływa wśród obustronnie marnowanych szans, najczęściej na linii rzutów wolnych.
Przy 82:87, na 0,3 sekundy przed finałem, trener Sokoła wziął czas i wśród zdziwienia obserwatorów spokojnie rozrysował jeszcze jedną akcję, którą jego zespół miał zaczynać na połowie przeciwników. – Oni wzięli to za brak szacunku, ale to był właśnie przejaw szacunku. Niepotrzebne mi były nerwy, po drugie to dopiero pierwsza runda i małe punkty jeszcze mogą się liczyć – tłumaczy Dariusz Kaszowski, który miał dzisiaj pretensje do sędziów, że nie reagowali na wulgarne komentarze Bierwagena do ich pracy.
Po czasie legioniści ustawili się przy linii środkowej, nie mając zamiaru bronić, co widząc łańcucianie położyli piłkę na ziemi i na tle takiego obrazka zabrzmiała syrena.
PAWEŁ FLESZAR

LEGIA Warszawa – SOKÓŁ Łańcut 82:87 (24:19, 19:14, 19:32, 20:22)
Sędziowali: Janusz Kiełbiński, Piotr Stepaniuk, Mirosław Wysocki.
LEGIA: Bierwagen 22 (1×3, 2 prz.), Trybański 17 (10 zb.), Aleksandrowicz 16 (2×3, 4 zb.), Wilczek 10 (1×3, 7 zb., 3 prz.), Zapert oraz Kobus 14 (3×3, 5 zb.), Paszkiewicz 3 (1×3), Bojko, Kwiatkowski, Holnicki-Szulc. Trener: Piotr Bakun.
SOKÓŁ: Rduch 26 (5×3, 4 zb., 4 prz.), Fortuna 18 (1×3, 8 zb.), Szpyrka 17 (2×3, 6 zb.), Klima 13 (1×3, 8 zb.), Kulikowski 4 (4 zb.) oraz Pławucki 5 (1×3, 2 prz.), Pisarczyk 4 (4 as), Wrona, Balawender. Trener: Dariusz Kaszowski.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi można znaleźć TUTAJ.

Komentowanie zablokowane.